Co roku przed Świętami Wielkanocnymi i przed Bożym Narodzeniem pan mąż pakował plecak, zabierał ciężkie buty i kangurkę i zmywał się z domu w Tatry. Tak na mniej więcej 2 tygodnie. Wracał dzień przed uroczystościami pewien, że wszystko, co powinno być kupione i zrobione jest kupione i zrobione. Zwłaszcza w wesołych latach 80. Podobno wszystkie odczyty z limnigrafów w potokach Tatr Zachodnich, które przez cały rok zbierali nędznie opłacani gazdowie MUSIAŁY być od tych gazdów zabrane akurat wtedy, gdy żony pracowników naukowych Wydziału Geologii UW stały w kolejkach, liczyły z rozpaczą mizerną forsę, myły okna, szorowały parkiety, piekły kartkową chabaninę by udawała staropolskie mięsiwa i błagały ciasto drożdżowe, by rosło. Żony dla odmiany mogły jeszcze prać obrusy i pościel, by na święta bielizna była naprawdę nieskazitelna. W pralce Frani, rzecz jasna. Dzika przyroda i majestat Tatr były z pewnością milszym towarzystwem niż żona, teściowa i babcia żony znana z wybuchowego charakteru. W roku pańskim 1985 wszystko szło ustalonym trybem. Mąż znikł jak zwykle a mnie pozostawiono z robotami domowymi. Uporałam się z licznymi oknami, z 62 metrami kwadratowymi parkietu, z praniem, z zakupami i miałam właśnie rozpoczynać przygotowywanie wielkanocnych specjałów, gdy poczułam, że balansuję na niewidzialnej granicy między byciem kobietą bezdzietną, a byciem matką. Fakt, ze wszystkich wyliczeń wynikało, że to nieco za wcześnie. Ale z faktami się nie dyskutuje - pojechałam do szpitala.
Doświadczone koleżanki uprzedzały mnie, że klinika położnicza to folklor nie do opisania i doświadczenie traumatyczne, ale tego się nie spodziewała. W ciągu kilku minut z wolnej osoby stałam się upokorzonym więźniem niezrozumiałego systemu, rozebranym do rosołu, przyodzianym w brudno białą koszulinę do kolan, za to z cyckami na wierzchu, pozbawionym majtek, prawa do odwiedzin bliskich i telefonu ( automat był zepsuty) poddanym oględzinom przez nieznanych mi wcześniej ludzi, skoszarowanym na smutnym oddziale patologii ciąży. Dobrze, że długo tam nie pobyłam, o pierwszej w nocy faktu, że dziecko pragnie już być na świecie nie dało się już dłużej ignorować. Zaaplikowano mi zatem słynną przedporodową lewatywę, która pewnie nie była znana nawet chińskim specjalistom od maltretowania ludzi. Śni mi się to po nocach do dziś. Po 20 minutach pielęgniarka wywlekła mnie z ubikacji, pouczając, że nie jest to miejsce stosowne do rodzenia dzieci i zaprowadziła na porodówkę. Schody pokonałam pieszo niosąc swoje bagaże osobiście.
Doświadczone koleżanki uprzedzały mnie, że klinika położnicza to folklor nie do opisania i doświadczenie traumatyczne, ale tego się nie spodziewała. W ciągu kilku minut z wolnej osoby stałam się upokorzonym więźniem niezrozumiałego systemu, rozebranym do rosołu, przyodzianym w brudno białą koszulinę do kolan, za to z cyckami na wierzchu, pozbawionym majtek, prawa do odwiedzin bliskich i telefonu ( automat był zepsuty) poddanym oględzinom przez nieznanych mi wcześniej ludzi, skoszarowanym na smutnym oddziale patologii ciąży. Dobrze, że długo tam nie pobyłam, o pierwszej w nocy faktu, że dziecko pragnie już być na świecie nie dało się już dłużej ignorować. Zaaplikowano mi zatem słynną przedporodową lewatywę, która pewnie nie była znana nawet chińskim specjalistom od maltretowania ludzi. Śni mi się to po nocach do dziś. Po 20 minutach pielęgniarka wywlekła mnie z ubikacji, pouczając, że nie jest to miejsce stosowne do rodzenia dzieci i zaprowadziła na porodówkę. Schody pokonałam pieszo niosąc swoje bagaże osobiście.
Na porodówce kazano mi się wdrapać na sięgający mi aż do pach i bardzo wąski mebel, który w myślach nazwałam katafalkiem. Wiłam się na tym katafalku usiłując z niego nie spaść w ciemnościach, a położna, nieco pachnąca wódką żytnią udała się na spoczynek za kotarę. I tak się wiłam, aż o świcie, o 5. 50, dnia 1. kwietnia urodziłam ważąca całe 1600 gram Misię. Jakoś szybko zapalono światło, zaroiło się od ludzi w białych kaloszach, a mnie zaczęto rugać okropnie, że nie zameldowałam o wcześniaku, bo by mnie wtedy inaczej obrabiali. Nawet nie miałam siły tłumaczyć, że mieli przecież dokumentację ciąży, i że w końcu całkiem sprawnie obrobiłam się sama. Pokazano mi malusieńką Misię kichającą i wrzeszczącą wniebogłosy, bardzo podobną do mojej teściowej. Potem ją zabrali i nie powiedzieli dokąd.
