poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Nożyczki

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

lalkom dajmy na kilka godzin spokój. Te kilka godzin jest mi potrzebne, aby wymyślić skąd mam wziąć rekwizyt do następnego zdjęcia.
Ostatnio było o znikającej ładowarce. W tle był również zniknięty pierścionek. Piękny, zmieniający kolor pod wpływem ciepła ręki, kupiony na straganie z badziewiem koralikowym w Dąbkach za 10 złotych, co po sprawdzeniu na Allegro okazało się ceną paskarską. Takie ozdoby na Allegro są po 3.45 pln. 5,50 z wysyłką.
Ale zginął był drań. Dziś się objawił schowany pod psią miską. Dziewczyna chciała ponosić?

Rzeczą, która w moim rodzinnym domu ginęła wciąż i bez ustanku były nożyczki.
Na 7 osób, w tym jedno dziecko były jedne duże krawieckie nożyczki babci, moje małe nożyczki do papieru i maluśkie nożyczki do paznokci mojej mamy.
Babcia strzegła swoich jak oka w głowie, ale niestety wszyscy wiedzieli, gdzie one leżą. I co kto chciał uciąć, to jak po sznurku szorował do szuflady w stoliku maszyny do szycia, gdzie owe nożyczki zawsze leżały. I naturalnie każdy do nich trafiał bezbłędnie. I nie zawsze odkładał na miejsce. Awantury bywały o to straszliwe. Awantury bywały również o cięcie tymi nożyczkami drutu, blachy i innych takich. Babcia świetnie wiedziała, że stępić umie każdy, a naostrzyć - nikt. Moich, dziecinnych, tępo zakończonych nikt nie brał, bo i po co? Były zawsze tępe i umazane klejem. Mama swoich bardzo pilnowała.

Nie tylko u nas ginęły nożyczki. Doktor Nolan w książce "Jak zostałem chirurgiem" barwnie opowiedział o znikających nożyczkach do zmiany opatrunków w nowojorskim szpitalu. Spotkało go tam wielkie wyróżnienie: pewna bardzo sroga siostra oddziałowa uznawszy, że jest dobrym lekarzem podarowała mu nożyczki z wygrawerowanym nazwiskiem.

Zadbałam, żeby u mnie w domu nożyczek była obfitość. Nie życzę sobie żadnych więcej awantur o nożyczki. W kuchni, razem z nożami stoją w bloku drewnianym kuchenne. Mają i otwieracz do puszek i mocne ostrza i porządne uszy. Nie znoszę rozrywać opakowań zębami.
Do szycia i haftowania mam kilka stosownych par. Do papieru i innych rzeczy też są w strategicznych miejscach te nożyczki porozmieszczane. Dziecku zawsze kupowałam szybciutko kolejne, gdy poprzednia para znikała. Na każdym stole do pracy jedne muszą być!
Pan Mąż ma miskę nożyczek do paznokci i skórek w łazience. Nie wiem, czy się do czegoś nadają, pewnie nie, ale Pan Mąż odmawia oddania ich na złom. Co kilka miesięcy dokupuje sobie nowe, a stare leżą i leżą.

Żeby tak samo można zrobić ze wszystkimi ginącymi przedmiotami!


2 komentarze:

  1. W moim domu rodzinnym były jedne wielkie i ciężkie, odkładane na brzeg szafy przez Mamę, by do rąk dzieci nie trafiły. Ale umieliśmy krzesło przysunąć :)

    U mnie jest ich dużo. Zwłaszcza tych do tkanin pilnuję pod groźbą rękoczynu za cięcie nimi papieru, bowiem nic tak nożyczek nie tępi jak niewinny papier.
    Dzisiaj można mieć nożyczki specjalistyczne i każdy swoje powinien w najbliższej szufladzie mieć.

    OdpowiedzUsuń
  2. to nie nozyczki byly przyczyna poruszenia calej rodziny i dzikich awantur ale okulary. Moja Babcia zawsze ich szukala, bo te które miala w danym momencie nie byly wlasciwe do wlasnie wykonywanej czynnosci (zdaje sie, ze do czytania byly inne). A o ich znikanie podejrzewane bylsmy obie z siostra, pewnie nie bez podstawy, lecz tego juz nei pamitam Babacia odeszla i nastala spokoj na kilkanascie lat. Okulary zaczela uzywac Mama, ale tylko jedne. I znow minelo kilka lat, Mam zaczela uzywac jednych do codziennej egzystencji a drugich do czytania, pisania, haftowania czy robienia na drutach. Nigdy nie miala wlasciwych pod reka. Jakby bylo malo siostra i ja tez zaczelysmy uzywac okalrow. Siostra nosi je na okraglo, ja tylko do czytania,pisania etc. Wiec jak sie zejdziemy np. w swieta zaczyna sie horror. poszukujacy juz sa trzy sztuki, okalarow znikajacych cztery sztuki. I zawsze znajduja sie nie te, ktore powinny. To chyba jakies przeklenstwo z tymi okularami i nozyczkami ;)

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.