Pani docent opuszczała swój gabinet. Pora już była na dziś iść do domu. Korespondencja z angielskim profesorem przepisana przez sekretarkę leżała wprawdzie na biurku i czekała na poprawki, ale to mogło zaczekać na jutro. Wszystkie przewidziane na dziś do zbadania preparaty zostały wybarwione, obejrzane, opisane i wysłane do zlecających badania lekarzy. Zawsze było coś do zrobienia, ale w końcu trzeba trochę pożyć. I tak wychodziła ostatnia.
Kiwając się na stojąco w tramwaju myślała o zadaniach na jutro, trzeba było koniecznie wezwać firmowego konserwatora do mikroskopu elektronowego. Ten sprzęt musiał być na chodzie, a coś bzyczało tuż nad podłogą. Pani docent próbowała sama sprawdzić usterkę, ale nie miała ani bezpieczników ani odpowiednich narzędzi i nie chciała nic popsuć, a elektryk z firmy bał się kolosa jak zarazy. Niech facet przejrzy styki i resztę maszyny, zawsze problemy z zasilaniem mogą stać się przyczyną większej awarii.
Wysiadła z tramwaju przy bazarku, kupiła co trzeba na obiad wdzięczna rutynie, nakazującej jej gotować sagan zupy i mięsa na cały tydzień w sobotę. Surówka i deser dadzą się zrobić w kwadrans.
Wdrapywała się z siatkami wypchanymi chlebem, masłem, pomidorami i jajkami na swoje trzecie piętro, ale na podeście drugiego piętra zatrzymała się i wyjęła z kieszeni kluczyk. Otworzyła skrzynkę, w której wisiały liczniki sąsiadów, pogrzebała za licznikami i wyjęła spory pakunek. Rozwinęła błyskawicznie paczkę w której była głowa, prawie taka sama jak ta, która tkwiła na jej szyi. Rozchyliła kołnierz płaszcza, odwinęła szalik i bardzo sprawnie wymieniła głowę na tę wyciągniętą zza licznika. Nowa głowa mała zdecydowanie łagodniejszy wyraz twarzy. Pani docent przestała myśleć o analizach, mikroskopie, zleceniach lekarzy, mitochondriach, wakuolach i złowrogim bzyczeniu mikroskopu. Schowała za licznikami głowę, której używała w pracy i z nieco nieprzytomnym wyrazem twarzy wdrapała się na swoje trzecie piętro.
Włożyła kapcie i udała się prosto do kuchni robić obiad. Po chwili jedli z mężem i dziecięciem krupnik z soboty i odgrzane mielone kotlety.
-Dobieraj kartofelków, Misiu , powiedziała.
Miś, który naprawdę nazywał się Walenty i był doktorem pokrewnej jej własnej nauki posłusznie dobrał kartofelków.
Po obiedzie Miś musiał puścić pranie, bo ona nie umiała. Pralka ją kopała. Jedynie głowa trzymana w skrzynce na liczniki umiała puścić pralkę bez wypalenia w wykładzinie dziury od nieuziemionej instalacji produkcji Misia. Niestety, tamta głowa prawdopodobnie nakazała by jej uduszenie Misia przy pierwszej okazji, gdy zacząłby się popisywać swoją językową arogancją albo znaniem się na wszystkim. Albo gdyby jak to się często zdarzało majstrował przy instalacji elektrycznej. Koniecznością stało się wymienianie głowy na korytarzu. Jedynie w ten sposób Miś-Walenty mógł pozostać przy życiu. Głowa domowa też miewała czasem dość i wtedy pani docent pociągała ciut ciut z wielkiej brązowej butli, w której trzymała wykonaną w aptece według lekarskiej recepty mieszankę osłabiającą działanie jej zmysłów i ratującą życie Misiowi i Dziecięciu. Lekarz odnawiał receptę bez szemrania.
Na szczęście jutro rano znów włoży sobie na szyję zwykłą, sprawną, trzeźwą głowę, której jak ognia bali się jej podwładni i przez 8 godzin będzie człowiekiem.
Genialne!
OdpowiedzUsuńDo tej pory przekonana byłam, że mam jedną głowę.....
OdpowiedzUsuńDomagam się kontynuacji. Narobiłaś mi apetutu na WIĘCEJ!!!
OdpowiedzUsuń