Przed Wielkanocą ruch na porodówce był ogromny. Widać nie tylko mój mąż pojechał przed świętami w siną dal i nie tylko u mnie szorowanie parkietów skutecznie wywołało akcję porodową. Wszystkie sale były pełniutkie, poleżałam sobie więc na tym strasznym katafalku do popołudnia obserwując bardzo intymne przeżycia innych kobiet i urywając się tylko na chwilę, by pocwałowć w niekompletnej odzieży przez szpitalne korytarze, wpaść do jakiejś sali od frontu, wychylić się do pasa przez okno na pierwszokwietniowy chłód i na cały głos z 2. piętra złożyć z wydarzeń poprzedniej nocy sprawozdanie ojcu dziecka. Telefon na korytarzu szpitalnym nie działał, ale inne telefony chyba były sprawne, bo ojca powiadomiono o fakcie urodzin dzieciny błyskawicznie. Położnice jeśli chciały o czymś zawiadomić rodzinę musiały to również ujawnić wszystkim ludziom, którzy w tym czasie przechodzili ulicą.
W końcu przeniesiono mnie na zbiorową sale, ale kilka dni nie dawano dziecka, bo najpierw było w inkubatorze, potem było za małe, potem za żółte i potem w końcu po awanturze dano mi je nakarmić. Siedzenie na twardym drewnianym krześle z kroczem pociętym i zeszytym, z maleńkim noworodkiem przy piersi i prawie nago to kolejna tortura komunistycznego położnictwa. Nikt mi nie powiedział ile czasu tak będziemy w tym szpitalu siedzieć. Okazało się w końcu, że Misia nie jest wcześniakiem, że cech wcześniaczych nie ma, że inkubator jej nie potrzebny, że potrzebne jej częste karmienie i tyle. No to karmiłam.Podziwiałam moje malusieńkie dziecko, które miało kończyny jak patyczak, fryzurę irokeza i było niewiele cięższe niż torebka cukru. Poza tym wisiałam przewieszona przez parapet i udzielałam rodzinie instrukcji co do koniecznych nabytków i sprawozdań z naszych postępów, bowiem wizyty na oddziale położniczym były w tych wesołych czasach streng verboten (surowo wzbronione).
Przed Wielkanocą ruch na porodówce był ogromny. Widać nie tylko mój mąż pojechał przed świętami w siną dal i nie tylko u mnie szorowanie parkietów skutecznie wywołało akcję porodową. Wszystkie sale były pełniutkie, poleżałam sobie więc na tym strasznym katafalku do popołudnia obserwując bardzo intymne przeżycia innych kobiet i urywając się tylko na chwilę, by pocwałowć w niekompletnej odzieży przez szpitalne korytarze, wpaść do jakiejś sali od frontu, wychylić się do pasa przez okno na pierwszokwietniowy chłód i na cały głos z 2. piętra złożyć z wydarzeń poprzedniej nocy sprawozdanie ojcu dziecka. Telefon na korytarzu szpitalnym nie działał, ale inne telefony chyba były sprawne, bo ojca powiadomiono o fakcie urodzin dzieciny błyskawicznie. Położnice jeśli chciały o czymś zawiadomić rodzinę musiały to również ujawnić wszystkim ludziom, którzy w tym czasie przechodzili ulicą.
W końcu przeniesiono mnie na zbiorową sale, ale kilka dni nie dawano dziecka, bo najpierw było w inkubatorze, potem było za małe, potem za żółte i potem w końcu po awanturze dano mi je nakarmić. Siedzenie na twardym drewnianym krześle z kroczem pociętym i zeszytym, z maleńkim noworodkiem przy piersi i prawie nago to kolejna tortura komunistycznego położnictwa. Nikt mi nie powiedział ile czasu tak będziemy w tym szpitalu siedzieć. Okazało się w końcu, że Misia nie jest wcześniakiem, że cech wcześniaczych nie ma, że inkubator jej nie potrzebny, że potrzebne jej częste karmienie i tyle. No to karmiłam.Podziwiałam moje malusieńkie dziecko, które miało kończyny jak patyczak, fryzurę irokeza i było niewiele cięższe niż torebka cukru. Poza tym wisiałam przewieszona przez parapet i udzielałam rodzinie instrukcji co do koniecznych nabytków i sprawozdań z naszych postępów, bowiem wizyty na oddziale położniczym były w tych wesołych czasach streng verboten (surowo wzbronione).
Fala urodzin nieco zmalała i personel znów mógł cieszyć się Świętem Zmartwychwstania Pańskiego. Wszystkie położnice zbierały codziennie mleko dla wcześniaków i na karmienie noworodków o północy. Którejś nocy usłyszałam potworny huk na korytarzu - to kompletnie pijana położna przewróciła się wraz z wózkiem pełnym butelek z mlekiem z całego dziennego udoju. Położna gramoliła się na czworaki, potem po ścianie, biała struga mleka płynęła po linoleum, głodne dzieci darły się w swojej sali, a do mnie docierało, ze ludzie z pijaństwa nie mogący się utrzymac na nogach mają w swoich rękach los mojej córeczki, a ja nie mogę na to nic poradzić. Następnego dnia poprosiłam o wypis na własną prośbę wraz z dzieckiem. Usłyszałam coś o matkach, które chcą zamordować swoje maleńkie, bezradne dzieciątko. Podzieliłam się zatem z ordynatorem obserwacjami z minonej nocy. Zapadła grzeczna cisza, dostałam wypis i pojechałyśmy do domu. Byłyśmy wolne.
Po kilku latach dowiedziałam się, że moja teściowa kupiła wtedy dziecku piękną, maleńką, białą trumnę. Z
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spamerom mówimy stanowcze NIE.