piątek, 22 listopada 2013

Zasady koszerności

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy


Jak widać po kolejnej sesji z pastelami por zrobił się bardziej do pora podobny, ładnie zapleciony w porowy warkoczyk. Plasterek cytryny prawie ładnie wystaje nad brzegiem skrzynki, a wszystko, choć prawie całe zielone, jest zielone rozmaicie. Z zielonym kolorem jest zawsze kłopot, kolory kredek nigdy nie są podobne, do tego co się widzi i trzeba strasznie kombinować. Ta sama ochra na kapuście jest zielona, a na cytrynie żółta. Por nabrał właściwego koloru po otrzymaniu jasnobłękitnego pudru na liściach. Takie sztuki poznaje się wyłącznie malując, malując i malując. 

A co do koszerności: starozakonni rozumieją ją ściśle i zgodnie z jakimiś rozdziałami w Biblii. Z grubsza zasady te dotyczą tego, co nadaje się do jedzenia, a co jest zakazane. Nie jestem w tym zbyt biegła. Nie szukam produktów do jedzenia ze stemplem koszerności przystawionym przez jakiegoś rabina. Ale zaczynam powoli widzieć, jak jedzenie zdrowych rzeczy przekłada się na wyniki badań laboratoryjnych. Marsze w poszukiwaniu sera zrobionego z sera, wędlin zrobionych z mięsa i śledzi przyniosły skutek, pożegnałam się ku wielkiej mojej uldze ze statynami. 
Żegnaj Atorvastatyno, przynajmniej na jakiś czas.
Czytam metki, naklejki i składy, wybieram do jedzenia tylko to, co nadawało się do jedzenia w czasach mojej prababci.
I bingo, tak rozumiana koszerność działa jak powinna. Bo jadalne tłuszcze to masło (z masła!), smalec, oliwa, olej rzepakowy i na tym koniec. Żadnych margaryn, ich spożycie zdrowe jest jedynie dla przemysłu tłuszczowego, ale nie dla mnie. Jajek - ile wlezie, śledzi z cebulą też. I nic z syropem glukozowo - fruktozowym. Wystarczą słodycze własnej roboty ze zwykłym cukrem.
I pomogło!

Po pięciu latach leżakowania w szafie światło dzienne ujrzał Paw Teresy Wentzler. Wzór jest tak wymagający, że się go nie da robić przy telewizorze. Zatem w towarzystwie Dylana i Dublinersów trochę pohaftuję. Jobelan 25 wcale nie jest taki drobny.

Kogo męczy chandra i smutki niech sobie przeczyta, a potem obejrzy Kroniki Portowe Annie Prolux. Nawet w najokropniejszej pogodzie może znaleźć nas szczęście i radość.

21 komentarzy:

  1. Ja teraz też koszernie - czyli blisko natury. Przeszłam na dietę dr Budwig, solidaryzując się z chorym ojcem. Czyli olej lniany, siemię lniane, twaróg, jogurt, warzywa, owoce i miód. Chleb bez drożdży razowy to mój wybór, czasem kasza gryczana i ryż brązowy. I to wszystko. Bez innych tłuszczy i bez smażenia. Mam zamiar wyleczyć sobie w ten sposób kłopoty z insuliną i cały układ trawienny. I zażegnać widmo nowotworu, ciążące na mojej rodzinie.
    Pozdrówki serdeczne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Specjalnie nie piszę o dietach, bo żadnej szczególnej nie stosuję. Staram się kupować chleb z chleba - w Warszawie piekarnia Grzybki to chyba najlepszy piekarz prawdziwego chleba, masło z masła, ser z sera a makaron z makaronu. A świnka - szynka jakoś się śledziami zastąpiła. I tyle. Nic z folii, z długą lista konserwantów.

      Usuń
  2. Warzywa pięknie namalowałaś, już pisałam, że jestem pod wrażeniem . Kapusta ma wiele odcieni zieleni, co powoduje, że wygląda jak "żywa", pozostałe warzywa i owoc cytryny równie po mistrzowsku ujęte.

