Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Kilka dni z dala od domu daje oddech, dystans i zdrowe spojrzenie na tu i teraz. Weekend majowy spędziliśmy w Lanckoronie i tam było cudnie jak zawsze. Na długi weekend w Boże Ciało pojechaliśmy do Wilgi, do hotelu Las Woda. Bardzo to dobre miejsce, przystosowane do takich króciutkich wypadów. Pokoje duże i czyste, łóżka nieprawdopodobnie wygodne, odpowiednio twarde i naprawdę wielkie, cała rodzina się zmieściła;
kuchnia świetna i dwa baseny do użytku gości. Jeden wewnętrzny, ciepły, niewielki, bardzo ładny, drugi zewnętrzny nie miał jeszcze niestety aktualnego zezwolenia z SANEPiD i można było na niego tylko patrzeć. Napływałam się po czubek nosa. Zapomniałam zupełnie jak to lubię. Niepalenie od wielu, wielu miesięcy bardzo mi oddech wydłużyło.
Do ośrodka wolno przyjechać z psem. Teren to 17 hektarów sosnowo dębowego lasu. To istotne, bo w Wildze chodzi się jedynie po uliczkach pomiędzy działkami ogrodzonymi i w różnym stopniu zagospodarowanymi. Takie chodzenie miedzy płotami.
O, tu właśnie wędruję pomiędzy płotami przebrana jak stróż w Boże Ciało. Lniane spodnie się sprawdzają w upał.
Przy basenie pieski niestety na smyczy
A na terenie pozabasenowym można hasać.
Dopiero gdy znalazłam drogę do lasu niepogrodzonego płotami, gdzie można było wędrować z psami biegnącymi wolno, zaczęło mi się tam naprawdę podobać. A jak znaleźliśmy pokój kominkowy z biblioteką, fotelami do czytania i lampami stosownie ustawionymi, schowany w przyziemiu przed wszechobecną dziatwą to byliśmy zupełnie szczęśliwi. Bo do LasuWody z dziećmi też można i warto.
W holu też można poczytać
To jest las pozapłotowy. Widzieliśmy w nim masę poprzekwitanych konwalii, znaczy konwaliowi rabusie tam nie docierają. I nasłuchaliśmy się ptaków. Następnym razem jedziemy z atlasem i lornetką.
To było w Boże Ciało. A przedwczoraj wróciliśmy ze Szczytna, gdzie przy okazji egzaminów magisterskich w Akademii urządziliśmy sobie trzydniowe wakacje. Do hotelu Krystyna, gdzie Tomek zatrzymuje się jak ma kilka dni zajęć także wolno przybyć z psem. Też jest czysto, wygodnie, smacznie i ładnie. Najładniejszy jest widok rozciągający się tuż przed hotelem.
To jest największy szczytnieński pofajdok. Chodząc po mieście trzeba się dobrze rozglądać, jest tych krasnoludków całkiem sporo, przed sądem i aresztem stoi pofajdok w pasiastym, więziennym ubranku, a przed Akademią Policji taki:
Ślicznie tam jest, spokojnie, ludzie uprzejmi i przyjaźni, nie spotkałam żadnego wkurzonego, wściekłego emeryta co by urągał bo mu się nie podoba. Pieski pierwszy raz w życiu zobaczyły konie. Wielkie zwierzęta zrobiły na maluchach ogromne wrażenie.
A robótkowo? Ciągle dłubię jakieś skarpetki. Standardowo piętę robię rzędami skróconymi, samą skarpetkę zaś a to ściegiem pończoszniczym na gładko, a to jakimś ażurkiem niezbyt wymyślnym, żeby dał się pogodzić z doktorem Janem Polem albo serialem Detektyw. No nudy. Nawet nie ma sensu ich pokazywać. Resztkowe w dziwne paski, czerwone dla Tomka, różowe dla Misi, pomarańczowo szaleńczo kolorowe dla kogoś bardzo dla mnie ważnego. Jedna para za drugą.
O, to jedne z tych kolorowych dla koleżanki na imieniny
A to cudna para z Think Outside the Sox, miałam zamiar je zrobić, odkąd dostałam od kochanej Lucy tę książkę. I czekały... ale się doczekały
Nie dość, że książka od Lucy to i wełna też, cud mieszanka merynosowo jedwabna z nylonem, okrąglutka i mięsista. Do towarzystwa ma granatowego Fabel, skarpetki są świetne, choć robiłam je i robiłam i robiłam...
W planie jest sweter w serek z kaszmiru, który od lat zalega w tapczanie. Pora na niego. I trzeba zrobić sobie kilka bluzek z superwashów, bo one nie są tak ciepłe jak zwykła ukochana, gryząca wełna. Aż mi słabo jak o tym myślę. Coś się ostatnio boję własnych zgromadzonych zbiorów. W tapczanie mieszka smok i mi grozi że... no nie wiem że co, ale jakoś mi nieswojo o nim myśleć. I po bardzo długiej przerwie zaczęłam coś haftować. Pewien sampler konkretnie. I chodzi mi po głowie haftowanie na własnej, lnianej odzieży.















Kaszmir i zalega w tapczanie? Toż to rozbój w biały dzień! Żakardowe skarpety wyszły fantastycznie! Dla mnie, jak narazie żakard jest dostępny w większych udziergach, czapka to najmniejsza praca, która sprawiła mi przyjemność. Myślę jednak, że czas na żakardowe skarpety, rękawiczki nadejdzie kiedyś, bo bardzo mi się podobają.
OdpowiedzUsuńMasz rację pisząc że każdy wyjazd z domu to na ogół same korzyści. Lubię nawet weekendowe, krótkie, bo ładują mnie bardzo. Fajnie, że wyjeżdżacie, że korzystacie z wolnych dni:)
Pamietam reakcje mojego psa na pierwsze w jego zyciu spotkanie z konmi. Pies mial 3/4 lata. Konie za rowem melioracyjnym na padoku. Podeszly do granicy rowu i tak stoja sobie i patrza na siebie pies i kon. I slychac .jak sobie mysli: hymm jaki dziwny pies, taki duzy i dziwnie pachnie... Od tego zdarzenia, spotkanie z konmi zawsze wywoluje w psie pewien rodzaj zadumy. Koniecznie trzeba sie zatrzymac na spacerze, powachac, przyjrzec sie...
OdpowiedzUsuń...tęsknimy za wiadomościami od Ciebie😊😊, pozdrawiam, cicha czytaczka od bardzo bardzo wielu lat, Karo
OdpowiedzUsuńSama czuję,że coś za długa ta cisza. Biorę się do roboty.
Usuń