piątek, 14 września 2012

Jak co roku po wakacjach...

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

spodnie się nie dopinają.
Przyczyna jest bardzo prosta. W naszych kurortach (kurorcikach?), w każdym razie w tych, w których bywamy, liczba stałych mieszkańców wynosi od dwudziestu do może dwustu. Natomiast ilość przyjezdnych to tysiące ludzi.
Dla dwudziestu czy dwustu stałych mieszkańców nikt nie wybuduje restauracji slow food, nie założy sklepu ze zdrową żywnością ani nie będzie się bawił w organizowanie bazarku.
Stali mieszkańcy na zakupy jadą do ościennych miejscowości z Biedronkami, Kauflandami, Lidlami czy innymi takimi. Raz na tydzień.
Wczasowicze niby mają możliwości gotowania sobie samodzielnie.
Ale kupić tam produkty niezbędne dla zdrowej diety to niepodobieństwo. W naprędce zakładanych na potrzeby sześciotygodniowego sezonu sklepikach w budkach, dziuplach i pod schodami jest mnóstwo napojów gazowanych, piwa, chipsów, kiełbas na grilla, parówek z mom, sera żółtego i białego pieczywa.
Owoców (słodkich i popularnych) jest coraz więcej, a warzywa bywają.
Nadto jeśli się już wyjechało na łono natury, to na litość boską nie po to, by w letniej kuchni albo w domku kempingowym warzyć dania slow food, co zabiera jak sama nazwa wskazuje dużo czasu.
Zatem jada się w sezonowych restauracjach co dają, a właściwie to, po czym na pewno się sraczki nie dostanie. Pewniakiem jest schabowy z ziemniakami (frytkami) i z kapustą zasmażaną.
Prowadzący te zakłady gastronomiczne liczą i kalkulują każdy grosz i każdą wymianę oleju we frytkownicy. Nie będą się bawić w gotowanie kaszy, ciemnego ryżu, skoro gawiedź i tak zje kartofle. Skutek jest dla obwodu w talii katastrofalny.
Nie da się zawieźć na urlop przygotowanych zawczasu sałatek ze świeżych warzyw i gotowanego kurczaka na dwa tygodnie.
Czy to znaczy, że jeśli chcę w przyszłym roku wyjechać na urlop to teraz muszę schudnąć z zapasem, zachować obecne ubranie a potem po prostu przyjąć do wiadomości, że i tak się spasę, bo poza pizzą, smażoną fladrą, schabowym, golonką, kurczakiem z rożna, kartoflami, goframi z bitą śmieaną i lodami nie będzie nic innego do jedzenia?

10 komentarzy:

  1. Pamiętam kiedy jeżdzilismy na wakacje z naszymi dziećmi. Mieliśmy domek kempingowy z tzw pełnym wyposażeniem. W tamtych latach stołowanie się w budkach z rybą ze względu na finanse było raczej niewykonalne. Pozostawało więc gotowanie. Zbiorowe żywienie w zakładowej stołówce FWP nie wchodziło w rachubę. Moje potomstwo nie chciało nawet przekroczyć progu owej instytucji. Zatem pozostawało gotowanie gara zupy z żółtej lub zielonej fasolki na 3 dni i codzienne kupowanie w wiejskim sklepie spożywczym świeżego chleba. Wyżerka była nadzwyczajna. Ziemniaki z koperkiem tudzież zsiadłe mleko z sadzonym jajkiem, też było mile widziane i tak sobie radzilismy. Szybko i smacznie. Nie wiem, czy na dzien dzisiejszy chciałoby mi sie tak gotować, kiedy wszystko wokół jest, nawet w najmniejszej nadmorskiej miejscowości. Braku innej alternatywy jak tylko żarcie z budki lub innej jadłodajni zwanej szumnie restauracją, to ja CI współczuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o najmniejszych nadmorskich miejscowościach piszę.
      Nie cierpię gotowania w nieswojej kuchni. No nie i już. A gotowce są właśnie takie jak opisałam.

      Usuń
  2. Nie chcę się wymądrzać ale podpowiem Ci sanatorium (jestem w jeżdzeniu tam weteranem;).
    Sanatorium odpłatne mozna traktować jak wczasy i nie potrzeba skierowania lekarza. Jest smaczne i zdrowe jedzenie, do południa mozna się nieco podleczyć i poprawić kondycję a po południu ma się czas dla siebie.
    Nie jest to tani odpoczynek, ale moim zdaniem warto bo przewaznie sanatoria są w atrakcyjnych (i klimatycznych) miejscowościach.
    Jeżeli Cię to zainteresuje i będziesz miała w tym temacie jakieś pytania - chętnie odpowiem/podpowiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, do sanatorium nie przyjmą naszych psów.
      Poza tym pomysł znakomity.
      A chętnie bym sobie pojechała, podrzuć jakieś fajne miejsce.

