Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy
Czy widzieliście kiedyś Anioła Stróża? Nie na obrazku od Pierwszej Komunii, nie w kiosku z durnostojkami, nie w postaci wzorka do krzyżykowego haftu, ale prawdziwego, z krwi i kości? Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że Anioł Stróż może wcielić się w nieoczekiwaną postać.
Dla ratowania własnych emocji w 1991 roku postanowiłam koniecznie kupić sobie psa. Na domownikach udało mi się wymusić akceptację dla pojawiających się od czasu do czasu gryzoni, były u nas i chomiki i myszki i szczury, ale kontakt emocjonalny był z nimi niepełny, na spacer się tego nie wyprowadzało, a mysi smród był nie do zniesienia. Poza tym gryzonie żyją za krótko. Nim się do nich naprawdę przywiązałam już były stare i chore. Zatem postanowiłam, że chcę psa. Rodzina była przeciwna. Bo się nie będę opiekować. Bo to obowiązek. Bo babcia nie będzie wyprowadzać zwierzaka na spacer. Bo pies brudzi. Bo w mieście nie powinno się męczyć psa.
Nie dawałam za wygraną. Wszystkie te argumenty były śmieszne. Miałam 30 lat. Od 6 lat byłam matką i dzieckiem się opiekowałam sama nie podkukułczając go nikomu. W domu sprzątałam sama. Mnóstwo ludzi w sąsiedztwie miało psy, które nie wyglądały na specjalnie umęczone mieszkaniem w mieście. Zaczęłam zatem pertraktacje. Nic nie dały. W końcu zaczęłam płakać. W płakaniu towarzyszyła mi Misia, która psów bała się wprawdzie panicznie, ale pomysł na własnego psa bardzo jej sie podobał. Mąż nr 1 też chciał psa. W przeciwieństwie do mnie chciał psa wielkiego, groźnego i budzącego trwogę w bliźnich. Ja marzyłam o wesołym stworzeniu z łatwą do pielęgnacji sierścią. Po kilku tygodniach płaczu mama i babcia zmiękły. Wprawdzie nie wyraziły oficjalnej zgody na zakup, ale ich obrona wyraźnie osłabła.
Pojechaliśmy do schroniska na Paluchu. Był październik, pora, gdy rodziny przygarniają psy po wakacjach. Gdybyśmy pojechali tam w czerwcu, znaleźlibyśmy moc małych, porzuconych szczeniaków. W październiku schronisko pełne było dorosłych, wielkich Burków. Misia się przeraziła, my zrezygnowaliśmy. Wrażenie psiej i kociej nędzy było straszne. W sobotę pojechaliśmy na stadion Skry, gdzie do niedawna handlowano psami. Niestety, targowisko zamknięto. W niedzielę jak zwykle jechaliśmy do teściów na obiad. Droga wiodła obok Stadionu X-ecia, gdzie pewnie też mogło być psie targowisko. Na rogu między Zieleniecką a Rondem Waszyngtona, pod drzewami rozłożyli się sprzedawcy psów z towarem. Były tam owczarki niemieckie i kaukaskie, dobermany, boksery i jamniki wątpliwego pochodzenia. Wszystkie młode i nie dla nas. W najdalszym kącie, pod drzewem stał sobie włościanin w walonkach i kufajce. W rękach miał tekturowe pudełko z którego wyglądała nieszczęsna terierza mordka. Do drzewa obok niego przywiązany był jakiś ni to welsh ni to airdale terier. W pudełku siedziała ostatnia suczka, której nikt już nie chciał kupić. Miała smutne, kaprawe ślepka i była wielkości elementarza Falskiego: całkiem kwadratowa. Właściciel przywiózł szczenięta do Warszawy na targ na Skrze, a ponieważ targ zlikwidowano, błąkał się z nimi już dwa dni po mieście. Szczeniak był ledwie żywy. Nie jadł pewnie od wyjazdu z domu. Potargowaliśmy się trochę, bardziej dla zasady niż z konieczności i za 380.000 zł piesek przeszedł w nasze ręce, a konkretnie za moją pazuchę. Suczka była czarna, podpalana i ze względu na podobieństwo do arbuzowej pestki została nazwana Pestką. Kupiliśmy zatem psa, jak go kupować absolutnie nie wolno, bez żadnej gwarancji pochodzenia, od byle kogo, pewnikiem chorego i zarobaczonego. Nigdy tego nie pożałowałam.
