wtorek, 27 listopada 2012

Przenosiny 10

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Ząb



W styczniu 1995 roku jedna z moich górnych ósemek powiedziała, że dłużej się leczyć nie da. 
Dentystka nieskłonna do wyrywania jakichkolwiek zębów, lecząca ofiarnie ostatnie spróchniale pieńki, o ile miały nadający się do wyleczenia korzenie poddała się. Musisz to wyrwać i już,  te korzenie są tak kręte, że nie dadzą się szczelnie wypełnić - powiedziała mi po którejś z kolei wizycie, podczas której próbowała ocalić trzonowca.

Wypisała skierowanie na Nowy Zjazd do Centrum Stomatologii i kazała mi tam jak najszybciej pójść. Poszłam, zarejestrowałam się i zaczęłam kombinować, kogo poprosić o towarzyszenie mi podczas tej okrutnej medycznej interwencji.

Mogłam poprosić męża nr 1, ale on się strasznie boi lekarzy, a dentystów szczególnie. I mogłoby się okazać, że zemdleje mi biedaczek w poczekalni i będę go musiała do Śródmieścia, albo co najmniej do autobusu taszczyć z tej przychodni na plecach.

Mogłam poprosić Tomka, z którym znajomość w owym czasie zaczynała się dość szybko klarować. Ale wtedy on pewnie taszczył by mnie do tego autobusu na plecach. A to było nie do przyjęcia. 

Poprosiłam więc o towarzyszenie mi Misię. Jasne było, że ani ona mnie, ani ja jej nie bedę nigdzie taszczyć.

W piekny, mroźny, roziskrzony i snieżny dzień, po lekcjach, poszłyśmy we dwie do Centrum Stomatologii. Wychodzac ze szkoły minęłyśmy na korytarzu męża nr 1, ktory sciskając pod pachą dziennik biegł na lekcję geografii do 5b. Życzył mi w biegu powodzenia i kazał być dzielną. W Centrum Stomatologii chyba wysiadło  ogrzewanie, bo cały personel miał na sobie swetry, polary, kamizelki, kurtki i czapki. Lekarze powciągali na to wszystko białe fartuchy, żeby się jakoś odróżniać od posiniałych pacjentów. 
Misia w poczekalni zajęła się jakąś pracą domową z historii, a mnie wzięto na męki. Wielka, chuda opatulona jak bałwan lekarka dała mi zastrzyk i zaczęła rwać ten ząb. A ząb ani drgnął. Ciągnęła, ciągnęła jak ten dziadek rzepkę. Ząb się ułamał. 
Założyła cęgi od nowa i znów ciągnęła. W końcu zaczęła się rozbierać, ciepło jej się zrobiło. Po jakimś czasie wezwała na pomoc drugą lekarkę i pielęgniarkę. Siedziałam spokojnie, bo znieczuliły mnie na trupa, ale z nich trzech lał się pot, gdy w końcu założywszy dźwignię na sąsiedniej siódemce po 45 minutach ciężkiej pracy wyciagnęły po kawałku z mojej szczęki tę straszną, ósemkę.
Poszłyśmy z Misią do domu. Jak ten koń w kieracie wykonałam jeszcze szybko obiad dla męża nr 1 ( schabowe są szybkie, nieprawdaż?) wzięłam z zamrażarki worek fasolki szparagowej, zawinąwszy go w sciereczkę przytuliłam sie doń stosownym policzkiem i poszłam spać.
Mąż nr 1 wrócił z pracy  i zaczął mnie szukać po mieszkaniu.  Chyba sie jeszcze nigdy nie zdażyło, żebym sie w dzień położyła do łóżka. Zapalił swiatło, krzyknał - Co na obiad? I dopiero mu sie wtedy przypomniało jakie miałam plany na ten dzień.
Nie uznałam za stosowne niczego mu tłumaczyć. Podałam mu obiad. Popatrzyłam, jak mu smakowało a potem poszłam z psem na wyjatkowo długi spacer. I dotarło do mnie w końcu, że ten facet mnie na pewno nie kocha. Potrzebuje miejsca do spania, obiadu, kobiety, ale ja go nie obchodzę ani trochę.

Żadne z nas nie przypuszczało, że nasze małżeństwo potrwa jeszcze raptem 6 tygodni i cztery dni....


