Dyzio
Z głową pełną ponurych myśli wczłapałam dziś do sklepu z włóczkami na Świętokrzyskiej. Chciałam sobie popatrzeć w realu na towar znany jedynie z monitora. Włóczek tam jak zwykle całe ściany. Nic nie kupiłam, podpisałam konsumencki protest przeciwko przebranżowieniu placówki - bo czynsz wzrasta o 400% - i będąc w trakcie pogawędki z właścicielką sklepu tyłem głowy rejestruję jakiś znajomy głos. Facet pyta o mulinę. Zaczęłam się gapić na niego jak sroka w kość. Facet się speszył. Oho, rzuciłam właścicielce, chyba spotkałam dawno nie widzianego kuzyna. Czy pan nazywa się Dyzio?
Facet oniemiał. Coś mu zaświtało. Długo myślał nim wystękał moje imię. Mógł mnie nie poznać, ostatni raz widzieliśmy się 30 kilo i 10 lat temu, na pogrzebie mojego ojca. Dyzio jest bowiem synem mojego stryja. Jemu od tamtej pory ubyło ze 20 kilo i aktualnie jest ostrzyżony na łysą pałę, co bardzo zmienia kogoś, kto zawsze miał anielskie, złote kędziorki.
Zaproponowałam kawę, bo nie wyglądało, żeby gdzieś się spieszył.
Dyzio oświadczył z taką samą beztroską, z jaką w dzieciństwie oznajmiał, że właśnie wrzucił do toalety mydło i spuścił wodę, że nie ma pieniędzy i że napił by się piwa. Na piwo z kolei ja nie miałam ochoty. Następnie z tekturowej, szafirowej teczki wyjął metalowe pudełko po niciach, które wiele już przeżyło i wyciągnął z niego zdjęcie paszportowe młodej dziewczyny. Tak przedstawił mi swoje dziecko, które powinno do mnie mówić ciociu, ale nigdy nie miało okazji. Wyrabiam jej paszport - oznajmił z dumą.
Dyzio zwiedzał miasto w poszukiwaniu muliny DMC nr 3371 na zamówienie mego haftującego maniacko stryja. W Soho jej nie mieli, spróbował na Świętokrzyskiej,nie było żadnej, tylko same włóczki. Najbliżej mieliśmy pasmanterię na Widok. Udaliśmy się tam piechotą. Dyzio opowiadał mi o swoich planach zawodowych. Aktualnie w gabinecie fryzjerskim swojej kobiety myje ludziom głowy a nawet farbę kładzie. A teraz zatrudni się u kuzynki Wandy w przedszkolu i będzie konserwatorem powierzchni poziomych. I nareszcie będzie miał porządny ZUS, roboty mało i można przy komputerze posiedzieć. Dyzio opowiadał mi to wszystko szurając pepegami z cieniutką podeszwą i gumką przy języku, a jego wyjściowe spodnie nosiły ślady zbyt intensywnego prasowania. Gdzie się podziało to psotne dziecko, z którym bawiłam się podczas wizyt u babci? Spytał, czemu ani ja, ani brat nie kontaktujemy się z resztą rodziny. Odpowiedziałam, że dzieci Zdzisława Mieczysława , te które przeżyły, mają życia rodzinnego po kokardkę i nie zamierzają się integrować w duchu ojca. Nie będą go również głośno i dobrze wspominać. Dyzio popatrzył przed siebie, zamyślił się i rzucił: mój jest taki sam, tylko nie pije.
Miał ochotę ściągnąć mnie do salonu fryzjerskiego, który w trakcie tej rozmowy stał się jego własnym salonem, do swojego mieszkania, pokazać mnie swojej kobiecie, która ponoć kocha psy, miał nawet ochotę zaprosić się do mnie i tkwić tu póki się da. Ale, jak powiedziałam, dzieci Zdzisia się nie integrują.
Jestem odmieńcem.
Dyzio odprowadził mnie do metra. Licząc, że może się złamię wyjął ze swego pudełeczka na nici - taki portfel - powiedział radośnie - bilet i podjechał ze mną do Politechniki.
Następnym razem zobaczę go pewnie na jakimś pogrzebie.
imiona kuzynów zostały zmienione
Facet oniemiał. Coś mu zaświtało. Długo myślał nim wystękał moje imię. Mógł mnie nie poznać, ostatni raz widzieliśmy się 30 kilo i 10 lat temu, na pogrzebie mojego ojca. Dyzio jest bowiem synem mojego stryja. Jemu od tamtej pory ubyło ze 20 kilo i aktualnie jest ostrzyżony na łysą pałę, co bardzo zmienia kogoś, kto zawsze miał anielskie, złote kędziorki.
Zaproponowałam kawę, bo nie wyglądało, żeby gdzieś się spieszył.
Dyzio oświadczył z taką samą beztroską, z jaką w dzieciństwie oznajmiał, że właśnie wrzucił do toalety mydło i spuścił wodę, że nie ma pieniędzy i że napił by się piwa. Na piwo z kolei ja nie miałam ochoty. Następnie z tekturowej, szafirowej teczki wyjął metalowe pudełko po niciach, które wiele już przeżyło i wyciągnął z niego zdjęcie paszportowe młodej dziewczyny. Tak przedstawił mi swoje dziecko, które powinno do mnie mówić ciociu, ale nigdy nie miało okazji. Wyrabiam jej paszport - oznajmił z dumą.
Dyzio zwiedzał miasto w poszukiwaniu muliny DMC nr 3371 na zamówienie mego haftującego maniacko stryja. W Soho jej nie mieli, spróbował na Świętokrzyskiej,nie było żadnej, tylko same włóczki. Najbliżej mieliśmy pasmanterię na Widok. Udaliśmy się tam piechotą. Dyzio opowiadał mi o swoich planach zawodowych. Aktualnie w gabinecie fryzjerskim swojej kobiety myje ludziom głowy a nawet farbę kładzie. A teraz zatrudni się u kuzynki Wandy w przedszkolu i będzie konserwatorem powierzchni poziomych. I nareszcie będzie miał porządny ZUS, roboty mało i można przy komputerze posiedzieć. Dyzio opowiadał mi to wszystko szurając pepegami z cieniutką podeszwą i gumką przy języku, a jego wyjściowe spodnie nosiły ślady zbyt intensywnego prasowania. Gdzie się podziało to psotne dziecko, z którym bawiłam się podczas wizyt u babci? Spytał, czemu ani ja, ani brat nie kontaktujemy się z resztą rodziny. Odpowiedziałam, że dzieci Zdzisława Mieczysława , te które przeżyły, mają życia rodzinnego po kokardkę i nie zamierzają się integrować w duchu ojca. Nie będą go również głośno i dobrze wspominać. Dyzio popatrzył przed siebie, zamyślił się i rzucił: mój jest taki sam, tylko nie pije.
Miał ochotę ściągnąć mnie do salonu fryzjerskiego, który w trakcie tej rozmowy stał się jego własnym salonem, do swojego mieszkania, pokazać mnie swojej kobiecie, która ponoć kocha psy, miał nawet ochotę zaprosić się do mnie i tkwić tu póki się da. Ale, jak powiedziałam, dzieci Zdzisia się nie integrują.
Jestem odmieńcem.
Dyzio odprowadził mnie do metra. Licząc, że może się złamię wyjął ze swego pudełeczka na nici - taki portfel - powiedział radośnie - bilet i podjechał ze mną do Politechniki.
Następnym razem zobaczę go pewnie na jakimś pogrzebie.
imiona kuzynów zostały zmienione
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spamerom mówimy stanowcze NIE.