piątek, 9 stycznia 2015

Raz na wozie, raz pod wozem czyli o walce z trądzikiem

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Pierwszym zwiastunem mojego dojrzewania, dawno, dawno temu, był właśnie trądzik. Jakieś 10 czy jedenaście lat miałam, gdy zaczęły mnie obsypywać dorodne pryszcze. A to na brodzie, a to na nosie, a to na czole. Mama kupiła mi Acnosan. Piekł bardzo przy smarowaniu skóry, ale innych skutków nie dawał. Poszłyśmy do dermatologa. Stara lekarka przepisała jakieś śmierdzące smarowidło z dziegciem i maść na smalcu. Drwinom w szkole nie było końca. Wolałam mieć pryszcze niż śmierdzieć dziegciem, poza tym wkrótce wszyscy w klasie mieli trądzik i się nie wyróżniałam.
W czasach licealnych chodziłam do kosmetyczki na tzw oczyszczanie skóry. Kosztowało, bolało, nie przyniosło spektakularnych rezultatów. Raz zobaczyłam tam dziewczynę obdartą chemicznie ze skóry i był to widok przeraźliwy. To był tak zwany peeling w owych czasach wykonywany rezercyną w dużym stężeniu. Ponoć miał pomóc na krosty i wygładzić skórę, ale wymagał siedzenia w domu przez długi czas, nim skóra odrośnie. Z tych lat pozostała mi głęboka nieufność do zabiegów w salonie kosmetycznym. Nie wiem, jak można twierdzić, że to miejsce, gdzie można się wyluzować i odpocząć. Nie znoszę wizyt u kosmetyczki. Nie cierpię leżanek, na których nie można się ruszyć, nie ufam ani trochę babom, które smarują mnie nie wiadomo czym i nie mówią czym, skrywają swoje tajemnice jakby to były sekrety światowego wywiadu. A najprawdopodobniej właśnie ta maź zalega im w nadmiarze i coś z nią trzeba zrobić. Nudzi mi się i chce zaraz siusiu a nie można wstać, bo właśnie nowa maska zasycha mi na nosie i swędzi. Poza tym zawsze prześladuje mnie przekonanie, że jak tylko stamtąd wyjdę, to babska będą się ze mnie śmiać i obgadywać. Moje pryszcze, moje brwi, moje fałdy na cielsku i wszystko co widziały. Możliwe, że to urojenie.

