W 1992 roku prowadzimy z mężem niemal dzień w dzień ten sam dialog opisywany potem przez Misię jako nieustająca awantura. Rzecz dotyczy stanu naszych finansów.
Tym razem jest już po 15. i widać, że pieniędzy na ten miesiąc nie starczy. Stać nas jeszcze może na 5 dni pożywienia. Potem nastąpi bankructwo. Zupełne i absolutne. I lepiej, żeby nikt nie chorował, nie wyrósł z butów ani nie zgubił plomby w zębie.
Nasze argumenty są od lat takie same.
Mąż twierdzi, że pensja asystenta wyższej uczelni i nauczycielki z niedużym stażem to kupa forsy. Fura szmalu!
Jesteśmy bogaci! Mamy gdzie mieszkać! Mamy się w co ubrać! Mamy pracę i żadnych zobowiązań!
Ja twierdzę, że nie mamy gdzie mieszkać, bo mieszkamy u mojej mamy i wszyscy mają już tego dość. Nie mamy się w co ubrać, bo on chodzi w jednych dżinsach i kraciastej flanelowej koszuli, a ja w dresie, a wszystko co mamy to dziecko, pies i kilka tysięcy książek.
Mąż na to, że nasze wydatki nie są znów takie wielkie, i że mamy mnóstwo, naprawdę mnóstwo forsy na przyjemności, czyli na kolejne książki. Przecież dużo książek, co najmniej 1/5 jest moja.
Mój głos jest już bardzo donośny, gdy oznajmiam, że mimo tego bogactwa w rodzinnej kasie nie ma już prawie nic. I że może by mąż nadgodziny wziął, albo zrobił w końcu państwowe uprawnienia do wykonywania wyuczonego, bardzo intratnego zawodu i pomyślał o utrzymaniu rodziny?
Mąż jak zwykle przy tym argumencie zamilkł, ale wnet znów odzyskał głos.
- Jesteśmy w przejściowych trudnościach finansowych, bo ty za drogo gotujesz. Za dużo wydajesz na jedzenie - uściślił. Samo gotowanie mu nie przeszkadzało, ale pieniądze zostawiane w sklepach, bazarowych budkach i u pani z cielęciną wydawały mu się bezsensowną rozrzutnością. Gdybym nie bywała w tych okropnych miejscach i nie szastała tam pieniędzmi bylibyśmy bogaci jak Kulczyk i Gates.
Zamilkłam.
Z takim argumentem bez paragonów z kasy nie podyskutuję. Poza tym świat widziałam już na czerwono. Stawałam na głowie, żeby przygotowywane jedzenie było smaczne, odpowiadało wyszukanym gustom konsumentów, miało właściwy stosumek białek, tłuszczów i węglowodanów i poświęcałam mnóstwo czasu na aprowizację. Nikt nie chciał jeść salcesonu ani pasztetowej. Paradoksalnie najdroższe mięso wychodziło w potrawach najtaniej.
Ilekroć kupiłam tańsze gatunki to po wykrojeniu niejadalnych elementów i zważeniu pozostałości otrzymywałam najdroższe mięso na świecie.
Wieczorem wyprowadzałam psa. Wolałam to robić sama, bo pies się wybiegał, a ja mogłam pogadać z innymi wyprowadzającymi. Opowiedziałam całą historię sąsiadce, matce trojga dzieci i technologowi żywienia. Pokiwała głową, pomyślałai powiedziała, że najtańsza jest głowizna.
Na głowiznę było nas jeszcze stać.
Następnego dnia wracając z pracy wstąpiłam do mięsnego. Na haku wisiała jedynie głowizna - pół świńskiej głowy z wielkim ryjem, ogromnym uchem i błękitnym okiem. Poprosiłam o tę głowiznę. Sprzedawca, wielki rudy facet zamarł. Wiedział dobrze, co zazwyczaj kupowalam.
