niedziela, 4 listopada 2012

Przeprowadzka z Multiply

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Multiply kona. Kilka wpisów na tamtejszym blogu trzeba ocalić od zapomnienia.


Jak Zaczęłam rysować
Miałam malutkie dziecko i bardzo chciałam gdzieś wyjechać na wakacje. Z dzieckiem oczywiście. Nie była to prosta sprawa. Kwater prywatnych było wprawdzie dużo, ale kwatery prywatne nie były w latach 80. przystosowane do goszczenia rodziców z maleńkimi dziećmi. Nie było gdzie prać i suszyć ubranek i pieluch, nie było gdzie gotować jadalnych dla dziecka potraw, nie było bezpiecznych placów zabaw. Rodzice bez samochodu byli skazani na tkwienie w maleńkiej kwaterze bez końca. Dwa razy spróbowaliśmy takich wakacji i w końcu pojechałam z Misią do rodziny na wieś.
Tam było prawdziwe podwórko, sznurek do suszenia prania, kuchnia jak trzeba, zwierzęta i właściwy tryb życia. Był również wuj zwany w rodzinie Rotmistrzem. Z zawodu zootechnik, z zamiłowania hodowca koni. Ciężko poszkodowany przez stalinizm malarz amator, nauczyciel chemii, fizyki, biologii i rysunku w miejscowej szkole.
Bardzo mi imponowały jego obrazy. Jak większość amatorów malował olejami, wierząc, że to szlachetna i poważna technika. Malował dobrze to co znał, i co mu się podobało: własny sad podczas roztopów, sierpniowe pola ze snopkami, las w mroźny dzień, portret żony w kolorowej chustce, koty zwinięte w zimie na kraciastym kocu, konie.
Rodzina i sąsiedzi podziwiali jego pasję i czasem prosili o wykonanie dzieła na zamówienie. Właśnie z takim zamówieniem borykał się wuj podczas mojej wizyty. Ktoś dał mu fotografię małej dziewczynki i poprosil o jej olejny portret. Z tym zamówieniem wuj nie mógł sobie poradzić. Rysował, wymazywał, rysował, wymazywał i ciągle wychodziło źle.
Patrzyłam na jego zmagania z oporną fotografią, patrzyłam na własną córeczkę i w końcu poprosiłam wuja o papier i ołówek.
Dziecko zasnęło wieczorem w przyjaznej kuchni na kanapie przykrytej kraciastym kocem, obok ułożył się pręgowany, bury kot. Na węglowej kuchni ciocia smażyła dżem z porzeczek a wuj dał mi zwykły blok rysunkowy szkolny ( pamiętacie? taki w zielonej teczce z uchem) i ołówek HB. Nie wiem ile czasu to trwało, ale powstał w końcu pierwszy portrwet Misi.


Papier pożółkł, a ja wciąż pamiętam dokładnie tę kuchnię, koc, kota, zapach dżemu z porzeczek.
W rysowaniu tkwi magia. Fotografie są dokładniejsze, mają więcej szczegółów i fotografując cokolwiek wiemy, że obraz będzie podobny do oryginału. Rysunek to co innego. Nie daje gwarancji podobieństwa, ale nawet prosty, własnoręcznie wykonany rysunek pozwala przypomnieć sobie detale dawnych sytuacji, pogodę, temperaturę, zapach.
I dlatego pamiętnik prowadzę rysowany.

Pralka 

Pracownicy budżetówki w 1989 roku przez chwilę tarzali się w forsie. Nawet młode nauczycielki co chwila dostawały w pracy kolejny plik niewymienialnych na towary banknotów. Inflacja szalała, zera pojawiały się coraz to nowe i przy cenach i przy wypłatach. Posiadaliśmy już całkiem sporo zachomikowanych banknotów.

W takich rynkowych warunkach skonała nam pralka. Nie jakaś wytworna automatyczna, ale zwykła balia z wirnikiem i grzałką. Ręczne pranie na tarze zupełnie mnie nie kręciło, zatem mąż, który kochał zakupy został wydelegowany do zakupienia pralki automatycznej.
Wzbudziło to popłoch zachowawczej części rodziny.
Ktoś widział w telewizji dziecko polane wrzątkiem z takiej pralki. Inny twierdził, że automaty drą bieliznę i nie dopierają jej do czysta.
Ci, ktorzy wygłaszali takie opinie nie zajmowali się praniem osobiście.
Mąż poszedł do sklepu, w którym byli tylko sprzedawcy i komitet kolejkowy. Zapisał się na liście i codziennie przez kilka tygodni bywał w sklepie, podpisywał listę i obserwował rytm dostaw sprzętu AGD. Po jakimś czasie sam przejął listę we wladanie i był dobrej myśli.
Któregoś dnia samochód dostawczy nie przyjechał do sklepu, choć powinien. Z oddalonej o 20 km hurtowni owszem wyjechał, ale do sklepu jakoś dotrzeć nie mógł. Kolejkowicze rozeszli się do domów. Po południu mąż poszedł z dziecinką, wówczas czteroletnią na spacer. Jako że był w gotowości zakupowej, forsę nosił przy sobie. Wracając z parku tuż przed siódmą zobaczył podjeżdżający pod sklep znajomy dostawczy samochód. Nie namyślając się wiele kazał czterolatce samej wrócić do domu przez kilka ruchliwych skrzyżowań w centrum stolicy, wpadł do pustego o tej porze sklepu - twierdził, że prawie się tam włamywał przemocą , nie dał się wyrzucić i zmusił niechętną załogę do sprzedania mu pralki i lodówki na raz. Do domu wrócił dobrze po dziewiątej, bardzo z siebie rad.
Misia do domu dotarła cało i opowiedziała nam o ciężkiej batalii ojca.
Przez kilka tygodni rodzina z rozkoszą siadała przed pralką i patrzyła jak się pranie samo się pierze. To było lepsze niż telewizja. Lodówka pracuje do dziś.

