piątek, 13 października 2017

Zobaczymy jak to będzie

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Niebawem po ślubie Mąż nr 1. zakomunikował mi że u niego na wydziale będzie kurs na prawo jazdy i że powinnam go zrobić. Ten kurs znaczy powinnam zrobić i prawko. Zapłaciłam, jeździłam na kurs teoretyczny i praktyczny i jak sądzę nie miałam do tego wielkiego talentu. A może fakt, że w ciągu godziny instruktor obrabiał nas dwoje kursantów miał tu coś do rzeczy. O ile ja sobie wydawałam się mało zdolna, o tyle mój współkursant, Wietnamczyk , sprawiał wrażenie, że ... on to dopiero jest niezdolny.
Zaliczyłam placyk, zaliczyłam jazdy, zdałam teoretyczny (wszyscy zdali) a po egzaminie kursanci, instruktorzy i komisja bawili się razem wesoło do ostatniej flaszki. Szczęście, że Mąż nr 1 znał te zwyczaje i po mnie przyjechał bo bym na czworakach trawnikiem między jezdniami do domu wracała. 
Wydali mi dokument ale nie mieliśmy pojazdu. Duży Fiat, własność teścia był już wtedy pełnoletni i pozwalano nam z niego korzystać od wielkiego dzwonu. I mowy nie było, żeby ten szacowny pojazd prowadziła baba. Owszem pokręciłam się nim po lokalnych parkingach, nawet na szosie do Siedlec przejechałam kilka kilometrów nie przekraczając 40 km na godzinę i to wszystko, to całe doświadczenie jeździeckie jakie mam. Potem zajęłam się maniem dziecka, pracą i gospodarstwem domowym, prawo jazdy dane na 5 lat z powody krótkowzroczności straciło ważność, a samochodu dalej nie mieliśmy. Nie miałam także nigdy wolnych dwóch stówek na badania lekarskie dla odnowienia dokumentu. Ani nijakiej ku temu motywacji. Mieszkając w samym centrum miasta obok dworca ma się niewielką motywację, bo i tak wszędzie można dojechać.
W małżeństwie numer 2 samochód wprost z salonu pojawił się dość szybko. Ale wystarczyło tylko popatrzeć na Pana Męża żeby się dowiedzieć, że mnie za kółko nie puści za nic. Jedyna próba jazdy na kaczej fermie w Klebarku spowodowała dożywotnie wygięcie maski Fiacika. Zahamowałam na słupku. Pan Mąż był nawet gotów wieźć mnie na zakupy, ale trzeba się było na to tydzień wcześniej umówić no i zakupy w towarzystwie męża były bardzo stresujące: przez dział spożywczy przebiegał galopem i interesowały go skarpetki, buty i stroje. Po Fiaciku nastała piętnastoletnia era Octavii. Była wielka, i absolutnie należała do Tomka. Tu mi już żaden głupi pomysł do głowy nie przyszedł. 
Mamy teraz trzeci samochód z salonu, znaczy Pan Mąż go ma, nie ma dyskusji, Fabia musi być ciągle na chodzie i w kondycji tip top. Pan Mąż jeździ nią do pracy, a do Szczytna metro nie chodzi.
Co do mojego prawa jazdy, to ograniczyłam się do niezgubienia go. Ostatnio ortopeda bąknął, że może wszystko to co noszę na plecach dało by się przewieźć jakimś autem. Wyciągnęłam zatem papierową, spłowiałą książeczkę z 1984 roku, pomyślałam i poszłam do urzędu zapytać co z tym zrobić. Miła pani w okienku wszystko mi wyłożyła, dała formularze i wysłała do lekarza orzecznika i do fotografa. Składając kilka dni później papiery w tym samym okienku byłam jedyną przygotowaną i nigdzie nieodsyłaną osobą. Papiery przyjęto i dziś odebrałam prawko ważne znów 5 lat. Przy okazji dostałam namiary na orzecznika który nie robi problemów i daje na zawsze. Za 5 lat go pewnie odwiedzę. Misia załatwiła mi pakiet Dobry Kierowca ze szkółki prawa jazdy. Skończę z tym pakietem to sobie jazdy wykupię u sensownego instruktora.
A w przyszłym roku kupię sobie własną furę, starą i poobijaną, taką w sam raz do nabierania wprawy. Jeszcze nie wiem co to ma być. Rozmiarem i użytecznością wystarczył by mi Smart, ale stara Toyota też się nada. Do sklepu, do weterynarza, na cmentarz, do lasu nic więcej mi nie potrzeba. Sama nie wiem, czy bardziej się boję, czy cieszę.

23 komentarze:

  1. Gratuluję i tak trzymać. Urszula S.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie bój się, będzie dobrze. A ja marzę o takiej wypasionej komunikacji publicznej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz z Ursynowa do dworca już nie jest blisko i niestety nie wszędzie da się dojechać w 30 minut. Do porządnego spożywczego i do piekarni jest pół kilometra. Normalnie mi to nie przeszkadza, ale jak staw skokowy się wścieknie, to jest to bardzo daleko. No i czy ja jakiś ciężarowiec jestem, czy co? Wędrowanie z wielkim blejtramem pieszo to też mała frajda. Zimą rower słabo się sprawdza.

