niedziela, 21 października 2012

Bardzo droga biżuteria

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dwa tygodnie migreny, krótkie ręce i lekki ból oka wygnały mnie do okulisty.
Ledwo dwa lata temu zrobiłam sobie nowe progresy za nieziemskie pieniądze. Z wszystkimi powłokami, najnowszej generacji i w modnych oprawkach. Oprawki zaczęły obłazić z kolorowego lakieru po sześciu miesiącach użytkowania. Po roku jeden nausznik odstawał bardziej niż drugi; to moja wina, okulary zdejmuje się z głowy obiema rekami. Progresy nierówno siedzące na nosie to makabra.
Odpadające noski i regulacje przeprowadzał rodzimy optyk z anielską cierpliwością.
W międzyczasie wpadłam na ulicy na dawno niewidzianą koleżankę. Pochwaliłam jej niesłychane, druciane oprawki do okularów. Czyste w formie i bardzo charakterystyczne. Zaśmiała się perliście - to wciąż te same" powiedziała.
Podarowałam jej te oprawki coś około roku 1985. Sama dostałam je w prezencie od innej koleżanki w roku 1974 i kilka lat nosiłam. Były to stare, mocno przedwojenne angielskie druciaki pokryte najprawdziwszym szyldkretem, rzecz dziś już niespotykana i prawem zakazana. Skorup egzotycznych żółwi nie wolno używać do takich gadgetów. Szyldkret z wiekiem odpadł, ale stalowe druty mocno trzymały szkła. Co jakiś czas trzeba je było skręcić śrubokrętem.
W końcu zebrałam szaloną kwotę 40$ na nowoczesne, fotochromowe, duże, modne szkła z cylindrami i kupiłam je sobie w Pewexie. U rodzimego optyka nabyłam dwie jednakowe oprawki (jedną na zapas) i miałam okulary, jakich astygmatyk za komuny mieć nie miał prawa. Zapasowa oprawka się po kilku latach przydała, ale jak wszystko wyszła z mody. Nic nie wygląda na człowieku bardziej de mode niż oprawki okularowe z poprzedniej dekady. A zmiany w tej dziedzinie zawsze są radykalne.
Oprawki staruszki poszły do koleżanki, która nosi je do dziś i zrobiła z nich swój znak firmowy.

Pani okulistka zrobiła swoje czary-mary z komputerem i skrzynką szybek. Dostałam receptę na szkła o dioptrię mocniejsze. Lewe oko, które ponoć już tak miało mieć, że nie bardzo widzi nagle ożyło i się roześmiało. Nic dziwnego, że głowa boli od czytania.
Wpadłam z tą receptą do rodzimego optyka. Spytałam, czy da się u niego zrobić progresy za mniej niż 2 500 złotych.
Odparł, że się da i zasiedliśmy przed katalogami szkieł optycznych. Zrozumiał, że chcę szkła mineralne. Zalecił brak powłok antyodblaskowych, jeśli mi zależy na trwałości i nierysowaniu szkieł. Oprawkę dobraliśmy w trzy minuty. Matowy, czarny plastik w bardzo, bardzo tradycyjnym kształcie umożliwiającym czytanie na leżąco. I trochę podobne do okularów mojego ulubionego muzyka.
Z pazurem i z jajem.
Cena całości to połowa ceny takich okularów wykonanych w okularowym, popularnym supermarkecie.
Czekam na telefon.
Taką biżuterię będę nosić. Jak zwykle.
Zastanawiam się, czy na jakimś pchlim targu nie kupić sobie takich starutkich druciaków. Kosztują według allegro około 40 złotych. Biżuteria, tak jak suknia, jest piękna dopiero po stu latach!


4 komentarze:

  1. Zastanawiałam się co się z Tobą dzieje, a TY sobie migrenę hodowałas, no proszę.
    Ciekawy opis historii oprawek. Mam nadzieję, obejrzeć Ci na żywo w nowych oprawkach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Żono, napisz wprost, że ku mojej niesłychanej zazdrości sprawiłaś sobie lennonki. Cholera, a z nas dwojga to JA jestem podobny do Lennona!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja nie jestem, ale to takie fajne okulary. I nie zdradzają się, z którego są dziesięciolecia :-)

      Usuń
  3. Tak jak pogadałyśmy - ceny w okularowym markecie muszą zarobić na reklamę, bandy handlowców, drogie czynsze.
    Następne moje będą pochodzić od optyka w małym sklepie. Zbrodnia to niesłychana ponad 2 tys za świat namacalny.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.