Poskramianie demonów


We wrześniu 1988 roku poszłam do pracy i jako młoda pani od nauczania początkowego dostalam I klasę. Dzieci w niej były może nieco żwawsze niż przeciętnie, ale wiadomo, że młody w pracy musi swoje odpękać. Odpękiwanie obejmowało również prace na II zmianę. Zaczynaliśmy zajęcia przed 11, kończyliśmy 15.10. Na dodatek karierę zawodową zaczęłam od trzech tygodni zwolnienia z powodu salmonellozy. Inne pierwsze klasy poznały już szkolny reżim, a moja leżala odłogiem. Przez kilka następnych lat miałam w pokoju nauczycielskim ksywkę Salmonella.

Pewnego ponurego październikowego dnia dzieci były wyjatkowo niespokojne. Po prostu jakby sie wszystkie wściekły. Kłóciły się, przekrzykiwały wzajemnie, i dokuczały sobie okropnie,  jak złe osy. 
Wszyscy nauczyciele z pewnością wiedzą, o czym mówię. 
Były zmęczone i głodne. Wiekszość z nich wyszła z domu przed ósmą rano i przed ósmą zjadły śniadanie. Niejadki nie zjadły śniadania. Trafiły do świetlicy, gdzie czekały na zajęcia szkolne. Tylko kilkoro zjadło obiad w świetlicy i nie wszyscy mieli drugie śniadanie. Niejadki obiadu i drugiegio śniadania nie tknęły.
Każda matka wie, że głodny dzieciak zmienia się w okropnego bachora. A tu głodnych, zmęczonych bachorów było w klasie 30. Istne pandemonium!
Przyszła pora zaprowadzić dziecinki po lekcjach do szatni. Poprosiłam, by ustawiły sie parami przed drzwiami klasy. Szarańcza z wyciem rzuciła się do drzwi przewracając ławki i krzesła i podcinając sobie wzajemnie nogi. Ja też byłam głodna i zła. Na nich w szatni czekali rodzice, na mnie Misia w przedszkolu, zakupy i gotowanie obiadu. Poprosiłam dzieciarnię, by wróciła do ławek i wyjaśniłam zasady: wstajecie cicho z miejsc, bierzecie tornistry, stawiacie krzesła na miejsce i ustawiacie się bez słowa przede mną parami, najpierw rząd od ściany, potem środkowy, na końcu od okna. każdy wrzask, szuranie tornistrem, przepychanki, biegi i podcinanie nóg skutkują powrotem do ławek. Chyba nie wzięli mnie na poważnie. Po 25 powrocie całej klasy do ławek jakby sie uspokoili. W oczach błysnęło zrozumienie. Dzieci stały przede mną ustawione parami, ławki i krzesełka były w klasie ładnie ustawione. Niestety, przed nami było jeszcze 3 metry korytarza i 20 stopni do pokonania. Zapowiedziałam powrót do ławek przy jakichkolwiek próbach wyprzedzania się na schodach i biegu do szatni. Słyszałam już poirytowanych rodziców czekających na swoje pociechy pewnie ze 30 minut. Bo to wszystko trwało. Ale gdybym odpuściła, byłoby po mnie. Ktoś tu w końcu musiał dowodzić. I to nie siedmiolatki.
Z korytarza cofaliśmy się trzy razy, ze schodów jeszcze pewnie z pięć. W końcu dotarliśmy do szatni i rodzice odebrali swoje dzieci z rąk podłej wiedźmy. I wtedy pewien tatuś zaczął na mnie krzyczeć: To jest niedopuszczalne! My czekamy na dzieci prawie 40 minut! Tak nie wolno robić! Tak się z dziećmi nie postepuje! To sa małe dzieci! Ja jestem pedagogiem, ja uczę nauczycieli! Ja to wiem!!!