Zarobaczona była straszliwie, od ogona po sam nos.Wytruliśmy robale. Przechorowała wszystkie psie zakaźne choroby jeszcze w dzieciństwie. Nim zaczęła chorować, już ją pokochaliśmy. Gdy złapała parvovirozę prosiłam lekarza, by ją z tego wyciągnął, bo inaczej rodzina mnie z domu wyrzuci. Popatrzył mi w oczy i aksamitnym głosem powiedział: "180.000 poproszę. Za surowicę." Jej dziecięce choroby były bardzo kosztowne, ale opłacało się utrzymać ją przy życiu. Rosła na teriera niewiadomo jakiego, niepowtarzalnego, kochającego i bardzo obowiązkowego. Silna była jak koń i do końca życia nie pojęła, kto kogo prowadzi na smyczy. To ona sie opiekowała nami, nie my nią. Kolczatkę dostała, gdy w wieku 6 miesięcy przeciągnęła mnie przez jakieś płoty i zasieki. Poprosiłam w sklepie myśliwskim o najmniejszą kolczatkę, jaką mieli. Gruby klient w tyrolskim kapelusiku z piórkiem sarknął, że głupi ludzie ratlerka wezmą na kolce. Zeznałam mu zrezygnowana, że to mieszanka welsha i jagdteriera. Pan uprzejmie mi pokazał, jak zmniejszyć kolczatkę. Zagryzła wiele piłek i kilka kotów. Ludziom nie ufała i nie znosiła głaskania, choć wobec obcych pozwalala sobie jedynie na warkoty i przekleństwa. Domu strzegła jak niepodległości, a nowych gości ustawiała w drzwiach na baczność. Gryzła z premedytacją, gdy ktoś chciał pogłaskać mnie. Albo wyjąć mi portfel z torebki. Wtedy nie fatygowała się przekleństwami. Leczyła nam rany, otarcia i kurzajki, które ginęły bezpowrotnie od kontaktu z jej jęzorem. Była zdania, że człowiek powinien chodzić na dwóch własnych nogach i bardzo się niepokoiła, gdy ktoś niósł dziecko na ręku. Zgryźliwa i nieufna wobec dorosłych malutkim dzieciom pozwalała na wszystkie pieszczoty i przytulaństwa. Misia była w jej koszyku zawsze mile widzianym gościem. Nie pozwalała się nam całować, ani tańczyć, ani jeździć na sankach, ani huśtać na huśtawce. Babci ogrzewała wiecznie marznące nogi i dotrzymywała towarzystwa, gdy byliśmy w pracy. Słuchała za babcię świata, rozróżniała telefon, dzwonek do drzwi, czajnik i wykipiane mleko i ciągnęła babcię za spódnicę w miejsce wymagające ludzkiej interwencji. Pokochała szczerze naszych przyjaciół. Towarzyszyła mi wszędzie przez 15 lat. W tym czasie byłyśmy osobno może 10 tygodni. Prawie na każdym zdjęciu z tego okresu widać obok mnie kosmatą mordusię z maseczką pierrota i wielkim nosem, albo co najmniej czubek włochatego ogona. Jeździła z nami na wakacje, chodziła w odwiedziny, dzięki niej mogłam w czasie długich spacerów nawiązać sensowną relację z mężem nr 2. Ona klepnęła naszą znajomość. Możecie myśleć, że zwariowałam, ale jeśli ktoś się jej nie podobał, to zwykle okazywało się, że były istotne powody, by ten ktoś nie podobał się również mnie. Gdy skończyła 12 lat dostała czerwoną bandankę i zaczęliśmy mówić do niej Babciu. Gdy ogłuchła, kazała nam tym bardziej chodzić na smyczy, bo jak niby głuchy pies ma bez smyczy dopilnować tak samowolnych ludzi? A z ludźmi nic nie wiadomo.
W końcu mimo zabezpieczeń uciął ją feralny babeszjozowy kleszcz. Ledwie żywą dowieźliśmy ją do dobrej doktor Biel, która nas uprzedziła, że stan psa jest ciężki i nawet doraźna pomoc potrwa kilka godzin.Odparłam, że skoro ten pies poświęcił mi całe życie to ja mogę mu poświęcić kilka godzin. Wtedy się udało, ale feralnego kleszcza przeżyła Pestusia o rok. W końcu dostała padaczki, nie mogla wleźć na fotel ( a w młodości to był lekki podskok!), siusiała pod siebie, miała wszelkie objawy mózgowe niewydolności wątroby. Wezwałam lekarza, który do wtóru naszego wspólnego płaczu wysłał ją tam, gdzie anioły przebywają, gdy nie pilnują nikogo na ziemi. Ma tam pewnie plażę, na której ofiarnie dogląda dzieci. A jak się kiedyś spotkamy, to dalej będzie pilnować mnie.
Niesamowite uczucia sie odzywaja, we mnie, niby Pestki nie znalam, a jakbym dokladnie poznala... byla niesamowita osobowoscia.
OdpowiedzUsuń