Ciocia wielofunkcyjna 15. 01. 2010
Bratowa poprosiła mnie o towarzyszenie jej i Kacperkowi podczas pierwszej wizyty u lekarza. Młody niebawem skończy miesiąc i pierwszy przegląd mu się należy.
Wczoraj byłyśmy u lekarza.
A przedwczoraj umarł w pralce i w suszarce mój puchowy płaszcz. Płaszcz miał już swoje lata, z pewnością był starszy od Kretki i to sporo. A ponieważ był jasno beżowy w każdym sezonie prałam go po kilka razy. Jakoś to znosił, choć robił się coraz cieńszy i mniej puchaty. Przedwczorajsze pranie sfilcowało mu zawartość do kilku twardych grudek. Tomek zastał mnie próbującą rozdłubać te grudki wewnątrz płaszcza do pierwotnej postaci i nakazał wyrzucenie odzienia do śmietnika.
Wczoraj rano zewnętrzny termometr pokazywał -16 stopni, ubrałam się zatem w długie futro i zameldowałam się u bratowej na czas. Do przychodni miał nas zawieżć tata bratowej, mocno starszy już pan. Nagrzał auto, my zapakowałyśmy małego w śpiwory i kocyki i pojechaliśmy.
Niestety parking przed przychodnią, jak wszystkie wewnętrzne osiedlowe uliczki nie był odśnieżony. A w samochodzie nie zmieniono opon na zimowe - brat po operacji wyrostka nie może dźwigać kół, starszy pan z wieńcówką też nie może. Zatem zakopaliśmy się przy pierwszej próbie zaparkowania.
Odstawiłam Kacpra z bratową do przychodni i wróciłam do samochodu. Starszy pan dał radę wyjechać z jednego miejsca i zakopał się w innym. Zatem futro do wozu i pcham. Kawał cioci ze mnie to i wypchnęłam Lanosa zza krawężnika. A starszy pan się musiał nitrogliceryną zasilić. Dobrze się wystraszyłam widząc jego kolor skóry. Mrozy i nerwy to nie są atrakcje dla zawałowców.
U lekarza bratowa zajmowała się dzieckiem, a ja papierami. Porywałam lekarce spod ręki kolejne skierowania do specjalistów, recepty, drążyłam temat gdzie wspomniani specjaliści przyjmują i jak się do nich dostać. W powodzi papierów jakie miała na biurku nasze papierki mogły spokojnie zniknąć na zawsze.
Kacper jest trochę za chudy, lubi jeść i nie lubi być głodny. A chyba był głodny. Zezłościł się strasznie i nie dał zbadać. Za karę pani doktor dala nam jeszcze skierowanie do neurologa.
Wszystkie wskazówki lekarki przekazałam bratu osobiście. Bratowa była tak przejęta, ze niewiele z nich zapamiętała.
Zapakowałyśmy dzieciaka w bety, odprowadziłam państwa do samochodu, pożegnałam się z każdym i już miałam pójść w swoją stronę, ale widzę, że samochód znów zakopany. Mowy nie ma o tym, żeby wyjechał z postoju. Zatem futro do auta, rękawice na dłonie i pcham. Ale tym razem nie poszło już tak łatwo. Z bratową i Kacprem w środku było za ciężko. Ogonek samochodów za nami coraz dłuższy, ja pcham w tył i w przód, ludzie zaczynają dawać dobre rady... I byśmy tak stali jak durnie do dziś, gdyby z wypasionego Chryslera nie wysiadł dżentelmen w kaszmirowym płaszczu, w jedwabnym szaliku i w lakierkach. Zaparł się obok mnie i razem wypchnęliśmy Lanosa z koleiny. Bratowa oddała mi futro i w mgnieniu oka znów stałam się damą w szopach. Pokiwałam urękawiczoną dłonią panu w Chryslerze.
A dziś zawiozłam bratowej starą cielęcinową wagę, na której 25 lat temu sama ważyłam raz w tygodniu Misię dla kontroli, czy dobrze przybiera na wadze.