Zaczęłam zatem uważnie obserwować mój trądzik. I bywać z nim u bardziej współczesnego dermatologa. Tam się dowiedziałam że: jedna sprawa to zaskórniki, druga sprawa to ropne wykwity, czyli w moim języku kwitnące syfy. Zaskórniki powstają, bo to co wydziela każdy gruczoł łojowy nie może się w naturalny sposób wydostać na zewnątrz. Bo naskórek jest gruby, nie mogące się złuszczyć komórki z twardą keratyną zatykają ujścia gruczołów, gruczoły dalej pracują i co wyprodukują to się zbiera.
Natomiast za kwitnące syfy odpowiadają gronkowce, który każdy człowiek na skórze ze sobą nosi. Gronkowiec w takim przepełnionym gruczole zaczyna szaleć, a jak kwitnę jak rabatka. 
Kwitnieniu, czyli szalejącemu trądzikowi sprzyja w moim wypadku mycie mydłem (zasadowe, niszczy płaszcz ochronny skóry), niektóre kremy do twarzy oraz uwaga, uwaga, opalanie. Bo niby słońce wysusza, pomaga ale nie całkiem. Pierwsze dni na słońcu są super. Przypieczona skóra wygląda na gładszą, nie widać zaczerwienienia i jest świetnie. A po paru dniach, jak się złapie kolor zaczyna się balet. W obronie przed słońcem naskórek stara się jeszcze bardziej pogrubieć, złuszczanie nie nadąża, gruczoły korkują się jeszcze bardziej i po ataku własnych gronkowców wyglądamy jak siekane mięso z cebulką. Albo jak bracia Daltonowie. Ponieważ mam dość ciemną karnację latem, a jasną zimą w prezencie od lata dostawałam zwykle masę paskudnych przebarwień. Syf dawno wyzdrowiał, a plama po nim siedziała przez trzy kwartały. Tak to trwało do trzydziestki z okładem, kiedy do leczenia zwykłego trądziku ( zwykłego a nie różowatego albo jeszcze jakiegoś innego) zaczęto używać antybiotyków nakładanych na skórę, kwasów AHA i kwasu azaleinowego. Antybiotyki zgasiły pożar, używałam ich jakiś czas i już nie muszę. Kto kwitnie niech idzie do lekarza. Samemu się tego nie załatwi. Kwas azaleinowy trzyma w szachu gronkowce i co ważniejsze wybiela przebarwienia. Skuteczniej niż wszystkie drogie kremy wybielające. Kto nie wierzy niech zobaczy w Google jak wygląda łupież pstry. Grzyb wywołujący to schorzenie produkuje właśnie ten kwas, ludzie dotknięci tą dolegliwością są pokryci plamami bez pigmentu. Nie trzeba się zarażać grzybicą by się wybielić, teraz można sobie w aptece kupić maść z kwasem azaleinowym.
Słuchając w latach dziewięćdziesiątych doniesień o chemicznych peelingach z kwasami AHA i innymi miałam przed oczami to nieszczęsne stworzenie z gębą bez naskórka, które dawniej widziałam u kosmetyczki. Jednak po kolejnej wizycie u dermatologa, który przepisawszy antybiotyk w płynie i Skinoren bąknął coś o serii peelingów u niego w gabinecie a każdy za dwieście złotych, aby odetkać te zatkane przewody gruczołów łojowych, zaczęłam drążyć temat. Był w owych czasach w aptece krem z AHA i sobie go kupiłam, bo nie miałam dwustu złotych na jeden zabieg a potrzebna była ich seria. Zadziałał. Wycofano go ze sprzedaży, bo panie klientki smarowały się nim bez opamiętania i robiły sobie kuku. Przetrwałam kolejne lata kupując peelingi kwasowe do użytku w gabinetach kosmetycznych na Allegro, pamiętałam lekcje chemii ze szkoły, wiedziałam co jest kwasem a co zasadą i stosowawszy się ściśle do instrukcji przestałam kwitnąć i nie zrobiłam sobie krzywdy.
Dziś w dobrze zaopatrzonej aptece z dermokosmetykami kupimy za rozsądne pieniądze i maść z kwasem azaleinowym i kwasowy peeling, który w warunkach domowych nie zedrze nam skóry z twarzy i nie spowoduje chemicznego poparzenia.  Firma Pharmaceris wypuściła Sebo Almond Peel, czyli krem z 10% stężeniem kwasu migdałowego (bezpiecznie można go stosować nawet w lecie) A Iwostin Laboratorium wyprodukował serię trzech preparatów z rozmaitymi kwasami do pokonywania rozmaitych przypadłości. Ja lubię kwas migdałowy, bo nawet jak jest ładna pogoda to nie muszę w zimie stosować bardzo wysokich filtrów ochronnych. Kto jednak spędza dużo czasu na dworze powinien to robić.


Kuracja nie działa od razu. Na początku stosowania kwasów trądzik może się nasilić. Otwieramy wszak na oścież przed głodnymi gronkowcami nasze zapasy sebum. Tu pomaga kwas azaleinowy, bo nie daje im szaleć. Trzeba cierpliwości. Trzeba się latem chronić przed słońcem i to bardzo. Duży (50+)  filtr przeciwsłoneczny nalezy nakładać obficie i co kilka godzin. Poza peelingiem kwasowym co jakiś czas trzeba zrobić zwykły peeling, ale zwykle preparaty do mycia skóry trądzikowej zawierają jakieś drobinki, które zeskrobią z nas to, co kwas rozluźnił. Nie należy eksperymentować zanadto z kremami upiększającymi. Ja kwitnę po Vichy a Misia ma spokój po kremach serii Nuno firmy Ziaja.
Cetaphil Balsam do twarzy i ciała też nie powinien robić krzywdy.
To tyle o trądziku.

Wasza Ciocia Ficia

PS. Nigdy, przenigdy nie wyciskamy kwitnących, zaropiałych syfów a zwłaszcza w okolicy nosa, przedniej części policzków i górnej wargi. Te części twarzy mają ukrwienie wspólne z mózgiem i się można na tamten świat przejechać. Jeśli krosta w tej okolicy kwitnie tak, ze puchniemy bez opamiętania biegiem lecimy do lekarza (a jak się zbiesił to na SOR).

Z innej beczki: już niedługo wiosna!


hiacynty na parapecie


tulipany w lodówce




18 komentarzy:

  1. Aha! Czyli kwas i duuużo cierpliwości. To brzmi sensownie. Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, hej, najpierw dermatolog w celach diagnostycznych a potem reszta. Tak strasznie dużo tej cierpliwości nie potrzeba, ale zdyscyplinowanie się przyda. Obserwowanie wyników i unikanie pokus też są wskazane.