Sylwester 1978/79
Możecie mnie poprawić, ale to chyba była zima 1978/79. Poprzednie zimy nie były ani specjalnie zimne, ani śnieżne. Toteż wszyscy zapomnieli co to może znaczyć, że jest zima.
Szykowałam się na Sylwestra u kolegi, miałam zabrać ze sobą przyjaciółkę. Ode mnie do tego kolegi było w linii prostej ze 3 km, ale komunikacja miejska jakoś źle te oba rejony łączyła i przywykłam już do poruszania się po tej trasie piechotą.
Koronkowa szydełkowa bluzka i spódnica do ziemi z fioletowego, jedwabnego aksamitu były piękne. Włosy nakręcone, oko umalowane, sałatka i flaszka czekały.
Koleżanka przybyła na czas. Była jakoś mocno zmarznięta. Zawinęła się szalikiem jak mumia. Powiedziała, że pada śnieg.
Faktycznie padał. Był tak gęsty, że nie było widać drugiej strony ulicy.
Termometr mi powiedział, że wędrowanie 3 km w pantofelkach po mrozie to głupi pomysł. Nałożyłam pod spódnicę spodnie od dresu, na nogi buty turystyczne a pantofelki poszły do siatki. Babcia pożyczyła mi futrzaną czapkę. Dziadek zasugerował dodatkowy sweter i bardzo grube rękawice.
Na miejscu miałyśmy być o 21.00. Pomyślałam, że w godzinę zdążymy spokojnie, ale dodałyśmy jeszcze pół godzinki na ten śnieg.
Pierwszą przeskodą do sforsowania były drzwi domu. Śniegu napadało tyle, że nie chciały się otworzyć. Podwórko było zasypane do pasa. Ulicy nie było widać. Lampy dzielnie świeciły, ale oświetlały tylko śnieg wirujący wściekle wokół żarówek.
Na głównej ulicy miasta w zaspie utkwił śnieżny pług. Zaspy były tak wielkie, że obie zakasałyśmy wytworne stroje, bo w kiecach nie dało się tak wysoko jak trzeba podnieść nogi, by pokonywać to śnieżne pustkowie. Samochody stanęły wszystkie, tramwaje też. Gdzieniegdzie było widać brnących przez zaspy ludzi.
Na miejsce dotarłyśmy mocno spóźnione, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo wszyscy się spóżnili. Suknie mam rozmarzły, pantofli nie pogubiłyśmy i bawiłyśmy się fantastycznie. Okna w mieszkaniu kolegi były dość wysoko i jakoś nikomu nie wpadło do głowy śledzenie sytuacji za nimi.
Zabawa trwała i przeszła wszystkie obowiązujące fazy: oficjalną , toastową, potem muszki kolegów pozsuwały się na bok, koszulki powyłaziły zza pasków, fryzury straciły nienaganne przedziałki a panie zamieniły pantofelki na grube skarpetki. Zrobiło się chłodno, na szybach pojawiły się lodowe kwiatki.
Około trzeciej postanowiłyśmy wracać. Latarnie wciąż świeciły, ale zrobiły się jakieś niższe niż wieczorem. Drzewa też były niższe. Znaków drogowych i samochodów nie było widać wcale. Ludzie brnęli przez śnieg i czasem zapadali się w nim po szyję. Droga powrotna zajęła nam dużo czasu.
Żeby nie pobudzić mojej rodziny położyłyśmy się po cichu i po ciemku spać w ubraniach na kanapie w salonie.
Obudziłyśmy się około 9 rano. Ktoś nas nakrył wielką pierzyną, która zwykle leżała w worku na pawlaczu. Przy stole siedział mój zazwyczaj wytworny dziadek, ubrany w szlafrok i kożuch. Na głowie miał baranią czapkę. Rozlewał do kieliszków krupnik własnej roboty i uprzejmie częstował nim rodzinę.
Wody nie było. Prądu nie było. Ogrzewanie nie działało. Kamienica na przeciwko była zasypana do pierwszego piętra. Ogrzać się można było tylko tym dziadkowym krupnikiem.
Przesiedziałyśmy pod pierzyną do południa, potem poprawiłyśmy makijaże, koleżanka poszła do siebie, a wieczorem w telewizji ( bo już włączono prąd) pan Suzin ogłosił klęskę żywiołową i dodatkowy tydzień ferii dla szkolnej młodzieży.
To był bardzo śnieżny sylwester. Miał znaczące konsekwencje dla mojego życia szkolnego. W liceum nieopodal mojego popękały kaloryfery. Kuratorium nakazało, aby uczniów tej szkoły przyjął pod swój dach dyrektor naszego liceum. Do kwietnia mieliśmy wszystkie lekcje po 30 min, a wszystkie przerwy po 5 min.

