wtorek, 22 października 2013

Kuchenne realia

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Jakiś czas temu byliśmy z Panem Mężem na urodzinach Bardzo Mądrego Człowieka. W eleganckiej restauracji podano jedzenie, o jakim się raczej na co dzień tylko czyta: od smalcu z ciemnym chlebem, przez drób, wędliny, dania ciepłe i zimne a potem desery jak z bajki. Pomiędzy tym wszystkim była niebiańska zupełnie pieczona kaczka. Tak dobra i tak miękka, że żegnając się z gospodarzami i obsługą napomknęłam o tym jednemu z kelnerów, gratulując artyzmu w przyrządzaniu kaczki. Młody człowiek pokraśniał, przyznał, że to on jest szefem kuchni (przy takim tłumie gości i szef musiał kelnerować) i ujawnił mi tajemnicę kaczki: polewanie przy pieczeniu sokiem jabłkowym i parowy piec.
Naturalnie musiałam sprawdzić, co to za piec. I już wiem, że rzecz jest droga, wielka i zapobiega wysychaniu pieczonego mięsa. Do restauracji mającej kaczki w karcie na stałe - coś pięknego. Do dwuosobowego gospodarstwa - kompletne nieporozumienie.
Obgadałam sprawę pieczenia kaczek z Alicją. Alicja niby nie gotuje, ale ma na różne rzeczy patenty i wiedzę z różnych pór historii. Zamyśliła się i powiedziała: A co zrobiłaś z tą brytfanką, którą ci dałam?
A no właśnie, brytfanka, czyli domowa, tania wersja parowego pieca za makabryczne pieniądze.
Brytfanka okazała się tak samo skuteczna jak piec. Nawet ta kaczka zamknięta w brytfance zrumienić się potrafi. A podlana wermutem i nadziana jabłkami przez kilka godzin potrafi się zrobić miękka jak na amen rozpieczony kurczak, taki co już sam z kości wyskakuje.

W książce kucharskiej, wydanej jak powieść w twardej okładce za to z niewieloma przepisami siedziała jako wrzutka reklama bardzo znanego, amerykańskiego robota kuchennego. Słynnego z zawrotnej ilości barw, w jakim się go produkuje. Jak dla mnie za duży, za drogi i ma tylko jedną miskę roboczą na raz. I aby sobie skompletować maszynę marzeń trzeba za każdy dodatkowy element płacić jak za zboże i czekać tygodniami, aż dajmy na to wymarzony wypychacz do kiełbas przypłynie do nas z tej Ameryki. No nie, nie do zdobienia kuchni służy malakser. W każdym razie nie mój. Mój stoi zawsze na blacie, bo prawie codziennie ciężko pracuje, a całe potrzebne do niego oprzyrządowanie było wraz z nim w jednym pudełku. Jak mu coś dolega, to idziemy do Brauna na Pańską i dokupujemy, a to silnik, a to miskę. Nie kolor był w tym Braunie istotny, a fakt, że potrafi pokroić, pomieszać i usiekać za mnie prawie każdy produkt.

Co jakiś czas niesie mnie licho do ekskluzywnych salonów z kuchennymi gadgetami i z niedowierzaniem widzę, jak drogo można sprzedawać od wieków znane sprzęty. Własna praktyka kuchenna dowiodła, że nie ma niezniszczalnej patelni teflonowej, że każda, ale to każda po dwóch latach wymaga wymiany, za to patelni żeliwnej niemal nic (poza polaniem jej zimną wodą prosto po zdjęciu z ognia) nie jest w stanie zaszkodzić. Oglądam z zachwytem kolekcje noży, bo są bardzo ładne. metki obiecują wieczną niemal ostrość tych narzędzi. Ale nie ma cudów, nie ma noży ostrych na zawsze. Zatem moja kolekcja noży ma do towarzystwa zakupioną za 4 złote osełkę i raz na tydzień co najmniej jeden nóż ma z osełką do czynienia. Tylko obieraczki trzeba co jakiś czas wymienić, bo tak już jest. I metalowe trzepaczki bo rdzewieją. A rękawy do zdobienia ciast kremem zawsze mi się drą i żaden komplet jeszcze nie przetrwał sezonu świątecznego.

Ale skoro ja kolekcjonuję papierki, niteczki i lalki to rozumiem, że inni kolekcjonerzy zbierają miksery, patelnie i noże. I niech tak będzie!

I chyba pora się rozejrzeć za garnkami, którym nie da się uszu upalić. Mój dwudziestopięcioletni komplet jest jeszcze całkiem na chodzie, ale te uszy...

15 komentarzy:

  1. Uszy do garnków można dokupić na targu.Już trzy razy wymieniałam

    OdpowiedzUsuń
  2. Należę do takich osób, które są bardzo podatne na kupowanie sprzętów ułatwiających pracę kuchni. Ponad 20 lat temu zestawiłam sobie komplet garnków Zepptera, w rozmiarach i kształtach jakie były mi potrzebne. Służą do dnia dzisiejszego w niezmienionym kształcie. Dzisiaj kupic taki garnek ze stali nierdzewnej z grubym dnem, to nie problem i wydatek też nie taki ogromny. W latach 90-tych jednak to było wydarzenie.
    Jakiś czas temu kupiłam sobie 2 naczynia do pieczenia i duszenia w piekarniku firmy Tupperware. To naczynia Ultra Pro. Mam kuzynkę która w tym działa i stąd ceny zawsze promocyjne. Pieczenie to obecnie kaszka z mlekiem. Kaczkę też w tym piekłam, przyprawiona majerankiem, czosnkiem, nafaszerowana jabłkami upiekła się po 1,5 godziny na bardzo miękko . Piekąc w tym garnku nie trzeba zaglądac, podlewac i niczego robic. Samo się upiecze.
    Gacku masz rację, ja też jestem fanką sprzętu firmy Braun. Praktycznie niezniszczalny, a pracuje rewelacyjnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostry nóz nie musi kosztowac wiele. Aktualnie prawie obcielam sobie maly palec u podstawy jednoeurowcem z Netto ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale musi się dać naostrzyć. Przedwojenny tasak babci Pana Męża poddałam działaniu szlifierki. Jest jak brzytwa. Stare noże z Moskwy rodem mają brzydkie trzonki i świetne ostrza. Jeden elegant z Tchibo się sprawdza i jeden no name też jest kochany. A wszystkie ostre według testu pomidora (tną pomidora ze skórą nie rozgniatając zawartości na ketchup).

      Usuń
    2. Test pomidorowy tez u mnie jest do zdania przez ostrze ;) zdaje mi sie, ze te noze, które mozna od czasu do czasu porzadnie naostrzyc, sa tymi naprawde cos wartymi. Posiadam takze tzw. nóz porcelanowy, jest do miesa, póki co, ostry, ponoc wieczny, ale to sie jeszcze okaze. W takie cuda nie za bardzo wierze.

      Usuń
    3. Ja taki ceramiczny zajeździłam w trzy miesiące. On się tylko nadaje, jak kogoś w samolocie trzeba zakłuć, bo w bramce nie piszczy.

      Usuń
  4. ja jestem kuchennym gadżeciarzem ... tylko hasło "a gdzie to upchniesz" powstrzymuje mnie przed kolejną blaszką, nożem, mieszadłem :D ( mam też pół szafy włóczki sasasasasasa) oo brytfankę trzeba kupić :D taką żeliwną, takiej nie mam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kiedyś myślałam, że wszystko jest potrzebne. Nie jest. :-)
      Kuchnię mam wyposażoną dobrze, ale bez wielkiej przesady i nie kupuję rzeczy, dlatego że są. Zapomniałabym gdzie leżą...

      Usuń
  5. Mówisz, że nie potrzebuję tych wszystkich śliczności ? ... Muszę przetrawić tę informację ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przecież jak ich będziesz używać to się zrobią normalne a nie śliczne, znaczy poplamione i podniszczone. Używać trzeba tego co potrzebne, a jak Ci kolekcja potrzebna, to raczej bym w biżuterię szła a nie w kolekcję noży do sera, do jabłka, do marchewki, do ananasa i do Bóg wie jeszcze czego. Brytfanka jest emaliowana, ta moja i nie specjalnie wielka, ale nas jest tylko dwoje. Niezbędne są dobre garnki znoszące i kuchenkę i piec, porządne patelnie, noże ostre, deski wielkie i z drewna, zmywarka, mikrofalówka, malakser, blender - żyrafa i kupa innego śmiecia, ale nie wszystko, nie wszystko…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja jednak nawet jak często używam to głaszczę i nazywam ślicznością, bo posiadanie i używanie sprawia mi radość :D melaksera nie mam, mam ruską maszynkę do mięsa, blender bom leniwa i mikserz misą, pierdyliard blaszek, każda potrzeba jeden komplet garnków i zestaw ostrych noży z ostrzałką i mężem co ostrzy,a do tego kilku ulubieńców posiadających wręcz swoje imiona i miejsce przy stole, ale ja się po prostu przywiązuję do sprzętów, ukochanego telefonu, ulubionych drutów, komputera staruszka,a ona dobrze mi służą, mama mówi, że jak się jest wiedźmą to lepiej nazywać i rozmawiać ze sprzętami,. przynajmniej się nie obrażają.

      Usuń
    2. A to mama ma rację. Jak potrzebne - dawać imiona, głaskać i gadać.
      Jako wiedźma potwierdzam. Ale zwracam uwagę, że potrzebna jest równowaga (waga tez może być, moja jest kochana)

      Usuń
  7. A ja myślę, że to zależy od poznania swoich potrzeb. Jeśli np. ktoś piecze ciasto raz na rok, to mu bajery do pieczenia niepotrzebne, ale ja piekę różności co najmniej raz w tygodniu, więc jestem w stanie spożytkować każdą ilość foremek ;) Nie kupuję rzeczy durnostojkowych typu obieraczka do jabłek albo maszynka do gotowania jajek. Nie mam nawet malaksera, używam zwykłej tarki i ręcznego robota chrobota :) Za to mam tak egzotyczne gadżety jak wyciskacze wzorków na ugotowanych jajkach, czy nożyk do robienia paseczków ze skórki z cytrusów- i są regularnie używane. Przy małych dzieciach niektóre bajery się przydają ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, że się przydają. I potrzeby muszą być rozpoznane. Mnie się robią w kilka minut pęcherze na dłoniach od drewnianej pałki do ucierania i nic nie potrafię równo pokroić. Stąd malakser.
      Kilka blaszek mam w spadku, takąż formę do babki z kamionki. A foremki? Jakieś do kruchych ciastek są, ale nie nadmiernie eksploatowane.

      Usuń
  8. Ja kolekcjonuję patelnie, no... trochę przesadzam, bo na razie mam ich pięć, ale będzie więcej :-)

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.