-Mąż twierdzi, że za drogo gotuję - wyjaśniłam - Piękna głowizna. Co za ucho. Proszę mi to przerąbać, żeby do garnka weszło.
-A duży ten garnek? spytał rudy.
- 30 cm średnicy, 45 wysokości.
Sprzedawca już bez słowa położył głowiznę na pniu i przeciął na pół.
W domu dokładnie obejrzałam surowiec na obiad. Babcia też obejrzała i zaproponowała, że dla dziecka ma pierogi. Dla mnie też wystarczy. A co do tego tu - tu palcem wskazała głowizną, to radziłaby opalić szczecinę.
Bardzo żaluję, że nie mogłam bliżej zapoznać się z anatomią głowizny. Czas naglił. Mąż wracał na obiad o czwartej. Zwykle po czwartej, ale ile po czwartej było nie do przewidzenia. Włożyłam zatem głowiznę do garnka, Trzeba było upychać, bo ryj wystawał. Dosypałam Vegety, pieprzu i ziela angielskiego. Dla czystego sumienia dodałam listek bobkowy. Woda do pełna i gar na pelen gaz.
Nakarmiłam dziecko pierogani, sama zjadłam i zmniejszyłam gaz pod garem. Ryj jakby się skulił, a błękitne oko zaszło bielmem.
Mąż przyszedł do domu na czas i niepomny wczorajszej wymiany zdań radośnie zapytał, co na obiad. Niespodzianka odparłam i na największym pólmisku podałam mu porąbaną głowiznę w towarzystwie kupki bardzo ostrego chrzanu.
-Co to jest? spytał mąż.
-Głowizna. Tanie danie, na które nas stać.
Jeszcze dwa tygodnie później znajdowałam na dywanie potężne trzonowe zęby. Psu głowizna bardzo smakowała.
Ten mąż już nigdy nie pisnął słowa o drożyźnie kupowanych przeze mnie wiktuałów.
Tym razem jest już po 15. i widać, że pieniędzy na ten miesiąc nie starczy. Stać nas jeszcze może na 5 dni pożywienia. Potem nastąpi bankructwo. Zupełne i absolutne. I lepiej, żeby nikt nie chorował, nie wyrósł z butów ani nie zgubił plomby w zębie.
Nasze argumenty są od lat takie same.
Mąż twierdzi, że pensja asystenta wyższej uczelni i nauczycielki z niedużym stażem to kupa forsy. Fura szmalu!
Jesteśmy bogaci! Mamy gdzie mieszkać! Mamy się w co ubrać! Mamy pracę i żadnych zobowiązań!
Ja twierdzę, że nie mamy gdzie mieszkać, bo mieszkamy u mojej mamy i wszyscy mają już tego dość. Nie mamy się w co ubrać, bo on chodzi w jednych dżinsach i kraciastej flanelowej koszuli, a ja w dresie, a wszystko co mamy to dziecko, pies i kilka tysięcy książek.
Mąż na to, że nasze wydatki nie są znów takie wielkie, i że mamy mnóstwo, naprawdę mnóstwo forsy na przyjemności, czyli na kolejne książki. Przecież dużo książek, co najmniej 1/5 jest moja.
Mój głos jest już bardzo donośny, gdy oznajmiam, że mimo tego bogactwa w rodzinnej kasie nie ma już prawie nic. I że może by mąż nadgodziny wziął, albo zrobił w końcu państwowe uprawnienia do wykonywania wyuczonego, bardzo intratnego zawodu i pomyślał o utrzymaniu rodziny?
Mąż jak zwykle przy tym argumencie zamilkł, ale wnet znów odzyskał głos.
- Jesteśmy w przejściowych trudnościach finansowych, bo ty za drogo gotujesz. Za dużo wydajesz na jedzenie - uściślił. Samo gotowanie mu nie przeszkadzało, ale pieniądze zostawiane w sklepach, bazarowych budkach i u pani z cielęciną wydawały mu się bezsensowną rozrzutnością. Gdybym nie bywała w tych okropnych miejscach i nie szastała tam pieniędzmi bylibyśmy bogaci jak Kulczyk i Gates.
