Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Rzecz cała działa się jeszcze przed Świętami, więc widać, że mam poślizg. Dziewiątego marca, w sobotę zaczął się u nas remont łazienek. Już wcześniej kupiłam płytki, nowy kaloryfer i podwieszany sedes, umywalki, szafki pod umywalki i szafkę z lustrem nad umywalkę. Część z tego towaru czekała w domu, część u Misi i Irka, a płytki przywieziono punktualnie i na czas. Remont wykonał w całości mój zięć Irek, on też wraz ze mną jest projektantem obu wnętrz. Co się dało spowiła czarna folia poprzyklejana do podłoża taśmą malarską. Co nie zostało spowite folią, to okazało się po remoncie obsypane na palec grubo pyłem remontowym.
Wyjściowy stan toalety był taki:
Potłuczona miska sedesowa z niepasującą deską, olbrzymia umywalka na nodze, szafka zasłaniana tkaniną. No wprawdzie ze wzorem Williama Morrissa, ale zdaniem Tomka obrzydliwą.
Po tygodniu naprawdę ciężkiej pracy mojego zięcia i towarzyszącej mu Misi rzecz wyglądała już tak:
Jest podwieszany kibelek bez kołnierza, schowek na mopa, szafka zamykana szutterami, śliczne płytki, niepoślizgowy gres na podłodze i malutka umywalka z szafką. Jak będziemy starsi, to da się tu wejść z chodzikiem. Alicja miała z tym kłopot.
Reszta mieszkania wyglądała niestety gorzej. I przez dwa dni trzeba było chodzić za potrzebą do piwnicy, do Pana Szczura, bo tam jest kibelek, który udostępnił nam gospodarz domu.
Po ubikacji przyszła pora na łazienkę. Nie mogłam patrzeć na czerwoną fugę przy białawych kaflach, ale patrzyłam 14 lat. Dosyć tego. Oto stan wyjściowy:
Po kilku dniach było już tak:
Wszystko co mieliśmy schować się zmieściło, a jakby nam było mało schowków, to jeszcze nad pralką da się coś powiesić. Jest czysto, jasno i chyba bezpieczniej. Sporo sprzętów dało się uratować: krany do umywalek, bidetka, wanna i parawan nad nią zostały stare.
To chyba był nasz ostatni remont, bo przy kolejnym zwariuję albo umrę. Bo ja w tym musiałam cały czas być, poza moim psim spacerem siedziałam cały czas karmiąc wybredne towarzystwo i jeżdżąc w razie potrzeby do Obi z kartą płatniczą w pogotowiu. Pan Mąż przez cały czas kursował do Szczytna, bo miał pracowity miesiąc, a ja tu tkwiłam. I źle mi to zdecydowanie na duszę zrobiło. Przestałam spać. Im bardziej zmęczony był Irek, a był zmęczony bardzo, tym gęściejsza robiła się atmosfera. Jestem mu bardzo wdzięczna za tę pracę, nie znalazłabym ekipy na mieście, która wykonała by ten remont sprawniej i prędzej, nie ma cudów. Ale po wszystkim odpękałam swoje. Trzeba było w domu posprzątać kilka tysięcy przysypanych pyłem remontowym książek i wszystkie komnaty. Dokonawszy tego nie zaczęłam lepiej spać, rozkręciłam się jak dziecinny bąk. Święta spędziliśmy sami, bez żadnych świątecznych wiktuałow poza ciastami z piekarni Putka, koleżanka podarowała nam półmisek jajek faszerowanych. Przez stres cukry mieliśmy wysokie jak wieża Eiffla. A ja dalej nie spałam. I pozostałe po Alicji usypiacze benzodiazepinowe wcale mi ulgi w tej bezsenności nie przyniosły. Ani melatonina, ani ziołowe tabletki. Nic!
Poszłam w końcu do kogo trzeba i dostałam receptę na bezpieczne i skuteczne spanie. Biegnąc z nią do apteki za pięć ósma potknęłam się i rymnęłam na krawężnik klatką piersiową. Matuś i córuś, nic nigdy nie bolało mnie tak jak żebra przy tym upadku i przez cały zeszły tydzień. Bezboleśnie mogę siedzieć. Dziecko sugerowało ortopedę i rtg, ale z oddechem nie mam problemów, a z połamanymi nawet żebrami nic się zrobić nie da. Poza tym taki ból wyklucza chęć użerania się z rejestracjami o terminy. Na SOR też nie miałam siły. Po tygodniu jest zdecydowanie lepiej, mogę już leżeć na obu bokach, choć bez ruchu. Mogę też kichnąć, kaszlnąć albo chrząknąć znacząco, będę żyć bez ortopedy i rtg.
To Frania. Dodana tu do ozdoby. Przez cały remont podtrzymywała mnie na duchu.A to poremontowe śmiecie w stosownym kontenerze. Sama wyniosłam co się dało, Irek wytarabanił tylko najcięższe odpadki: umywalki, sedes i straszliwe worki z potłuczoną glazurą.










Bardzo bardzo ładnie, cudowny Irek, ale remont jest straszną rzeczą ,gdy się mieszka, system nerwowy może paść, zaciekawiła mnie możliwośc skrzystania z kibelka w piwnicy,rozumiem,że to taki awaryjny dla mieszkańców bloku,jesli tak to powinien byc w każdym bloku, nie wiem czy tak jest, bo nie mieszkam w domu tego typu, pozdrawiam
OdpowiedzUsuńNie wiem czy w każdym, ale w tych, w których mieszkałam, gdzie były części wspólne takie jak pralnie i suszarnie, był przy nich również kibelek.
UsuńI dlatego ja zamiast wydać 20 tysięcy na kuchnię, wydałam 20 tysięcy na wakacje w Ameryce. Zdecydowanie mniejszy stres. Polecam ;) (Pimposhka)
OdpowiedzUsuńRemont to coś najgorszego, no chyba że się nie mieszka i nie ma rzeczy. Do dziś pamiętam remont w mojej łazience, a było to lat temu ze dwadzieścia - tę jedną noc, kiedy kafelki się przyklejały do podłogi - poszłam na pizzę i tam skorzystałam z toalety. :D
OdpowiedzUsuńZdecydowanie się rozjaśniły te dwa pomieszczenia, będą bardziej funkcjonalne i nowe, to zawsze super sprawa! Gratuluję przetrwania remontu, mój wciąż trwa ale na szczęście nie muszę w nim mieszkać. Fajnie, że macie taką awaryjną toaletę w budynku, ciekawe czy u mnie też jest?...
OdpowiedzUsuńNiecierpliwie czekam na relację poremontową :-)
UsuńBardzo mi się podobają zmiany. Te żaluzjowe drzwiczki są ekstra. Pozdrawiam Anka
OdpowiedzUsuń