Indyk

Może nie jest hafcikowa szczególnie ta historyjka, ale na takie upały się nadaje w sam raz.
Był grudzień 1988 roku. Bardzo blisko były już święta Bożego Narodzenia i w szkole wypłacono nam z tej okazji tzw.karpiowe, czyli dodatkowe pieniądze, żeby biedni nauczyciele mieli się za co tymi świętami cieszyć. Forsa była, ale nie było co za nią kupić. Wracałam ze szkoły tramwajem, po II zmianie, zaczynała się już szarówka. Mróz był straszny i prószył niemrawy, drobny śnieżek. Na głównej ulicy miasta zalegała nieuprzątnięta, śniegowa kasza, lampy jeszcze się nie zapaliły. Było strasznie smutno i szaro.
Przed sklepem spożywczym na chodniku zobaczyłam rozstawione stoisko. W nieogrzewanej budce stała sprzedawczyni w waciaku i walonkach. Miała grube rękawice i siny nos. Za nią leżał stos zamarzniętych indyków.
Jakich indyków! Najmniejszy ważył 11 kilo!
Taki indyk w owych czasach był rzeczą niewyobrażalną. Po kartkowych latach tyle mięsa bez kartek wydawało się rozpustą. Ale nikt się na kupno nie decydował. Indyki były zamartznięte na kość, a sprzedawczyni nie miała jak ich pokroić. Tasakiem mogłaby najwyżej rozbić ptaka na kawałki, ale nie miała ani tasaka, ani pniaka. Taki indyk w całości nie zmieścił by się do żadnego piecyka! Stała zatem sprzedawczyni w tej budce na mrozie, i była już prawie tak zamarznięta jak te indyki.
Oprócz mnie przed budką zatrzymał się jakiś pan z teczką. Też łakomie patrzył na towar. Popatrzyliśmy na siebie i wpadł nam do głowy podobny pomysł: kupimy jednego indyka na spółkę. A potem go jakoś podzielimy. Sprzedawczyni zważyła ptaka, zapłaciliśmy po połowie i trzymając nabytek każdy za jedną nogę poszliśmy do pobliskiego sklepu mięsnego. W mięsnym był tylko kierownik. Nawet głowizna już się sprzedała. Kierownik, wielki rudy facet, powiedział, że nie rozrąbie indyka, bo indyk się rozpadnie na kawałki. Przypomniałam panu, że na zapleczu ma pewnie krajzegę. Miał. Wziął ptaszysko, znikł na chwilę na zapleczu i po chwili przyniósł nam dwie zimne 5,5 kilowe połówki.
Każde z nas wzięło swoją połówkę, złożyliśmy sobie świąteczne życzenia i poszliśmy każde do swojego domu.
Chłodniej Wam?

5 komentarzy:

  1. oj, pralka to dobro jest! bez pralki życie jest upiorne, dosłownie, szczególnie gdy w misce tza trzeć dżins i poszwę na kołdrę, a fuj fuj fuj!
    :-) uściskuję! wiadomo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boszszsz, jak ja musiałam z oporną rodziną walczyć, żeby mi wolno było tę Wiatkę kupić i używać. Chyba mieli złośliwą radość widząc jak memłam te pieluchy, dżinsy i poszwy w zwykłej wirnikowej pralce.
      Ciekawe, jak się wyprowadzałam z domu po kilku latach mama tę Wiatkę bez słowa sobie zostawiła.

      Usuń
  2. Indycza historia ubawila mnie w swojej tragikomedii. Kazdy trzymajac z ajedna noge... Takie czasy byly, niewyobrazalne dzisiaj. W 1988 nie mieszkalam juz w Polsce, ale stan wojenny, kryzys, puste sklepy, doskonale pamietam. Jak stalam za maslem, które zanim doszlo, wyszlo.
    A mimo wszystko, nie chcialabym nigdy zapomniec tego tamtejszego zycia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zima kiedy ferie swiateczne byly dwa tygodnie dluzsze to 1980/81, dokladnie to poamietam, bo mialam wtedy mojego ukochanego psa, a on zyl tylko 1,5 roku i to byla jego jedyna zima. I wlasnie jednego z tych wolnych dni ktore spadly nam jak z nieba, on rano zalatwil swoje potrzeby fizjilogiczne hurtowo w jednym miejscu, na trawniku na przeciw klatki schodowej i nie chcial isc dalej, ale ja jako dobra pani pociagnelam go dalej, tylko ze on tak dziwnie trzepal lapami. Kidy wrocilam do domu i popatrzylam na termometr juz wcale sie nie dziwilam bylo -35 stopni.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.