No i wtedy się zezłościłam naprawdę. To świetnie, że pan wie - odparłam cichym, scenicznym szeptem. - To znakomicie. Dali mi państwo pod opiekę głodne, źle wychowane, nienawykłe do karności dzieci i oczekujecie, że odbierzecie je ze szkoły zdrowe i całe. Jeśli pan uczy nauczycieli to ja panu zapłacę, a pan nam wszystkim pokaże - i mnie nauczy - jak bezpiecznie sprowadzić te dzieciaki w takim stanie z 20 stopni do szatni.
Nim skończyłam zdanie w szatni był tylko ten tatuś, jego grzeczna zresztą i bardzo zmieszana córka oraz ja. Wszyscy inni cichutko sie ulotnili.
Na następnym zebraniu z rodzicami zarządziłam arbitralnie zbiórkę pieniędzy na ciasteczka, a uzbieraną kwotę wręczyłam trójce klasowej z poleceniem kupna dużej ilości wysokoenergetycznych, nie psujących się łatwo ciasteczek bez czekolady. Następnego ranka dostarczono mi dwie wielkie torby wafelków z nadzieniem waniliowym. I jak widziałam, że ktoś w klasie ma objawy hipoglikemii to dostawał wafelka. Ciastka mieszkały w szafce, w której zwykle się trzyma zeszyty do sprawdzenia razem z moją grzałką, kubeczkiem i kawą.
Dzieciaki wkrótce przywykły do tego stanu rzeczy i jak ktoś był głodny to prosił o ciasteczko.

Wojowałam potem z dyrektorką i innymi nauczycielami, bo na moich lekcjach zawsze wolno było dzieciom jeść i pić. Jeśli ktoś kupił sobie coś w sklepiku, to mógł bez dławienia się skończyć posiłek na lekcji. Byle tylko nie kładł jedzenia na zeszycie i nie pluł na sąsiada. Nikomu to nie przeszkadzało. Ale opór innych pedagogów był wielki. Uporczywie gadali coś o szacunku i jego braku. A co to miało do rzeczy?

PS. Tytuł wpisu zapożyczyłam z książki Shirley Jackson pod tym samym tytułem

Pożeracze czekoladek

Z okazji Dnia nauczyciela i na koniec roku szkolnego uczniowie przynosili dawniej pedagogom kwiaty i słodycze. Koleżanka dalej praktykująca w nauczycielskim zawodzie, twierdzi, że te czasy minęły. 

Biedne kwiaty były najpierw składane przez dzieciaki w stercie na biurku, potem dzielone między personel szkoły, który zwykle nic nie dostawał: między woźne, sekretarki, intendentki itd. Potem były wiezione do domu, gdzie w wannie, kubłach i miednicach dokonywały krótkiego żywota.

Moja babcia miała frajdę roznosząc szkolne wiązanki swoim ulubionym sprzedawczyniom w okolicy.

Dla dzieci wręczane kwiaty były z zasady nieużytecznym, acz niezbędnym rekwizytem. Rzecz się miała zgoła inaczej, gdy wręczały nauczycielom bombonierki. 
Mój własny brat cioteczny, nieusłuchany i łakomy wsławił się wręczając nauczycielce bombonierkę, w ktorej nie było ani jednej czekoladki. Do szkoły miał spory kawałek i widać w drodze bardzo chciał spróbować łakoci. Wydłubał palcem w pudełku dziurę i nim doszedł do szkoły bombonierka była pusta.
Kiedy zobaczyłam, jakim wzrokiem jest śledzona przez jakiegoś głodomora wreczana mi przez innego ucznia bombonierka, natychmiast ją rozpakowałam i poczęstowałam chętnych. Kolejna została potraktowana podobnie i jeszcze jedna też. Do domu doniosłam tę, ktorej już nikt nie chciał (a może tylko się nie przyznawał) zjeść. I taki się u nas w klasie zrobił obyczaj. Imieninowe czekoladki też zjadaliśmy na poczekaniu. Później dzieciaki same przypominały mamom, że  bombonierka dla pani musi być duża, bo nas w klasie z panią jest przecież 31! 


