niedziela, 18 sierpnia 2013

Wakacje

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pogląd na wakacje zmienia się z wiekiem. I razem z warunkami zamieszkania. 
Mieszkając w wielopokoleniowej rodzinie, gdzie w salonie nad stołem, przy wiecznie ryczącym telewizorze przeciwstawne interesy mieszkańców ścierały się tak mocno, ze wióry i iskry leciały, zwiewałam z domu gdzie pierz rośnie z byle jakim bagażem, byle dalej i byle jak najdłużej w tym potopie iskier i wiórów nie przebywać. Z maluśkiego mieszkanka Tomka uciekaliśmy szukając przestrzeni, miejsca bodaj dla wyciągnięcia nóg na całą ich długość. Ze Starego Miasta uciekaliśmy na bałtycką plażę przed coroczną pielgrzymką, która startowała wprost sprzed naszej bramy. Nim wystartowała to ponoć zawsze koczowała ta pielgrzymka w fosie śmiecąc, śpiewając i śmierdząc. Takich atrakcji w tym miejscu bez pielgrzymki było dosyć, zatem uciekaliśmy.
Teraz nie mamy już przed czym uciekać, poza może zmęczeniem jednostajnymi, w koło Macieju wykonywanymi czynnościami. Przed zmęczeniem uciekamy.  Tomek zmyka przed telefonami, mailami, studentami, którzy zapomnieli napisać pracę magisterską / złożyć egzamin, dziennikarzami, którzy już natychmiast chcą mieć komentarz do sytuacji w Egipcie / Syrii / na innym końcu świata; ja potrzebuję oddechu aby sobie przypomnieć, że obiad to niekoniecznie jest schabowy albo makaron z serem i że życie to nie tylko sprzątanie, gotowanie i pranie.
Wypoczywamy najszybciej jak się da, bo jednostajne to wypoczywanie, a nieraz i nudne. 
Plaża bałtycka jest piękna i się nie nudzi nigdy, ale żeby dojść tam, gdzie patrzy się na plażę, a nie na plażowiczów, tam, gdzie dwa zwierzaki mogą sobie pobiegać, popływać i nawet nasiusiać na piasek bezkarnie, to trzeba się dobrze naspacerować.  Od tego spacerowania psiaki przepisowo schudły.


 My najedliśmy się ryb na zapas. Przez dwa tygodnie nic tylko flądry i dorsze z przerwą na pstrąga. Znaleźliśmy ścieżkę, która prowadząc nas na odległą plażę omijała paskudną, nadmorską miejscowość - naprawdę najbrzydszą chyba na polskim wybrzeżu. W głowie się nie mieści jak paskudna jest ta miejscowość o statusie uzdrowiska. Patrząc na wstrętne sanatoria i ośrodki wypoczynkowe mieliśmy wrażenie deja vu - schyłkowy Gierek jak nic. 




Zatem została nam do dyspozycji jedna ścieżka. Bo w drugą stronę iść nie było można z powodu terenu wojskowego, heliportu i zasieków.
Warunki wypoczynku robią się nawet dla posiadających psy coraz bardziej cywilizowane. W domkach kampingowych są już porządnie wyposażone łazienki, dobre tapczany, lodówki i elektryczne czajniki. Jeszcze trzeba trochę poczekać, aż właściciele tych domków wpadną na pomysł przysłania do nich co kilka dni sprzątaczki z płynem do WC i do mycia kabin prysznicowych. Po 2 tygodniach używania robi się tam nieprzyjemnie bez konserwacji. Środków czystości na miejscu kupić nie można, takich sklepów nie ma. Jeśli komuś coś jest potrzebne, czy to płyn do WC, czy mięso, to wsiada w furę i jedzie do Biedronki w sąsiednim mieście. 
Znając już mocne i słabe strony domku wypoczynkowego tym razem zabrałam ze sobą składane, drewniane krzesło z tarasu z oparciem, podłokietnikami i gąbkowymi poduszkami. Nie powiem, było ciągle okupowane. Jednak zbita z dech, chybotliwa ława wraz ze stołem w jednym kawałku to słaby mebel do wygodnego czytania. Zwłaszcza z tej strony, gdzie poręcz tarasu wbija się siedzącemu w potylicę. Pewnie następnym razem zabierzemy dwa krzesła, bo o to jedno trochę walczyliśmy.



Jesteśmy opaleni, oczytani, wyspani, pełni rybiego, zdrowego tłuszczu. Mignął mi nawet raz przed oczami zielony, dmuchany krokodyl - czyli urlop jest zaliczony.

A zatem jesteśmy jak nowi, obiady znów zrobią się na jakiś czas bardziej urozmaicone, a Panu Mężowi znikł z oblicza ciągły wyraz złości i rozczarowania. Dziś na kolację rozpustnie zrobiłam krucha tartę cytrynową typu chiffon pie. Dobra! Kwiatki na tarasie rosną ale marnie kwitną, niemal cały kopytnik usechł w ogródku na wiór. Dąbrówka jakoś się trzyma. Tylko w najsuchszych miejscach zdechła. Się kręcić zaczyna. 


8 komentarzy:

  1. hhehee fakt Gierek zawsze żyw:) Też jak jestem nad morzem najadam się ryby na zapas :) aaaa jak zielony krokodyl to zaliczono - ja jeszcze wypatruje zawsze banana:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Banan był w zeszłym roku. Tym razem nawet niejaka Kukuruku, czyli dmuchana kura = zjeżdżalnia wysokości dwupiętrowego budynku jakoś się dyskretnie schowała między sanatoriami, łeb tylko wystawał nad dachami.
      Przemysł wypoczynkowy to rozpacz i załamka. Nie było też zeszłorocznego krokodyla dmuchanego, tak ogromnego, że wchodziły do niego dzieciaki paszczą a wychodziły pod ogonem.

      Usuń
  2. Cieszę się, że urlop zaliczony pozytywnie :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Najważniejsze, że psy wychasane po piaskach nadmorskich, mąż wypoczęty, TY wolna od garów też wypoczęta. Ja też wyjeżdżam na wakacje głównie z uwagi na męża, chcę by odpoczął od pracy. Odkąd nie pracuję, to właściwie mam ciągle wakacje, wokół domu piękne drzewa, wieczorem cisza spokój w pergoli przy domu. Więcej mi nie trzeba, na plaze nie chodzę, nie opalam się. Ale jest jedno ale, mimo wszystko zmiana otoczenia i klimatu jest niezbędna dla higieny psychicznej naszych głów. Mimo wszystko z przyjemnością i nową energią wraca się do domu :) fajnie, że już jesteś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się cieszę, że znowu piszesz. Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Po wypoczynku nowa energia. Świetnie, że wszystko się udało i wróciliście zadowoleni! :) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, ciągle coś. Niby jesteśmy wyspani, opaleni , naczytani dobrych książek, ale kłopoty ante portas.

      Usuń
  5. Miło się czyta, że ktoś wypoczął. Morze jednak jak dla mnie może nie najlepsze miejsce, lecz tak sobie gdybam, że kupię dom na wsi i się wywczasuję do oporu :))))

    kiedyś.....

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.