Kretka od dzieciństwa bywała nad morzem. Za pierwszym razem strasznie dała nam popalić, bo jako roczny jagdterier umiała tylko bez opamiętania gnać przed siebie na łeb na szyję oraz pływać w odmętach fal, niezrażona ani sztormem, ani deszczem.
Muszka nigdy przedtem nad morzem nie była. Zdumiała ją i ogromna, słona, zielona kałuża i piaskownica bez końca.
Ponieważ wczasowicze bez jagdterierów, za to z dziećmi lubią siedzieć tuż przy zejściu na plażę musieliśmy z naszymi wczasowiczkami w futrach iść na dziką plażę, 4 kilometry w jedną stronę. Tak przynajmniej oceniał tę odległość mój krokomierz.
I bardzo dobrze, nim dotarliśmy na miejsce Kretka pierwszą parę już spuszczała z kotła i była ciut spokojniejsza.
Potem dwie godziny na piachu, i z powrotem przez Dąbki i obiad do Bobolina.
Kretkę trzeba wyprowadzać na koniec świata, bo inaczej molestuje malutkie dzieci, kopie nory pod cudzymi kocykami i kradnie zabawki.
A na pustej, dzikiej plaży to można się pobawić.
Dzięki takiemu trybowi życia na wakacjach ani nie jesteśmy spaleni słońcem na stary narciarski but, ani zwierzaki nikomu nie przeszkadzały.
Niech żyje Bobolin i Dąbki.





Dobrze się tam "dziewczyny" miały, ba rozkosznie co widać po tarzaniu się w piachu. Zażyły wczasów, aż miło.
OdpowiedzUsuńFajna ta Kretka- jak psiak, to z calymi zagraniami- po co komu smetny pies? Podkopywanie i kradzieze szczególnie mnie ujely :D
OdpowiedzUsuńTeż lubię takie radosne psy!Ale miały radochę na plazy...Pozdrawiam...
OdpowiedzUsuńAż miło popatrzeć na te zdjęcia: czysta radość i szczęście :)
OdpowiedzUsuńDziewczyny trafiły swój los na loterii mając takich właścicieli :)))