Zamilkłam.
Z takim argumentem bez paragonów z kasy nie podyskutuję. Poza tym świat widziałam już na czerwono. Stawałam na głowie, żeby przygotowywane jedzenie było smaczne, odpowiadało wyszukanym gustom konsumentów, miało właściwy stosumek białek, tłuszczów i węglowodanów i poświęcałam mnóstwo czasu na aprowizację. Nikt nie chciał jeść salcesonu ani pasztetowej. Paradoksalnie najdroższe mięso wychodziło w potrawach najtaniej.
Ilekroć kupiłam tańsze gatunki to po wykrojeniu niejadalnych elementów i zważeniu pozostałości otrzymywałam najdroższe mięso na świecie.
Wieczorem wyprowadzałam psa. Wolałam to robić sama, bo pies się wybiegał, a ja mogłam pogadać z innymi wyprowadzającymi. Opowiedziałam całą historię sąsiadce, matce trojga dzieci i technologowi żywienia. Pokiwała głową, pomyślałai powiedziała, że najtańsza jest głowizna.
Na głowiznę było nas jeszcze stać.
Następnego dnia wracając z pracy wstąpiłam do mięsnego. Na haku wisiała jedynie głowizna - pół świńskiej głowy z wielkim ryjem, ogromnym uchem i błękitnym okiem. Poprosiłam o tę głowiznę. Sprzedawca, wielki rudy facet zamarł. Wiedział dobrze, co zazwyczaj kupowalam.
-Mąż twierdzi, że za drogo gotuję - wyjaśniłam - Piękna głowizna. Co za ucho. Proszę mi to przerąbać, żeby do garnka weszło.
-A duży ten garnek? spytał rudy.
- 30 cm średnicy, 45 wysokości.
Sprzedawca już bez słowa położył głowiznę na pniu i przeciął na pół.
W domu dokładnie obejrzałam surowiec na obiad. Babcia też obejrzała i zaproponowała, że dla dziecka ma pierogi. Dla mnie też wystarczy. A co do tego tu - tu palcem wskazała głowizną, to radziłaby opalić szczecinę.
Bardzo żaluję, że nie mogłam bliżej zapoznać się z anatomią głowizny. Czas naglił. Mąż wracał na obiad o czwartej. Zwykle po czwartej, ale ile po czwartej było nie do przewidzenia. Włożyłam zatem głowiznę do garnka, Trzeba było upychać, bo ryj wystawał. Dosypałam Vegety, pieprzu i ziela angielskiego. Dla czystego sumienia dodałam listek bobkowy. Woda do pełna i gar na pelen gaz.
Nakarmiłam dziecko pierogani, sama zjadłam i zmniejszyłam gaz pod garem. Ryj jakby się skulił, a błękitne oko zaszło bielmem.
Mąż przyszedł do domu na czas i niepomny wczorajszej wymiany zdań radośnie zapytał, co na obiad. Niespodzianka odparłam i na największym pólmisku podałam mu porąbaną głowiznę w towarzystwie kupki bardzo ostrego chrzanu.
-Co to jest? spytał mąż.
-Głowizna. Tanie danie, na które nas stać.
Jeszcze dwa tygodnie później znajdowałam na dywanie potężne trzonowe zęby. Psu głowizna bardzo smakowała.
Ten mąż już nigdy nie pisnął słowa o drożyźnie kupowanych przeze mnie wiktuałów.
No genialne, no! Ty powinnaś książkę wydać.
OdpowiedzUsuńNo, cudowne. Prawie się posik..am ze śmiechu. Anka
OdpowiedzUsuńGenialny tekst.
OdpowiedzUsuń