poniedziałek, 3 marca 2025

Jestem wolna, co nie znaczy, że bezbolesna

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Zikusiu, napisz do mnie na maila, jest w zakładce O mnie. Jakimś sposobem wywaliłam Twój komentarz w niebyt, nie chciałam go publikować, żeby Twoich danych światu nie udostępniać. I nawywijałam...

Jeszcze przed zdjęciem gipsu, kiedy już myślałam, że oszaleję od siedzenia w domu, koleżanka, która przyszła by wyprowadzić psy na spacer wyjęła z torby wyrwany z gazety obrazek i poprosiła by go skopiować w większym formacie, żeby się na ścianę nadawał. Rzuciłam się na to jak szczerbaty na suchary. W końcu zajęcie dla zagipsowanej. Konkretne, niedługie i z gwarantowanym rezultatem. Żeby było szybko, musiały być pastele. W oleju to bym to ze trzy tygodnie robiła, albo i lepiej. Każda warstwa musi schnąć, przy tym brudzi, śmierdzi i to nie jest w mieszkaniu pożądane. A pastel jest szybką techniką. Wyjechały zatem kredki, których musi być niestety dużo:


I powstał obrazek. Jest to kopia obrazu Na Łódce Gabriele Muenter, członkini grupy Der Blaue Reiter. Jestem zadowolona z efektu.


 Przy okazji okazało się, że tych kredek jest owszem sporo, ale jednak za mało. Ciemne, nasycone kolory są w kompletach reprezentowane raczej marnie. Ciemna kredka to więcej pigmentu, mniej spoiwa, jest droższa i twarda. Tylko Sennelier i Schmincke potrafią takie kredki zrobić. A bez ciemnych, nasyconych kolorów nie da się uzyskać pełnych wartości tonalnych. Bez ciemnego wszystko wygląda płasko i marnie. Zatem zainwestowałam w jeszcze więcej kredek, bo szczęśliwie Sennelier wyprodukował komplet 24 pasteli w ciemnych kolorach. I one są naprawdę ciemne. Pastele można kupować w kompletach i na sztuki. I zawsze lepiej brać komplety ze względu na opakowanie. Pastele suche są bardzo kruche. Ich pudełko wysłane jest gąbką, w której są wyżłobione rowki, żeby każda kredka leżała w swoim łóżeczku. Przechowywanie na tacce jest ok w pracowni, gdzie tacki stoją spokojnie, ale przewiezienie samochodem pasteli bez tych pudełek i gąbek kończy się smutno: po podróży mamy okropnie drogi puder w kolorze kulki plasteliny, którą od dawna bawi się dziecko. Kupując kredki na sztuki dostajemy je zapakowane w małe pudełeczka, te bardzo drogie z gąbkami. Nigdy tych gąbek nie wyrzucajcie.

 W środę, 26 lutego uwolniono mnie w końcu ze sztywnej kabaretki. Trochę się niepokoiłam, jak to się odbędzie. No i odbyło się zupełnie tak samo, jak sobie zawadzający brzeg sama w domu przycięłam: cęgami jak do cięcie drutu.


 O mało nie zemdlałam na widok własnej nogi: zasiniona, spuchnięta, z wybroczynami, z pokładami łuszczącej się skóry i piętą jak kopyto. Wracając do domu przejechaliśmy przez Rossmana, gdzie zaopatrzyłam się w sole kąpielowe. Balsamy i kremy przysłała mi kochana Lucyna. Dokupiłam jeszcze Arcalen.  Wieczór spędziłam w wannie, w wonnych solach skrobiąc tę nogę z tego, co przez 6 tygodni na niej narosło. Lekarz zlecił masaże dla zlikwidowania obrzęku i chodzenie z kulami jeszcze tydzień lub dwa. Masażami zajmuje się moja córeczka, a zamiast dwóch kul używam jednej. Z dwiema kulami nie można chwycić smyczy. Niczego nie można chwycić po prawdzie. Psy chodzą teraz ze mną na smyczy bardzo grzecznie. Puszczone na Górce luzem szalały ze szczęścia. Mają opinie nieusłuchanych i nikt się nie ośmielił dać im pobiegać luzem.


