piątek, 27 października 2017

Staś trzymany w domu

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Coraz częściej na naszych szarotkowych, dziewiarskich spotkaniach poruszany jest temat niejakiego Stasia. (Właściwie chodzi o coś zwanego stash po angielsku a Vorrat po niemiecku, po polsku powinny być to zapasy; chodzi o zapasy włóczki zbierane przez dziewiarki). Nikogo nie dziwi, że mechanik samochodowy ma hangar młotków, spawarek, podnośników i innego szpeju. Ktoś reperujący elektronikę tonie w kablach, podzespołach i kalafonii, krawcowa zwykle ma szafę tkanin, malarz bezwstydnie posiada farby, pędzle i drabiny a szewc klej, kopyto i skórzane łatki. Może to dlatego, że oni wykonują pracę zawodową a my tylko hobby to im wolno mieć potrzebne zabawki, a nasze to coś wstydliwego? 
Nie wiem. Na pewno mam w domu więcej książek niż włóczki.W każdym pokoju są co najmniej dwa pokaźne regały do sufitu, szafy we wnękach przyokiennych są pełne papieru, wielka meblościanka w piwnicy zapchana jest tym towarem, że o mało nie pęknie a i druga piwnica powoli się zapełnia. Mimo to Pan Mąż nie twierdzi, że mamy za dużo książek i nie wywraca oczami, że jakaś przybyła. (Mnie dziś przybyły trzy, z czego jedna to bardzo gruby King, do niego listonosz rano przyniósł jedną). A włóczkowy Staś to jakiś problem? Mam równo trzy szuflady surowca do przerobienia i nie wydaje mi się, żeby to było szczególnie dużo. O co ten raban, czemu temu Stasiowi koleżanki poświęcają aż tyle myśli i czasu? Postanowiłam zgłębić temat. Przeczytałam A Stash of Ones Own Clary Parkes. I dowiedziałam się, że to co mam, to nie żaden Staś a zaledwie podręczny Stasinek. Bo niektórzy/re to mają pełną piwnicę worków z surowcem. Albo pokój gościnny zamieniony na przechowalnię, z regałami i programem magazynowym aby w tym nie zginąć. A co gorsza są Stasie przeogromne nie wiadomo czego, bo nie prowadzono księgowości, banderolki poginęły i właścicielka zupełnie się już w swoim Stasiu nie orientuje. 
Po lekturze książki wiem że należę do dziewiarek bez Stasia, jak Amy Herzog. Nie kolekcjonuję kłębków dla samego zbierania. Nie turlam się w moich zbiorach. Wiem co mam i wiem na co to jest. Kupuję wełnę (tylko wełnę, wełnę z jedwabiem, len lub alpakę, jak się da to i kaszmir z odzysku) na konkretne wyroby w konkretnej ilości. Na bluzkę ma być minimum 1200 metrów, na skarpetki 400 metrów. Na szal estoński powyżej 1200 metrów, na szal mniejszy 800 metrów wystarczy. Nie kupuję pojedynczych bardzo pięknych kłębków bo do podziwiania są obrazy i biżuteria, zwierzęta, rośliny i muzyka, a nie najpiękniej nawet ufarbowane 100 metrów wełny z której nie wiadomo co zrobić. Całe dzieciństwo musiałam nosić babcine wyroby z włoczek łączonych w niewiarygodne "tweedy" bo każdej było za mało. Babcia kupowała to co było z pieniędzy skręconych z koszyczkowego, bo własnej pensji nie miała. I robiła co musiała z tego co było. 
Nie znoszę takiej partaniny i łataniny, nie lubię mieć każdego rękawa innego koloru i w związku z tym nie nadaję się na kolekcjonerkę ręcznie farbowanych cudownych motków. Każda próba dziergania z takich motków to była wtopa. Sweter z Arco Iris Silky Merino od Malabrigo każdą część miał w innym kolorze mimo dziergania co drugi rząd z innego motka. Z fioletowego BFL wyszedł sweter we wzór mory i poszedł do ludzi. Jedynie własne farbowanie semi solid dało mi kolor jakiego oczekiwałam. Zatem jeden motek na skarpetki jest OK, farbowanki z Włóczek Warmii są OK, widziałam dosyć wyrobów z tej wełny, żeby ufać farbiarce, ale nie po to robię sobie odzież sama ze szlachetnych surowców, żeby chodzić w łaciatych, brzydkich rzeczach. A ponieważ robię sobie odzież wełnianą, to nie potrzebuję stert ocieplających chust zaprojektowanyc w paski jedynie dla uprzatnięcia domu z bezmyślnie kupionego, szalenie pięknego Stasia bo i tak mi ciepło.
Co do dziewiarek z pełnoprawnym Stasiem to nie mam zdania. Może kupują tę wełnę na pocieszenie? Może dla jej kolorów? To rozumiem, dla kolorów kupiłam naprawdę dużo kredek i suchych pasteli. I myślę, że niech każdy kupuje co chce. Jeżeli z powodu tych zapasów nikt nie głoduje, nie oszczędza się na dzieciach, lekarzu, weterynarzu i babci, nikomu zatem nie dzieje się krzywda, to o co ten hałas? Bo jak się jednak zaczyna głodować, dzieci chodzą w swetrze a bez dajmy na to okularów, a babci nie wykupujemy leków, to jednak jest przegięcie i psychiatra potrzebny na cito. Taki od uzależnień.

