Matka popełniła przestępstwo wobec rodziny.
Za sumę przewyższającą jej roczne dochody kupiła słoik maści na porost włosów, bo widziała w lustrze, że w ostatnim czasie przedziałek bardzo się jej rozszerzył. Coraz trudniej jej się było uczesać, a koński ogon, jeszcze kilka lat temu bujny i gruby przypomina coraz bardziej mysi ogonek. Ojciec rodziny też wymagał kuracji maścią na porost włosów. Pilnie wymagał.
Maść pochodziła z Dalekiego Wschodu a może z Dalekiego Zachodu, słoik był piękny: kryształowy i opalizujący. Pokrywka ozdobiona była holograficzną tęczą a napis, w zupełnie obcym języku wytłoczony był na niej wijącą się, tajemniczą czcionką. Od samego patrzenia na opakowanie nachodziła kobietę żądza wysmarowania się zawartością.
Matka dokonując zakupu otrzymała od nieco niesamowitej sprzedawczyni skrupulatny przepis użycia owej maści. Cena tak wysoka uzasadniona była przede wszystkim tym, że maść była podobno bardzo skuteczna, działała we wszystkich przypadkach wyłysienia i na wszystkie rodzaje włosów. Była ponadto tak wydajna, ze zdaniem sprzedawczyni ( mającej bardzo bujne włosy) to akurat opakowanie mogło zapewnić dozgonny porost włosów wszystkim lokatorom w kamienicy.
Sprzedawczyni zastrzegła, żeby smarując specyfikiem głowę używać rękawiczek, o ile nie chce się mieć dłoni porośniętych gęstymi włosami. Przestrzegła też przed nadużyciem preparatu i zaleciła staranne przestudiowanie ulotki oraz schowanie opakowania przed osobami postronnymi.
Matka zastosowała się do zaleceń. Cały wieczór studiowała małą ulotkę przeklinając tłumacza i używając całej swej inteligencji dla zrozumienia dziwacznej, ulotkowej polszczyzny. Kiedy uznała, że rodzina już śpi, chyłkiem ukryła kryształowy słoiczek na najwyższej półce w szafie, za workiem wałków do włosów nieużywanym odkąd pięć lat temu mąż sprezentował jej termoloki i za przedpotopowym przyrządem do lewatywy, o którym sądziła, że ze względu na obrzydliwość sprzętu nikt go nie ruszy.
Nie zaryzykowała smarowania głowy tajemniczym kremem w obecności rodziny nawet w rękawiczkach. Pomyślała, że poczeka, aż wszyscy gdzieś pójdą. Jak wiadomo w dużej rodzinie można na to czekać dość długo. Matka czekała.
Córka szykowała się do studniówki. Suknia z gorsetem leżała jak ulana, buty na szpilce, pierwsze w życiu na tak wysokiej szpilce, stały w przedpokoju i obiecywały cudny bal. Niestety, fryzura nie dawała się ułożyć. Pod nieobecność Matki Córka sięgnęła na najwyższą półkę w szafie po tradycyjne walki do włosów, które jak wiadomo działają zawsze. Przy okazji zrzuciła kankę do lewatywy i zobaczyła w kącie na półce przepiękny kryształowy słoiczek. Porównawszy go w myślach do zgrzebnych plastikowych opakowań z kemem przeciwzmarszczkowym lub nawilżającym oraz "na noc" i "pod oczy" stojącymi w łazience aż zapiszczała z uciechy. Zdjęła go z wysokiej półki, odkręciła, powąchała, uznała, że to cudowny balsam do skóry i wysmarowała się maścią obficie.
Makijaż dał się wykonać na nawilżonej i rozświetlonej skórze. Córka wyglądała przepięknie.
Można to zobaczyć na wykonanych tuż po polonezie zdjęciach. W połowie przyjęcia poczuła, że lekko swędzi ją twarz, szyja, dekolt, dłonie i te miejsca na udach w które wytarła ręce po nasmarowaniu twarzy. O szóstej rano, gdy zapalały się uliczne latarnie, odprowadzający ją chłopak spojrzał na nią, wrzasnął i uciekł. W domu Córka ujrzała w lustrze, że całą twarz, szyję i dekolt porasta sierść jak u psa, ruda i kędzierzawa, z czarnym marmurkowaniem. Blond loki wyrosły na dłoniach a na udach widoczne były pasma czarnej, dziczej szczeciny.
Sprzedawczyni mówiła prawdę, to była bardzo skuteczna maść. Żadna metoda depilacji nigdy już nie uwolniła Córki od tej sierści.
Uznano to za Dopust Boży i Nieszczęście. Matka nie przyznała się do nabycia prześlicznego słoiczka.
Morał: Nie ruszaj, jak nie twoje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spamerom mówimy stanowcze NIE.