poniedziałek, 9 lutego 2015

Kreatywna skończona!

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Kiecka na drutach jest skończona, bo mi się już nie chce dalej jej ciągnąć. Możliwe, że powinna być dłuższa. Możliwe również, że powinna być szersza na dole. Ale na mnie wchodzi, a jak się nie polubimy to pójdzie na służbę do kogoś innego.



Zostały jeszcze dwa motki karismy z angorą i dwa kłębki własnego farbowania. Kłębek wełny z lureksem też wcale nie zmalał. Znaczy że druty 4.5 mają tajemniczą zdolność rozmnażania włoczki. Na trójkach wełna wyrabia się błyskawicznie.
Teraz się czuję jak ten osiołek co mu w żłoby dano: czy przerobić resztkę tej samej włoczki na wielki golf - kołnierz, czy robić kolejne skarpetki ( wełna przyleciała kolorowiutka jak marzenie o wakacjach), czy też zająć się lalkami.
Od ostatniej notki wydałam przyjęcie i nauczyłam się w końcu po latach prób robić wołowinę po burgundzku. Co oznacza, że nauczyłam się robić jakikolwiek gulasz wołowy nadający się do jedzenia. Goście pytali, czy to co jedli  z polędwicy wołowej powstało. A powstało z tzw mięsa na gulasz. Aby osiągnąć taki rezultat trzeba dokładnie podążać za wskazówkami Julii Child i nie przejmować się początkowymi niepowodzeniami. Po imprezie powtórzyłam potrawę na domowy użytek ( bo z imprezowego garnka niewiele zostało do dojadania) i rezultat był równie dobry. Pan Mąż, który twierdził zawsze, że nienawidzi wołowiny bo mu w zęby włazi, dobierał dokładki z entuzjazmem. Procedura przygotowywania mięsa jest dość mozolna, bo trzeba kawałeczki podsmażać na dymiącym oleju po kilka sztuk na raz i to trwa i trwa. Ale później robi się już prawie samo.
Książki kucharskie mogą się nie nadawać do użytku z kilku powodów: albo autor tylko udaje że wie, o czym pisze, albo tłumacz jest do d... albo - i to jest powód najsmutniejszy - wszystko w nich jest OK poza indeksem. Mam trzy książki kucharskie Nigelli Lawson. Niby kobieta zna się na rzeczy, proporcje są dobre w tych przepisach, dania wychodzą fantastyczne. Ale... one są skonstruowane tak, że nadają się wyłącznie do czytania. Bo niby wiem, że przepis na semifredo jest w jednej z tych książek. Robiłam je z dziesięć razy i wychodziło świetne. Ale w żadnym indeksie nie figuruje nazwa potrawy. Książka nie ma rozdziałów poświęconych dajmy na to deserom, tylko prezentuje po kolei całe przyjęciowe zestawy nazwane dość fantastycznie. Nazwy potraw też są fantazyjne i od czapy, często nie sugerują nawet z czego to coś się składa. I teraz wyobraźcie sobie całą rodzinę kartkującą trzy grube księgi, dwie po angielsku, jedną po polsku i mozolnie szukającą jakiegoś przepisu. Pierwszy raz od lat rozdarłam się jak moja własna babka, rzuciłam tomiszczem o stół i zaklęłam jak robotnicy Pana Hrabiego. W indeksach same kwieciste metafory, nic rzeczowości - byłam w rozpaczy.  Pan Mąż uratował te księgi przed przemiałem i śmietnikiem wręczając mi samoprzylepne karteczki. Mam nimi  w tych tomiszczach pozaznaczać pożyteczne przepisy. Tych naprawdę fajnych nie ma aż tak dużo.
W książkach Julii Child indeksy są doskonałe. Znać, że autorka była archiwistką wywiadu w czasie wojny. Tam da się znaleźć wszystko. Możliwe, że kuchnia francuska nie jest w modzie, ale za to sposoby i sposobiki Julii Child dają w rezultacie jadalną i przepyszną strawę bez poszukiwania świeżej trawy cytrynowej, bazylii o czerwonych liściach w styczniu, czy przepiórek z chowu domowego.

11 komentarzy:

  1. Ja dotąd mam sentyment do paru książeczek kucharskich wydanych jeszcze w latach 80-tych. Niektóre w formie dość obskurnej broszurki na marnym papierze (no, muszę docenić - wtedy to był i tak szczyt sztuki drukarskiej). Wszystko było dostosowane do ówczesnych skromnych warunków, albo czasem w dwóch wersjach - jedna zgrzebna, tutejsza, druga dla szczęśliwców, którzy mieli okazję wybrać się gdzieś daleko i zdobyć jakieś egzotyczne składniki. "Gospoda pod Gorącym Słońcem" się to nazywało, mam tego dwa zeszyty, i gdzieś zachomikowane wycinki kulinarne z "Kontynentów". I inne dawne książki. Bo te obecne to są jakieś dziwne. Zraziłam się do nich. Mam wrażenie, że wydawnictwa chcą tylko oczarować publikę kolorowymi zdjątkami, a w środku są jakieś pomysły rodem z Ameryki czy z Niemiec, kompletnie od czapy w naszych realiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety masz rację. Te dzisiejsze wydawnictwa w większości mają oczarować publikę i zachęcać do kupna kolejnego tomu, bo autor musi zarobić. A to że Ty potem z tego nie skorzystasz to pikuś. To nawet nie jest sprawa przedziwnych składników, tylko takich prostych błędów jak schrzaniony indeks.

