Byłam jeszcze mała, gdy z jakiegoś powodu przyszła do nas urzędniczka z administracji. Problem był z rurą cieknącą, czy może z jakimś kablem elektrycznym. Na kanapie w salonie jak zwykle leżała babcina robótka. Szydełkowa - a szydełko właśnie weszło w modę. Mało kto umiał się nim posługiwać, za to babskie gazety pełne były szydełkowych modeli. Urzędniczka zaczęła się przymilać o ręczną robotę swetra czy spódnicy i babcia, niechętnie, uległa. Nigdy nie lubiła robić nic dla obcych. Nie cierpiała prac terminowych no i trzeba było zrobić taką rzecz "po bożemu", nie mogło być dwóch lewych rękawów, albo za krótkiego tyłu. Ani dekoltu do pępka. A babcia z rozmiarami miała problemy. Nie cierpiała banału i jakieś tam pomiary centymetrem i obliczenia były jej wstrętne. Próbkę robiła tylko żeby zobaczyć wzór, rozmiary jej nie interesowały. Swoim można było wmówić, że jest dobrze, a jak się upierali, że jest źle można było ryknąć tak, że kamienica od strychu do piwnicy słyszała. Na urzędniczkę z administracji ryczeć nie wypadało.
Biedna babcia udłubała w męce zamówioną rzecz i dostała zapłatę, jakiej się absolutnie nie spodziewała - dostała skarb.
Skarb prawdziwy dla robótkowej maniaczki we wczesnych latach siedemdziesiątych.
Dostała mianowicie ogromny wór kolorowych, włóczkowych kłębuszków. Siostra urzędniczki prowadziła punkt dziewiarski i wszystkie resztki kolorowych wełen i anilan z jej działalności stanowiły właśnie zawartość wora. Wór był tak ogromny, że zajmował caluśki tył małego fiata aż po dach, a do mieszkania przyniósł go z podwórka na polecanie urzędniczki administracyjny murarz; wór był ze dwa razy wyższy ode mnie i bardzo szeroki. W punkcie dziewiarskim siostry tej pani robiono swetry na maszynie a nie szydełkiem! Babcia była wniebowzięta, a ja jej strasznie zazdrościłam. Nie wolno mi się było bawić pięknymi, kolorowymi kłębkami we wszystkich kolorach tęczy. Nawet jak byłam chora! Jeszcze długo potem, gdy już umiałam robić i szydełkiem i na drutach nie dostałam z tego wora ani jednej niteczki. No, może brązową albo buraczkową. Takiej wesołej, modnej - nigdy.
W następnych latach babcine robótki zyskały na wyglądzie. Powstały dwie chusty z kolorowych szydełkowych elementów, starannie zaplanowane i wykonane z niesłychana pieczołowitością. Do burych, gierkowskich włóczek babcia po mistrzowsku dodawała kolorowe akcenty.
Kiedy porządkowałyśmy jej pokój po śmierci trzydzieści lat po otrzymaniu skarbu jeszcze znalazłyśmy jego resztki - kłębuszki w piekielnie zjadliwych, znów modnych kolorach.
Kolorowe przedmioty z których można coś zrobić mają w sobie obietnicę cudu.
Przeglądam teraz moje skarby: pudła kolorowych pasteli i kredek - zawsze ułożone kolorami w tęczę, pudło z mulinami ułożonymi według kodu DMC, a teraz stosy wełny kilimowej do nowych hafciarskich projektów. I odczuwam żywe zadowolenie, radość posiadacza skarbu. Co mi po złotych pierścionkach i kolczykach, skoro nie można z nich nic zrobić?
I tak samo jak babcia, kiedy mam komuś skarbu użyczyć czuję pazerność i skąpstwo.
Biedna babcia udłubała w męce zamówioną rzecz i dostała zapłatę, jakiej się absolutnie nie spodziewała - dostała skarb.
Skarb prawdziwy dla robótkowej maniaczki we wczesnych latach siedemdziesiątych.
Dostała mianowicie ogromny wór kolorowych, włóczkowych kłębuszków. Siostra urzędniczki prowadziła punkt dziewiarski i wszystkie resztki kolorowych wełen i anilan z jej działalności stanowiły właśnie zawartość wora. Wór był tak ogromny, że zajmował caluśki tył małego fiata aż po dach, a do mieszkania przyniósł go z podwórka na polecanie urzędniczki administracyjny murarz; wór był ze dwa razy wyższy ode mnie i bardzo szeroki. W punkcie dziewiarskim siostry tej pani robiono swetry na maszynie a nie szydełkiem! Babcia była wniebowzięta, a ja jej strasznie zazdrościłam. Nie wolno mi się było bawić pięknymi, kolorowymi kłębkami we wszystkich kolorach tęczy. Nawet jak byłam chora! Jeszcze długo potem, gdy już umiałam robić i szydełkiem i na drutach nie dostałam z tego wora ani jednej niteczki. No, może brązową albo buraczkową. Takiej wesołej, modnej - nigdy.
W następnych latach babcine robótki zyskały na wyglądzie. Powstały dwie chusty z kolorowych szydełkowych elementów, starannie zaplanowane i wykonane z niesłychana pieczołowitością. Do burych, gierkowskich włóczek babcia po mistrzowsku dodawała kolorowe akcenty.
Kiedy porządkowałyśmy jej pokój po śmierci trzydzieści lat po otrzymaniu skarbu jeszcze znalazłyśmy jego resztki - kłębuszki w piekielnie zjadliwych, znów modnych kolorach.
Kolorowe przedmioty z których można coś zrobić mają w sobie obietnicę cudu.
Przeglądam teraz moje skarby: pudła kolorowych pasteli i kredek - zawsze ułożone kolorami w tęczę, pudło z mulinami ułożonymi według kodu DMC, a teraz stosy wełny kilimowej do nowych hafciarskich projektów. I odczuwam żywe zadowolenie, radość posiadacza skarbu. Co mi po złotych pierścionkach i kolczykach, skoro nie można z nich nic zrobić?
I tak samo jak babcia, kiedy mam komuś skarbu użyczyć czuję pazerność i skąpstwo.
Moja Babcia też dziergała namiętnie, nie ma pojęcia ile tych nici do szydełkowania czy wyszywania w swoim życiu zużyła. Oczywiście padłam ofiarą i jako krew z krwi, musiałam się pilnie uczyć pod babcinym okiem. I wyszywać do tej pory owszem, lubię, a od szydełka wolę druty ;) Za to w spadku mam przeogromną ilość serwetek, bieżników, haftowanych, wyszywanych czy wyszydełkowanych.
OdpowiedzUsuń