21 komentarzy:

  1. I żeby tylko w parze ze Stasiem się jakieś mole nie zalęgły... :-) ulach

    OdpowiedzUsuń
  2. Teraz robią wspaniałe, przezroczyste worki antymolowe. Mole musiały by mieć żelazne zęby.

    OdpowiedzUsuń
  3. A gdzie można kupić takie worki,właśnie na stos Stasiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Allegro, szukaj worków próżniowych. Staś zrobi się przy okazji mniejszy.

      Usuń
  4. Tak, to jest uzależnienie. Lekarz potrzebny, gdy w domu już nie ma powietrza do oddychania. Gdy jest czym oddychać, to jest w porządku. Pozdrawiam Halina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko, czego sama nie zużyję rozdałam. Powietrze jest jednak potrzebne.

      Usuń
  5. Moj Stas jest calkiem, calkiem dorosly i niestety, choc bardzo bym chciala sprowadzic go do niemowlectwa, albo chociaz dziecinstwa, to na przeszkdzie stoi zawsze czas, a wlasciwie jego brak, i bol stawow.
    I Stas sobie dorasta, niedlugo bedzie staruszkiem...

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam pudło, pudło się powiększa, a że robię głównie czapy, to wiesz, 1 motek wystarcza :-D ale teraz się poszalało, raz w życiu można ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to jest jedno pudło, z czegoś w końcu trzeba dziergać. Aby nie oszaleć.

      Usuń
  7. Twój wpis to przysłowiowy balsam na moją duszę. Też mam tego sporo. Wielkie ilości miałam z zakupów poczynionych w PRL (łapało się co było. Większą część porozdawałam. Mam jeszcze wielgachną szufladę muliny, kordonków. Książki??? Z bólem serca przestałam kupować z bardzo prozaicznych powodów: brak miejsca i wiek (dobijam osiemdziesiątki) No i sporo mam nagrane na tzw. "czytaku" urządzenie dla niewidomych lub słabowidzących. Z tego samego powodu omijam szerokim łukiem pasmanterie.Córki synowa mają maja swoje szafy, szafki wypełnione różnościami i książkami. I co teraz dalej???Z robótkami źle - wysiada kręgosłup...Całe szczęście że są książki. No i dużo radości daje mi podczytywanie Twojego bloga czy bloga "ostatek7" - pt.Zapiski na skrawku dysku. Serdecznie pozdrawiam. Życzę dużo radości i z zapasów dziewiarskich, książkowych i ogólnie z życia. - wrzosiec