No i rączka mi się trochę od tego pchania naciągnęła.
Wczoraj byłyśmy u lekarza.
A przedwczoraj umarł w pralce i w suszarce mój puchowy płaszcz. Płaszcz miał już swoje lata, z pewnością był starszy od Kretki i to sporo. A ponieważ był jasno beżowy w każdym sezonie prałam go po kilka razy. Jakoś to znosił, choć robił się coraz cieńszy i mniej puchaty. Przedwczorajsze pranie sfilcowało mu zawartość do kilku twardych grudek. Tomek zastał mnie próbującą rozdłubać te grudki wewnątrz płaszcza do pierwotnej postaci i nakazał wyrzucenie odzienia do śmietnika.
Wczoraj rano zewnętrzny termometr pokazywał -16 stopni, ubrałam się zatem w długie futro i zameldowałam się u bratowej na czas. Do przychodni miał nas zawieżć tata bratowej, mocno starszy już pan. Nagrzał auto, my zapakowałyśmy małego w śpiwory i kocyki i pojechaliśmy.
Niestety parking przed przychodnią, jak wszystkie wewnętrzne osiedlowe uliczki nie był odśnieżony. A w samochodzie nie zmieniono opon na zimowe - brat po operacji wyrostka nie może dźwigać kół, starszy pan z wieńcówką też nie może. Zatem zakopaliśmy się przy pierwszej próbie zaparkowania.
Odstawiłam Kacpra z bratową do przychodni i wróciłam do samochodu. Starszy pan dał radę wyjechać z jednego miejsca i zakopał się w innym. Zatem futro do wozu i pcham. Kawał cioci ze mnie to i wypchnęłam Lanosa zza krawężnika. A starszy pan się musiał nitrogliceryną zasilić. Dobrze się wystraszyłam widząc jego kolor skóry. Mrozy i nerwy to nie są atrakcje dla zawałowców.
U lekarza bratowa zajmowała się dzieckiem, a ja papierami. Porywałam lekarce spod ręki kolejne skierowania do specjalistów, recepty, drążyłam temat gdzie wspomniani specjaliści przyjmują i jak się do nich dostać. W powodzi papierów jakie miała na biurku nasze papierki mogły spokojnie zniknąć na zawsze.
Kacper jest trochę za chudy, lubi jeść i nie lubi być głodny. A chyba był głodny. Zezłościł się strasznie i nie dał zbadać. Za karę pani doktor dala nam jeszcze skierowanie do neurologa.
Wszystkie wskazówki lekarki przekazałam bratu osobiście. Bratowa była tak przejęta, ze niewiele z nich zapamiętała.
Zapakowałyśmy dzieciaka w bety, odprowadziłam państwa do samochodu, pożegnałam się z każdym i już miałam pójść w swoją stronę, ale widzę, że samochód znów zakopany. Mowy nie ma o tym, żeby wyjechał z postoju. Zatem futro do auta, rękawice na dłonie i pcham. Ale tym razem nie poszło już tak łatwo. Z bratową i Kacprem w środku było za ciężko. Ogonek samochodów za nami coraz dłuższy, ja pcham w tył i w przód, ludzie zaczynają dawać dobre rady... I byśmy tak stali jak durnie do dziś, gdyby z wypasionego Chryslera nie wysiadł dżentelmen w kaszmirowym płaszczu, w jedwabnym szaliku i w lakierkach. Zaparł się obok mnie i razem wypchnęliśmy Lanosa z koleiny. Bratowa oddała mi futro i w mgnieniu oka znów stałam się damą w szopach. Pokiwałam urękawiczoną dłonią panu w Chryslerze.
A dziś zawiozłam bratowej starą cielęcinową wagę, na której 25 lat temu sama ważyłam raz w tygodniu Misię dla kontroli, czy dobrze przybiera na wadze.
No i rączka mi się trochę od tego pchania naciągnęła.
Ach! Poamiętam ten wpis "na żywo", juz po tytule wiedziałam ,że będzie o futrze i lanosie :D
OdpowiedzUsuń