      Usuń
  3. Ja od 12 lat (dwa razy do roku) jeżdżę do Buska Zdroju.
    http://21wszur.pl/
    Lubię to miejsce, bo jest stosunkowo blisko od W-wy.
    Natomiast mój ślubny w jednym miejscu nie usiedzi więc był juz Lądku Zdroju, Nałęczowie, Ciechocinku a w tym roku był w Sopocie
    http://www.sanatorium-helios.com.pl/
    Z tego co czytałam u koleżanki blogowej fajne sanatoria są w kołobrzegu.
    Trzeba sobie wygooglać sanatoria, wybrać odpowiadającą miejscowość, w danej miejscowości przejrzeć sanatoria (wejść na stronę internetową i zobaczyć czy odpowiada nam standard, podzwonić, popytać).
    Wybierać raczej sanatoria resortowe (wojsko, MSWiA).
    I jescze jedna podpowiedż - do dobrego sanatorium trzeba rezerwować miejsca nawet na rok przed przyjazdem )ja już w maju zarezerwowowałam terminy do Buska na kwiecień i wrzesień 2013 roku.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestesmy zawalani smieciowym jedzeniem, i malo kto to zauwaza.
    Nie jest latwo jesc jedynie zdrowe jedzenie, ale przy paru regulach mozna dopiac nawet i te waskie gacie.
    Postawic na ciemne pieczywo, jednakze nie tosty.
    Twarozek zamiast szynek i tlustych, ach jakze smakowitych plastrów sera.
    Procenty na obiednim talerzu wszyscy znamy ;) preferowac duszone, unikac smazonego czy panierowanego we frytkownicy.
    Wieczorem warzywka w stylu ogórków, pomidorów, owoce nie przejrzale.
    I starac sie miec gdzies, ze zal tylek sciska, bo inni sobie folguja ;)
    Taka musi byc psychologia all inclusive, zeby wszyscy bez opamietania i o kazdej porze... tylko jaki to ma cel? Podkrecenie farmacji i sprzedazy leków "przeciwko cholesterolowi"?
    Musimy zaczac umiec mówic nie.
    Tom sie wymadrzyla, jakbym problómów z waga nigdy nie miala :D mam, a co? Slabym czlowiekiem przeciez jestem :D
    Ostatnio czulam sie fatalnie, po prostu... przejedzona. Tak juz mam, ze w stresie jem wiecej.
    Ostatni wolny tydzien zaczelam gotowac uwazniej, i mniej z tego konsumowac. Do tego codziennie co najmniej litr zielonej herbaty.
    Po 6 dniach czuje sie lepiej, jakby "odtruta", faktem jest, ze kostki mi wyszczuplaly- mialam je bowiem opuchniete, za duzo gotowców z sola jadlam. Gacie z tylka jeszcze dlugo mi nie poleca, ale- zapinanie zaden problem.
    Wczoraj na grylu pozywilm sie kielbaska i stekiem z rozna, do tego salatka zioemniaczana wlasnej produkcji kolezanki, i spora czesc butelki Baileys, i czuje sie nadal dobrze. Jestem po prostu czasami tym Genussmensch-em ;)
    Zycze ci powodzenia z walka ze zbednosciami tego zycia!


    OdpowiedzUsuń
  5. W domu ogarnąć te zbędności to nie kłopot, ale na wakacjach - kaplica. Tam jest tylko tłuste, smażone albo słodkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostaje mieszkanko z malym aneksem kuchennym, i te sadzone (na niewielkiej ilosci tluszczu) jajka z kartofelkami i maslanka ;)
      Wiem, wiem... komu sie chce gotowac. Jednakze z postepujacym wiekiem jakos tak mi sie robi, ze wole wiedziec, co jem, czyli- wole sama zrobic. Nie jestem maniaczka stania godzinami w kuchni, o co to, to nie! :D Jakies proste salatki, i oczywiscie czesto FdH tutejsze, friss die Hälfte ;) wtedy nawet kebaba mozna. Staram sie opanowac, nie jest latwo, ale idzie.

      Usuń
  6. Wiesz co, przyjedź do mnie.
    Zmienisz zdanie.
    pozdrawiam ela

    OdpowiedzUsuń
  7. W moim domu nieraz się i tłusto i dosadnie jadło, ale ja zauważyłam, że na wyjazdach zawsze się przeginaliśmy od przejedzenia. I nawet wiem z czego to było - z braku codziennych zajęć ;)
    Z nudów nieuświadomionych człowiek pochłaniał więcej, bo cóż robić na leżaku z książką jak nie trzeba odkurzyć czy czegoś tam zrobić. To się jadło! Nawet na surowiznach człowiek się zaokrąglał.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.