      Usuń
  3. Jak już zaczniesz jeździć, to nikt i nic Cię nie powstrzyma. I nie kupuj starocia, bo będziesz więcej łożyć na naprawy niż na paliwo!
    Kup coś przechodzonego, ale solidnego- przysięgam, warto.
    I nic się nie bój!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę. Moze automat? Nie skacze. ;-)

      Usuń
    2. Skacze, Aga przysięgam- jak ma "ostre" hanulce, to pasażer dostanie czkawki:) Wiem, bo przerabiałam i to całkiem niedawno.
      Ale automat jest super, tyle że drożej. A co tam, raz się żyje. (moje motto w każdej sytuacji).

      Usuń
  4. Popieram! Polecam Yariskę lub Pandę mieszczą się wszędzie i są wygodne. Ja swoje prawko zdałam w latach 90-tych za trzecim razem, pięknie oprawiłam w ramkę(złotą)i powiesiłam nad telewizorem - jedyne miejsce, które mąż miał ciągle przed oczami. I kiedy po latach okazało się, że PKS w zasadzie padł musiał mi udostępnić swoją kobyłę (ale po lekcjach dodatkowych) i kiedy ją pocałowałam z autobusem (po ośmiu miesiącach jazdy) dostałam w ciągu 2(dwóch)tygodni swoje auto i nadal jeżdżę - już zresztą trzecim samochodem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też miałam przerwę, chociaż krótszą. A córkom ciągle powtarzałam, że samochód (własny} dla kobiety to wolność.
    Dlatego gorąco popieram i zgadzam się, że raczej nie musi to być stary rzęch. Teraz jeżdżę automatem {mąż wybrał} i jest optymalnie. Poza tym zapamiętuje ustawienia {światła!), składa lusterka ...
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie rzęch, ale przechodzone, nie do kochania a do nauki, poobcierania i nie do opłakiwania kazdej rysy i wgniecionych drzwi. Jak będę bystra to sobie coś wypasionego bardziej sprawię.

      Usuń
  6. Brawo Ty :-) ja sobie nie wyobrazam życia bez prawka i auta byłam miesiąc bez auta i była katastrofa Agatko my nie wielbłądy tak trzymaj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, nie wielbłądy. Koleżanka, co mi podwózką służyła zawsze, wyprowadziła się. A Pan Mąż jest jaki był.

      Usuń
  7. Warszawianka od urodzenia. Niby powinnam jeździć komunikacją ale.... nie wysiadam z auta. Za czyje grzechy latać z siatami za autobusem?
    Ostatnio postanowiłam dla relaksu przejechać się metrem i autobusami. Ludzie wciąż się nie myją :( To się nie zmieniło od tylu lat :(
    Szczerze, z serca polecam własne auto. Przechodzone nawet ale własny wóz. Choćby był stary i tak Ci będzie serce pękać przy otarciu ale przywykniesz do wygody. Potem kupisz lepsze. W sprawie automatu: ostatnio jeździłam zastępczakiem automatycznym. No nie wiem. Jakoś mnie nie zachwycił i serca nie skradł. Drążek rządzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że w autku będzie ciszej niż w metrze.

      Usuń
  8. Jezdze swoim starutkim Twingo i sobie chwale niezaleznosc :)
    Zapupy robie pomalutku, na spotkania towarzyskie sie nie spozniam, same zalety.
    Tego sie trzymaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Tak, teraz jazdy doszkalające. Muszę wybrać rozsądnie szkołę.

      Usuń
  9. Ej, no fantastycznie! Tak trzymaj! :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Podobno Imola w Warszawie jest dobra. No i tak w ogóle - super :-). Ja chyba w końcu zaczynam lubić prowadzić auto - po 5 latach posiadania prawka.

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja jeżdżę, odkąd zdałam (czyli nie tak znowu długo ;)). Nie mam wyjścia ;)Nauczyłam się jakiś czas temu jeździć wielkim siedmioosobowym bydlęciem i nie oddałabym go za żadne skarby świata. O zgrozo! Nim jest łatwiej jeździć, niż maluchami, i nikt nie trąbi ;) Jak chcesz namiary na naprawdę rewelacyjnego instruktora, to mogę Ci podrzucić.

    OdpowiedzUsuń
  12. super!
    zdziwiłam się, gdy znienacka wyznałam, że lubię jeździć, na początku trzęsłam gaciami i stresowałam się koszmarnie. ale wygoda zwyciężyła, przeistaczając stres w satysfakcjonujące wyzwanie :D

    Powodzenia!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Wypisz -wymaluj moja historia. Do ostatniego punktu tego z okienkiem. To jest jeszcze przede mną ale pomysł dojrzewa! Czekam na dalsze relacje i motywacje ;)
    Stawiałabym jednak na automat.

    OdpowiedzUsuń
  14. Zobaczysz ile będzie łatwiej i szybciej:) Ja przesiadłam się teraz do Toyoty yaris z automatyczną skrzynią biegów, żałuję że dopiero teraz:(
    Szerokiej drogi życzę i autka w automacie. Pozdrawiam Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie Yariska z automatyczną skrzynią biegów i to hydrauliczną, bo nie psujna, chodzi mi po głowie. Zięć jeszcze jakieś Mitsubishi znalazł i twierdzi że nowsza toyota na A ma tańsze części.

      Usuń
  15. Na początku może być trochę trudno ale wolność, którą daje jazda samochodem jest warta każdego wysiłku. Możesz zrobić wszystko sama, bez pomocy!:)

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.