poniedziałek, 25 lipca 2016

Przechowywanie drutów

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

W młodości uczyłam się robić na drutach na sprzęcie babci. Babcia przechowywała je w glinianym, bułgarskim dzbanku na parapecie. Była tych drutów obfitość, ale babcia wszystko właściwie robiła na prastarych, aluminiowych Inoxach, prostych rzecz jasna, nr 2,5, z maleńkimi łebkami dla bezpieczeństwa oczek okręconymi grubo czerwoną przędzą a czasem nadzianych na zwykły korek. Jako druty do skarpetek służył nam obu jeden komplet drutów 2; stalowych, powyginanych i jeden był nieostry i nieudolnie wygładzony. I wszyscy byli ubrani!
Moje pierwsze druty samodzielnie wybrane to były Areo kupione w Pewexie. Proste były w porządku, ale te z żyłką były straszne, zahaczały o każdą nitkę i robota na nich była męką. Trzymałam je w... dzbanku na parapecie, ale w ich oryginalnych, czerwonych , plastikowych futerałach. Nie lubiłam ich. Alicja podarowała mi spory snopek swoich drutów z żyłką. Trzymałam je w wielkiej, plastikowej torbie z której wymykały się na wolność. Nie nauczyłam się ich kochać, żyłki były twarde, zahaczały nitki, wyrobione końcówki nie pasowały do moich rąk. Znalazłam im kochający dom i się rozstaliśmy. I kiedyś pojawiły się w Polsce Addi. Blogerki piały nad systemem Klick, ale przyjrzawszy się im z bliska uznałam, że to nie ma prawa długo przetrwać. Niemieckie wykonanie niemieckim wykonaniem, ale zatrzask na kuleczkę ze sprężynką to tylko zatrzask na kuleczkę. Na dodatek cholernie drogi. Za to zwykłe Addi Turbo okazały się świetne. Miękka żyłka, ciche końcówki nie kłujące w palce i żadnego zahaczania. 
Od Pana Męża dostałam pudełka po cygarach.


Chodząc cierpliwie do stosownej pasmanterii w podwórku przy Wałbrzyskiej skompletowałam sobie użyteczny sprzęt we wszystkich potrzebnych rozmiarach. Nie wyrzuciłam koszulek, bo są świetne i każda ma w środku miarkę! W Lidlu nabyłam taniutkie ale bardzo dobre druty skarpetkowe i to wszystko sobie mieszkało w pudełku po cygarach w towarzystwie miarki, markerów i zapasowych drutów:

I mieszka tam dalej. W szufladzie biurka poświęconej pracom dziewiarsko - hafciarskim. Oczywiście nie może być tak, że gadżeciarka nie obrośnie w kolejne zabawki.
Na rynku pojawiły się Knit-Pro. Pomysł, ze druty mogą być jak klocki Lego bardzo mi się podobał, a skoro są bez kuleczki ze sprężynką tylko skręcane, skoro koleżanki zapewniają że to dobry patent i nie zahacza nitki, skoro żyłki są miękkie a Pan Mąż twierdzi, że jestem bogatą panią, to kupiłam metalowe, nie nadające się do przeżucia przez psy i dzieci, niełamliwe, wszystkomające w zestawie Knitki. Dokupiłam tylko łącznik do żyłek i duże rozmiary, aby być już dożywotnio niezależna od kaprysów handlu. Nie wymieniłam im futerału. Mam w nim wszystko co potrzebne łącznie z kilkoma szydełkami, nożyczkami, centymetrami a nawet perłówką do tymczasowego nabierania oczek w skarpetkach. Druty skarpetkowe z bambusa też tu teraz mieszkają. I markery w pudełku po cukierkach. I te Karbonze od Knit-Pro do skarpetek w najsłuszniejszym rozmiarze też!


Zestaw małych rozmiarów Hiya Hiya to już rozpusta, ale jakże pożyteczna rozpusta. I też ma własny pokrowiec.

Szydełka brały się nie wiadomo skąd. A to kiedyś mi się ubrdało że dorobię ręcznikom koronkę, aby wyglądały jak w tym sklepie z wściekle drogą bielizną. Okazało się że nie bardzo lubię szydełkować i to jest strasznie nudne. Później na ogól znajdowałam różne egzemplarze w kłębkach z lumpeksu. Mieszkają w lumpeksowym pokrowcu na pędzle kosmetyczne i dobrze im tam.

Poza pudłem na cygara, które mieszka jak powiedziałam w biurku, wszystkie elementy warsztatu dziewiarskiego zawsze siedzą w wiklinowym koszyku podręcznym. Ten kosz pomieści i włóczkę na kolejny projekt, i centymetry luzem, i wzór w książce lub zafoliowany. Jest to zorganizowany warsztat!
A dla projektów szczególnych, wymagających czystości, różnych rodzajów drutów i własnych markerów jest cud - torba od Kankanki, nic z niej nie wyleci:



A w tej torbie nowy projekt na drutach Addi Lace przywiezionych jako pamiątka z Berlina po śmierci mamy. W 2010 jeszcze nie były u nas popularne. Kupiłam sobie rozmiary 3, 4 i 5, akurat na estońskie szale.
Kosz z przydasiami, wełną i wzorami wędruje za mną po domu, gdzie ja tam i on. I Muszka...

Gdyby Pimposhka nie opisała swojego gadgetu do przechowywania, gdyby LucyEmKo nie opisała swojego patentu, to bym nawet pyska na ten temat nie otworzyła ale skoro one mogły to ja też.

5 komentarzy:

  1. Czytałam tego posta Pimposhki o przechowywaniu drutów i zaczęłam się zastanawiać jak ja je przechowuję i czy czegoś nie zmienić-ulepszyć :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te fabryczne, przemyślane rozwiązania nie są złe. Grunt to wiedzieć co gdzie jest, nie wtykać byle gdzie. Ja nic w tym systemie nie zmienię, bo jestem już stara skleroza i jak coś pokombinuję to skończy się szukaniem. A tego nie chcemy.

      Usuń
  2. Takie pudlo po cygarach to fajna sprawa, ale trudno byloby mi cos podobnego znalezc. Z moimi torebkami dobrze zyje, bo daja sie zamknac i nic z nich nie ucieknie. W zimie pownnno sie wprowadzic do jakiejs z nich Prym Ergonomic, zobaczymy, czy te druty same dziergaja ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. W dzieciństwie uczyłam się szydełkowania na szydełku wystruganym przez mojego tatę z patyka :)
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam wszystkich! fajny temat o przechowywaniu drutków.Jak zobaczyłam okrągłe metalowe opakowanie u kuzynki,po wódce wyborowej.To od razu pomyślałam sobie,że to wprost fajny "kubek" dla moich drutków.Na spodzie tego kubeczka wysokiego jest gąbka,żeby przy wkladaniu nie stukały i nie tępiły się.To tyle z pozdrowieniami - Marta

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.