      Usuń
  2. Bardzo współczuję problemów z trądzikiem. Skąd to się pojawia, tego nie wie nikt. Różne są podłoża. Nie mniej dobrze, że podzieliłaś się swoim doświadczeniem w tym temacie. Miałam szczęście , nie mieć nawet jednego pryszcza ni wągra na twarzy. Moje potomstwo również, no może z wyjatkiem najmłodszego syna w okresie dojrzewania. Ale to był krótki epizod.
    Jestem przerażona tą aurą, przyroda głupieje, dzikie ptactwo to samo, niechby ta znienawidzona zima przyszła i przymroziła , tak jak powinno być...

    OdpowiedzUsuń
  3. eh trądzik nastoletni to ciężka sprawa...a że często z tego młodzieńczego robi się taki cna całe życie to inna sprawa...mi pomogły w sumie tablety antykokoncepcyjne,w razie jakiś niedoskonałości puder under20 (mimi,że już prawie 30 na karku ale porów nie zatyka),zawsze płyn miracelarny do oczyszczenia,toników i innych badziewi nie tolerują i krem z soraya (z biedronki)30+ i jak narazie efkty są chyba dobre,w sumie jeszcze nigdy takiej ładnej cery nie miałam jak teraz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tabletki faktycznie załatwiają sprawę, ale jak się je w końcu przestaje brać to problem wraca.

      Usuń
  4. Ciociu Ficiu, daj więcej fotek tej wiosny! ulach

    OdpowiedzUsuń
  5. W młodości wyciskanie i spirytus salicylowy po przeprowadzonym własnoręcznie zabiegu był jedynym sposobem pozbycia się pryszczy, przynajmniej na jakiś czas. ;( Obecnie nie mam już takich problemów. BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam te czasy doskonale, też praktykowałam ten sposób.

      Usuń
  6. Masz niezla odyseje za soba. Ja miewam czasami nawroty pryszczy na kancie brody, powód: podpieranie sie rekami przy czytaniu w pozycji lezacej. Dziwna koleja rzeczy mydlo zalatwia sprawe dezynfekcji i niwelacji. Namydlam pod prysznicem, pozostawiam na pare minut i splukuje. Dziwne szczescie tu mam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co widziałam na zdjęciach masz przepiękną cerę. Niektórzy mają ten fart. A pojedynczy pryszcz każdemu kto ma skórę się przytrafia.

      Usuń
    2. Zdjecia nawet bez fotoszopa potrafia byc milosciwe ;) na nosie mam dosyc duze pory z zawartoscia oczywiscie. Kiedys, kiedys, za czasów PRLu stosowalam na nie jedynie wtedy dostepna maseczke oczyszczajaca. Nie wiem, co w niej bylo, jaka chemia, ale byla nonplusultra. Nazywala sie "ziolowa", byla konsystencji rzadkiego kremu, bialo- zóltawa i w aluminiowej tubce. Powodowala, ze wagry same do góry podchodzily i sie oczyszczaly. Po prostu zadziwiajace cudo. Oczywiscie jest juz nie do otrzymania... :( mysle czasami o niej, ogladajac szczególowo nos w lusterku.

      Usuń
  7. jakby tak jeszcze holistycznie dermatolog współpracował z endo (do którego nie trzeba się zapisywać by było 2 lata naprzód), to by był raj na ziemi... a tak, pfffffff lipa!
    Cioci Fizi dziękujemy bardzo :-D dyg dyg!
    i cium!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to byłby raj, ale... endo może stwierdzić czego masz za mało a czego za dużo. Jak za mało, to na ogół trądzika nie ma, trądzik to czegoś za dużo. Z mieszaniny jaką jest ludzkie ciało ciężko coś zabrać. Ale na tym to się szczegółowo nie znam. Chyba chodzi o testosteron albo sterydy.

      Usuń
  8. Ja ciągle sobie obiecuję, ze nie będę gmerać przy syfach a potem gmeram. Ale tym mózgiem mnie nastraszyłaś!

    OdpowiedzUsuń
  9. mnie jeszcze bardziej - właśnie byłam gotowa
    mej latorośli to i owo przycisnąć! dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  10. W celu wyleczenia wspomnianego łupieżu pstrego warto sięgnąć po zestaw kosmetyków Pityver. Jest to zestaw składający się z trzech preparatów do celowanej terapii łupieżu pstrego. Podczas leczenia nie można zapominać o zdrowym żywieniu i odpowiedniej higienie, gdyż jest to często jeden z powodów rozwoju choroby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrze nie czytałeś dokładnie. Nikt tu na łupierz pstry nie choruje. To był przykład działania kwasu azaleinowego na melanocyty.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.