    Co do żywności, to ja od lat mam na tym punkcie bzika. Nie chcę tutaj się rozpisywać, ale wolę mniej, a nawet dużo mniej, ale żeby np dojrzewająca szynka lub pospolita parówka składały się przynajmniej w 98 % z mięsa. Jem to bardzo rzadko, ale jeżeli jem, to ma to być to, a nie milion świństw jakie serwują nam chcący się prędko dorobić masarze i handlowcy. Wogóle jakaś niepisana zmowa istnieje, wytruć ludzi, a jak się strują dać im drogie lekarstwa do zażywania itd. Jakby współpracowały ze sobą przetwórnie wędlin, zakłady piekarnicze, przemysł przetwórstwa warzywnego plus koncerny farmaceutyczne. Na szczęście coraz więcej sklepów ze zdrową żywnością jest i mamy alternatywę, czy zjeść parówkę po 11 zł za kg, czy taką po 28 zł za kilogram. Mniej w tym przypadku znaczy więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Problem jest jednak w tym, ze cos deklarowane jako ekologiczne, niekoniecznie musi nim byc. A z wlasnego ogródka niestety tylko garstka ludzi jest w stanie wyzyc.
    Twoje zdanie na tematmargaryn pokrywa sie z moim.
    Poza tym, juz troche czasu temu, niezmiernie zdziwilam sie nad produktem "sera przemyslowego", chetnie stosowanego w pizzeriach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wierzę w ekologiczne, parchate jabłka, krzywe, brudne, ekologiczne marchwie i obsrane jajka. Jakaś higiena tego wszystkiego musi być, a w dobie ptasiej grypy wszystkie kury muszą siedzieć w kurniku. Pestycydy są we wszystkim i w Arktyce też. Ale znany skład to podstawa.

      Usuń
    2. Niestety ale co do jajek sie nie zgodze. Od dawna jemy tylko jajka z wolnego wybiegu od pani mieszkającej pod lasem i smakują zupełnie inaczej niż kurnikowe.
      Znajomy ktory byl strażakiem podczas "epidemii" ptasiej grypy (a to własnie im przypadło zagazowywać i sprzątać cale kurniki) opowiadał jak hodowcy przenosili chore zwierzęta od jednego do drugiego kurnika żeby otrzymywac odszkodowania rzadowe. Kurniki i hodowla masowa to zło a epidemie sposób na wyłudzenie odszkodowań i wzrost spożycia innych rodzajów mięsa które akurat wtedy się nie sprzedawały.
      A jeśli chodzi o syrop glukozowo-fruktozowy to kilka miesięcy mi zajęło powiązanie go z nagłym spadkiem cukru we krwi po wypiciu czerwonej herbaty pu-erh. Omijam szerokim łukiem.
      Obrazek śliczny. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Jajka z kurnika smakują inaczej bo: kury są czym innym karmione i nie są te jajka przechowywane w wielkich magazynach śmierdzących straszliwie przeważnie amoniakiem. Co do korzyść hodowcom przynoszących epidemii, to pewnie masz rację.

      Usuń
  4. ja se podśpiewywam "pamiętaj o tym, że nadzieja karmi, a nie tuczy" i coraz chudsza jestem, azaliż wciąż żywa ;-P
    a w ogóle to jedzenie jedzenia, a nie wysoko przetworzonego szajsu daje zawsze znakomite rezultaty, choć ja bym bardzo chciała móc się obywać bez szamania, bo to kurde drogo trochę z tym żarciem ;-)
    cium!

    OdpowiedzUsuń
  5. kasza jaglana i chleb orkiszowy bo współczesna pszenica do niczego nie podobna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chleb żytni dalej jest jadalny. A kaszy jaglanej… nie lubię.