    OdpowiedzUsuń
  8. Sama prawda - mam tak samo, ale mam Stasia po mamie co sama juz nie dzierga a Staś został pozdrawiam Ewa

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mądre podejście, aby dziergać tylko ze szlachetnych surowców.
    Od pewnego czasu kupuję TYLKO "wysokopółkowe" włóczki, stawiając na jakość, a nie na ilość. Zważywszy na fakt, że dzierganie jest czasochłonne, chcę aby to nie był stracony czas:)
    Pozdrawiam Agatę i wszystkie zaprzyjaźnione dziewiarki!

    OdpowiedzUsuń
  10. Post prześwietny! Zdrowe podejście jest bardzo potrzebne w każdej sprawie. Grecy byli mądrzy, że "złoty środek" itd.
    Uspokoiłaś moje wyrzuty sumienia, bo już obawiałam się, że moje zapasy to za dużo. Otóż wyszło, że w sam raz, czyli, że to Stasinek jest :D
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Materiał do pracy, który wiadomo na co jest i który prędzej czy później wykorzystasz jest cennym dobrem. Pojedyncze kłębuszki często się bardzo przydają. Nie ma nic niewłaściwego w posiadaniu rzeczy potrzebnych i przy okazji przyjemnych. Ale jak się budżet przekracza, zbiory ewidentnie są większe niż się do końca życia da radę przerobić no to coś jest nie tak. Ale jak piszę, nie moja to sprawa.

      Usuń
  11. A pomyślałaś, żeby te skarby z PRL wyrzucić? Będziesz w tym chodzić? Jak nie to po co to trzymać...

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja mojego Stasia ograniczam z calych sil, takze z tego powodu, ze nie mam az tyle miejsca, poza tym, musze miec dojscie do sprzatania ;) ale ostatnio przytargalam moherek z darów, na swetrerek piórkowy bedzie w sam raz. I tyle co do ograniczania sie :D ale widzac w necie innych Stasów, jestem bardzo dzielna. Z pewnoscia tez widzialas na fb, na resztkach, to zdjecie, Stas prawie jak sklep z wlóczkami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj widziałam, widziałam. I moje trzy szuflady, fakt że pakowne, to mikuś a nie Staś. I Twoje pudła tez się nie liczą. Poza tym skoro można coś od kogoś dostać i mieć z tego pożytek, to można i posłać dalej w chętne ręce, które surowiec przerobią.

      Usuń
  13. Nie mam Stasia, mam jeden kosz włóczki na konkretne rzeczy, które czekają w kolejce. Zapasy z PRL-u rozdałam i teraz trochę żałuję, bo taką akurat wełnę z "niemerynosa" kocha mój mąż. Ale rozdawałam w czasach, kiedy na wzmiankę o dzierganiu spojrzałabym na delikwenta z politowaniem. A teraz przygarniam (wełnę, plastików nie tykam) i farbuję bez stresu, wiedząc, że jakby co, to skarpetki wszystko przyjmą :D
    Za to park maszynowy mi się rozrasta - drutów, żyłek, łączników, barwników, narzędzi do obróbki runa - temu nie mogę się oprzeć. Spokojnie mogłabym postawić sobie jeszcze ze dwa kołowrotki, żeby móc na każdym prząść inną nitkę bez wymiany szpulki :)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Ha! Gackowo! W moje urodziny popełniłaś taki cudny wpis (a ja dopiero teraz odczytałam...).
    Do moich zapasów podchodzę bez romantyzmu. Jak się w której wełnie odkochałam, to ją puszczam w świat, w inne kochające ręce. Ale mam zapasik motków kupionych z ciekawości, jak faktura, jak kolor...
    I dopóki wełna z szafek się nie wywala i nie powoduje wypadków i urazów, to racjonalnie jest te motki posiadać.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.