      Usuń
  2. Chyba najbardziej odjechana była książka wegetariańska, jaką ktoś uszczęśliwił moją teściową. Ona, przy wiecznych kłopotach ze zdrowiem, stawała na głowie, aby zdrowo żywić rodzinę, ale 3/4 składników z tamtej książki było nie do zdobycia w Polsce, a pozostała ćwierć musiała kosztować krocie. Niezła propozycja dla starszej pani.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sukienka prześliczna, kolorystyka i układ pasów- idealne, natomiast długość... no, nie wiem.
    Gdybym ja miała wybierać, bez zastanowienia wybrałabym obszerny golf.
    A do książek kucharskich się nie odnoszę, bo czasem korzystam z takiej sprzed 50-ciu lat i uważam, że jest świetna. ;) BBM

    OdpowiedzUsuń
  4. Agatko - mój zachwyt nad tą sukienką samą mnie przeraża. Dawno nic mi się tak nie spodobało!!!! Chyba kolejnym dla mnie dziełem będzie właśnie sukienka. Czas zademonstrować rajstopy, kozaczki i resztki nóg. A sukienka, czy też tunika mają tą właściwość, że potrafią zaczarować sylwetkę.

    Co do książek to ja mam jedną i nie do pobicia - z bodaj roku 1960 czy 62. Przeszła z rąk mojej Mamy na mnie i po jej lekturze wszystko potrafię :)
    Pan Małżonek ofiarował mi w przypływie szaleństwa dwie jakieś bogato ilustrowane z nadzieją, że zaczytam je do cna. Niestety. Przy podziale majątku ja te książki mu pozostawię.
    Dziś najczęściej rzucam hasło w net, czytam trzy przepisy pobieżnie i tworzę swoją wersję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda Aniu, nogi dobre widać, a reszty nie widać. I na moje chłodne mieszkanie jest akurat.
      Wielokrotnie pisałam, że gotowania to ja się z książek uczyłam. Niestety, nie mam pamięci do miar i wag i stąd kolekcja kulinarnych wydawnictw. No ale niektóre się nie nadają. Nie gotuje się z obrazków. Indeks jest niezbędny.

      Usuń
  5. Dobrze, że ta super suknia nie jest , zbyt długa. Założysz legginsy i będziesz ładnie wyglądała. Nózki masz zgrabne to po co je zakrywać nadmiernie ??
    CO do książek kucharskich , to lubie je kupować. Jednakże wyłącznie naszych rodzimych autorów. Zbieram je od lat. Najlepsze są te wydawane przez SGGW. Nie przepadam za udziwnieniami w kuchni. Najbardziej lubię spełniać się w kuchni bez mięsnej . A wołowinę, trzeba po prostu długo dusić i pięknie przyprawić, a będzie mniam ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo po co mam chować na amen dobre nogi? Schować muszę niedobrą talię. A nogi niech będzie widać. Zwłaszcza w rurkach albo tregingsach.

      Usuń
  6. Jestem stosunkowo nieciekawa nowinek kulinarnych, dlatego ksiazek o tej tematyce nie posiadam. Za to maly zeszyt z ciekawymi przepisami, takze kartkami wydartymi z kalendarzy róznych. Jak sie cos sprawdzilo, mialo prawo w zeszcycie zostac.
    Dopieri tutaj dopatrzylam sie kolorowosci pasów w sukience- na fb ogladalam w telefonie i mily on´brazek byl ;) pi3ekna, ciepla, do pozazdroszczenia jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sukienka jest również bardzo łatwa do zrobienia, choć przydała by się zaszewkami na obfity biust.
      W zasadzie nie kolekcjonuję książek kucharskich, ale lubiąc dobrze zjeść na czmś trzeba się oprzeć, a rodzinnych tradycji nie było ( mama niezainteresowana tematem wcale, babcia sierota bez podstaw).

      Usuń
  7. Sukienka bardzo fajna, jak się komuś nie podoba, niech odwróci głowę lub spojrzy na nogi. To Tobie ma być w niej dobrze. A co do książek kucharskich - Julia jest nieoceniona - mam wszystkie trzy jej publikacje wydane w Polsce. Kolekcjonuję książki o kuchni i ciekawe (dla mnie) książki kucharskie. Nie lubię "celebryckich" książek kucharskich, bo zazwyczaj są do niczego - przerost formy nad treścią. Lubię przepisy Marty Gessler z cotygodniowych wysokich obcasow, bo mają mało składników, zazwyczaj dostępnych na mojej prowincji, so szybkie w robocie i jadalne, a to często rzecz kontrowersyjna w nowinkach kulinarnych.
    Pozdrawiam, przesyłam głaski dla wzruszaczek.
    Florencja

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.