 

 Co do psów i ich zupy: mądrzy i mądrzejsi zalecają żeby dawać im warzywa. Dużo warzyw. Bo to się powoli robią wszystkożercy. No chyba jednak nie moje, moje są zdecydowanie mięsożerne. Roślinne dodatki mające zwiększyć objętość karmy, a za tym obniżyć jej cenę powodują albo biegunkę (jak ryż) albo strasznie duże i często robione kupy. Zwierzaki nocy nie dawały rady przetrwać nie nabrudziwszy w domu. Wróciłam do droższej wersji dla zdrowych: udziec indyczy, kartofel i marchew. Batat i burak powodowały zbyt wielki luz w tej dziedzinie. Znudzone psiaki miały rozrywki intelektualne. Oto bajka i Frania i ich zabawki edukacyjne



 A mnie naszło na szycie. Od bardzo dawna marzył mi się kubraczek z płótna drukowanego w scenki rodzajowe Tolie de Jouy. I w końcu takie płótna znalazłam w popcoture.pl. Niebieskiego już nie bylo, wzięłam szare i różowe. Danka poradziła, żeby to spikować z flanelą w środku. Z Allegro przyjechała gruba, biała flanela. Ale nie miałam na kubrak wykroju. Znalazłam w Ottobre coś, co za bazę do takiej pikówki mogło posłużyć, zresztą już szyłam z tego wykroju sukienkę. Na całe szczęście posłuchałam Danki, która kazała uszyć rzecz testowo i sprawdzić co i jak z tym wykrojem. Nie chciałam inwestować w testy, zatem ze skrzyni z tkaninami wyjęłam kawałek kupionego przed laty w lumpeksie płótna zasłonowego we wzory Fruit Williama Morrisa. Morris zaprojektował to w 1864 roku jako tapetę. Jego wersja kolorystyczna jest lepsza, bo tło jest kobaltowe w białe wzory. Tu niestety jest brudna żółć i beżyk. Trudno. Szmatka całe lata wisiała w toalecie i zasłaniała szafkę z chemią gospodarczą. Pan Mąż ją znienawidził. Kiedy przedstawiłam mu uszyty kubraczek jakby zapomniał o tym afekcie i rzecz mu się spodobała.


 Może dlatego, że wzór jest zorientowany tak, jak był zaprojektowany?

 

Wspominałam, że ta szmatka ma sporo lat? Była też gdzieniegdzie dziurawa. Tu wyłatana kieszeń.

Umiem w końcu okiełznać pliskę skośną. Oczywiście wiedzę przybliżył You Tube i pewna Wietnamka, która jako narzędzia do wszywania plisek używała płaskiego śrubokręta. Okazało się to bardzo skuteczne.


 A to w wersji pikowanej utrzymać się nie da. Nie da się tak wdać wielowarstwowego rękawa. Za chwilę sobie ten wykrój zwężę i docelowy rękaw będzie bez marszczeń i wdawań. Ponieważ plisy zostało całkiem sporo rozważam troczki do wiązania jako zapięcie kabatka. Misia już orzekła, że na lato z białymi spodniami będzie świetny. 

A powstający sweter okazał w całej mocy, co umieją nawywijać włoczki ręcznie farbowane. Robię z dwóch kłębków metodą helical knitting. Połowa przodu i połowa tyłu jest szara, a drugie połowy kolorowiusieńkie. Będzie się nazywał Łaciaty. Naprawdę wyszedł Bałagan w Piórniku.

 

1 komentarz:

  1. Gratuluję uwolnienia z gipsu. Teraz już będzie "z górki" ;)
    Osobiście bardzo nie lubię robić próbek przed dzierganiem, a chodzi tylko o niewielki kwadracik. A tu szycie testowe i to nie jakieś "po łebkach", ale ślicznie wykończone lamówkami i w ogóle testowy ciuch jest jak najbardziej noszalny. Wiem, że wnioski z testowego szycia są bezcenne jeśli użycie docelowego materiału, ale i tak podziwiam cierpliwość.
    Co do ręcznie farbowanych włóczek to fakt, czasem człowiek miałby ochotę udusić je gołymi rękami, takie niespodzianki wywijają ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.