      Usuń
  6. Bo prawdziwym jest twierdzenie "jestesmy tym co jemy"! Ja tak na przykladzie wedliny, nasz zanjomy tutaj w Londynie kupuje wedliny w jakiejs polskiej masarni i bardzo zachwala wokolo. Moj slubny czasem prosi go aby i nam zrobil zakupy. A moje zdanie na temat tych wedlin jest niestety nie bardzo pochlebne, bo coz mam powiedziec gdy kroje baleron a z niego woda wycieka? Z tego wszystkiego co z tamtrad jadlam to byla Krakowska i Zywiecka "podobno podsuszana". Znajomy sie dziwi "jak to nienajlepsze, przeciez sa fantastyczne", no coz on sobie moze o mnie myslec ze mi sie w glowie poprzewracalo, ale on jast dwadziescia lat mlodszy ode mnie, a ja pamietam smak prawdziwej wedliny ktora byla robiona z miesa a jako dodatki miala w sobie tylko sol i inne pzryprawy ... I pamietam smak prawdziwego rosolu ktory robila moja babcia z takiej kury co po podworku biegala.

    OdpowiedzUsuń
  7. Macie panie racje, też chodzę po sklepie z lupą i czytam metki .Okulary są za słabe żeby odczytać składy. Włos się jeży. Bojkotuje takie towary .Żywność im mniej przetworzona tym lepsza ,wiadomo . Sama piekę chleb i przygotowuje wędlinę . Sporadycznie kupuje to w sklepie. Niestety wymaga to trochę wcześniejszego planowania, za to cały wysiłek nagradza nam smak jedzenia. .Pozdrawiam jaga

    OdpowiedzUsuń
  8. Zieloności cudne :-) Inne jarzynki też.
    Twoje pojęcie koszerności jest ciekawe, ale i bardzo zdroworozsądkowe. A dobrze zrobione kasza jaglana nie jest zła. Z naciskiem na dobrze zrobiona ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie umiem tego dobrze zrobić. Pan Mąż kaszy nie tyka…

      Usuń
    2. Moje pojęcie koszerności NIE jest starozakonne, bo i skąd ma takie być. Ale idea, żeby nie jeść badziewia jest bardzo mądra.

      Usuń
  9. Niespecjalnie zastanawiam, się, co jem. Ważne, żeby smakowało.
    A malowanie - jak zawsze- super! :) BBM

    OdpowiedzUsuń
  10. Mam domu naturalny i żywy tester. Jeżeli kupię piękną gładką mytą marchewkę ze sklepu, to moja papuga udaje, że nie widzi tej marchewki. Natomiast jeżeli przyniosę marchew ze sklepu ze zdrową żywnością, lub od kobiety z targu u której kupuję od lat, wówczas papuga zaczyna świrować, by jak najszybciej otrzymać marchewkę. Kiedyś miałam jeszcze maleńkiego pekińczyka /70 %/ on testował parówki, jeżeli podsunełam mu pod pyszczek kawałek parówki i zaczynał prychać jak kot, oznaczało, że mięsa tam nie znajdziemy, a raczej wypełniacze w 60 %.
    Dzisiaj już go nie ma, ale jest sklep w którym wiadomo, że parówka tam kupiona składa się z mięsa w przynajmniej 90 %

    OdpowiedzUsuń
  11. Dawno nic nie pisałam, ale czytam regularnie i podziwiam cudne rysunki. Jak zawsze napisała Pani interesująco, mądrze i pięknie. Temat wyskoprzetworzonego śmieciowego jedzenia, jak widać po liczbie wpisów, budzi coraz żywszy oddźwięk. U nas jaja tylko od "własnego" dostawcy - zaprzyjaźnionego rolnika. Ogród mam, ale niestety tylko kwiatowy, bo lenistwo i brak czasu są wymówką na niepodjęcie trudu produkcji ekologicznych warzyw.
    Pozdrawiam serdecznie, Tessa

    OdpowiedzUsuń
  12. Kroniki Portowe czytałam i oglądałam i tak mam, że zwykle adaptacja filmowa mniej mi się podoba,bo nie zostawia wiele miejsca dla wyobrażni czytającego . Choć jest jeden wyjątek -Wesele w reżyserii A.Wajdy.A to za sprawą niesamowicie zrobionych zdjęć do tego filmu.Teresa .

    OdpowiedzUsuń
  13. Rysunek cały jest cudny,a najbardziej podobają mi się korzonki pora.Teresa.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.