Remont


Mieszkanie na Starym Mieście, wybudowane i zasiedlone w 1953 roku nigdy nie było gruntownie remontowane. Raz wymieniono w nim okna z nieszczelnych na nieszczelne, pod koniec lat 50 tych kuchnię węglowa zastąpiono gazową, kilkakrotnie je malowano, a na xylolicie kuchennym ( w którym więcej było xylo niż litu, czyli trocin niż cementu), naklejono płytki pcv. No i raz zmieniono instalację co. Wybudowane w warszawskim tempie Stare Miasto słynie z tego, ze nie uświadczysz w nim kąta prostego, lecz i tak jest miejscem czarodziejskim. 
Sprowadziwszy się na Podwale pomalowaliśmy ściany przeklinając gospodarnych budowniczych z lat pięćdziesiątych, używających do rekonstrukcji budynku spalonej cegły z Powstania Warszawskiego. Ile razy byśmy nie malowali ścian na biało, tyle razy z tej popalonej cegły wyłaziły brązowe zacieki i łaty na ścianach. Burczeliśmy również na Alicję, która chyba z 15 lat nie odnawiała ścian za to paliła jak smok. O ile pokojom malowanie pomogło, o tyle łazience w stylistyce kibla na dworcu w Zakopanem w roku pańskim 1972 byle kubełek z farba pomóc nie zdołał. Nic nie mogło pomóc piecowi gazowemu rodem z NRD, który miał tak zaklopsowany dopływ wody, że w końcu przestał się włączać. Nic doraźnego nie było w stanie wskrzesić instalacji elektrycznej. Co roku przed świętami, gdy wszystkie gospodynie prały, prasowały i piekły przewody elektryczne w kamienicy fajczyły się w ciemnych zakamarkach a administracyjny elektryk wypruwał je ze ścian i wymieniał po kawałku. W każdym pokoju było aby jedno gniazdko elektryczne bez uziemienia, w łazience gniazdka nie było wcale. Pralkę podłączaliśmy do przewleczonego przez wyborowaną w ścianie dziurę przedłużacza. Rozważaliśmy teoretycznie kwestię remontu, że konieczny, że trzeba... Aż w końcu w sierpniu 2001 piec umarł na zwapnienie rozlegle i nie było wyjścia. Zadzwoniliśmy do Pana Jacka. Pan Jacek przyszedł do nas w piątek, rozejrzał się, pokiwał głową i kazał poskładać rzeczy. Obiecał, że w poniedziałek rano przyjedzie z chłopakami.

Nie miałam pojęcia co nas czeka.

Ile mebli i książek się dało, tyle wynieśliśmy na korytarz. Sąsiad przechował je za kratą. Resztę zestawiliśmy na środek pokoju i zasłoniliśmy płachtami malarskimi. Nasze łóżko stanęło nagle na środku pokoju i też dostało narzutę z czarnej folii, to samo spotkało telewizor.
Ekipa pana Jacka w postaci kilku mocarnych chłopaków z Targówka i kilku chudych Ukraińców wpadła do nas w poniedziałek o ósmej rano i zaczęła demolkę. Z wielką wprawą i uciechą niejaki pan Dareczek osobiście i bez odkuwania wyrwał ze ścian żeliwną wannę i wyniósł ją z drugiego piętra na podwórko. Zawarczały diaksy, poszły w ruch młoty i wypruto instalację elektryczną i wodną. W łazience pozostały cegły na ścianach i rura kanalizacyjna stercząca z podłogi. Sajgon sie zrobił kompletny.


Tomek co rano wywlekał z worka foliowego garnitur i prawie na klatce schodowej wcielał sie w urzędnika Kancelarii Prezydenta. Wracając z pracy wyskakiwał z ubranka niemal na schodach i pakował ancug do tejże torby, aby odzież robocza od Bossa nie spotkała się aby z Cekolem ani akrylową farbą. Po 6 tygodniach chodzenia w tym jedynym garniturze w kółko ze złości go podeptał skacząc po nim z szaleńczym błyskiem w oku.
Mieliśmy sztywne włosy i szarą cerę. Spaliśmy w łóżku pełnym może nie gruzu, ale co najmniej piachu i Cekolu. Kąpiel braliśmy u przyjaciół na przeciwko. W chwilę po powrocie do domu znów przypominaliśmy murarzy.
Pierwotna instalacja elektryczna w naszym mieszkaniu składała się z jednego aluminiowego kabla ułożonego dookoła całego mieszkania. Zamieniliśmy ją na 200 metrów miedzianego przewodu ułożonego jako 7 osobnych linii, każda z uziemieniem.  Komputery i pralka mają niezależne zasilanie. W budynku instalacja była jeszcze stara, ale pan Jacek podszykował wszystko tak sprytnie, że przy wymianie kabli w całym domu podłączenie naszego lokalu zajęło może 20 sekund.
 
Zardzewiałe rury wodne zamieniliśmy na spawaną instalację miedzianą. W łazience, gdzie przedtem nie było umywalki zmieściło się wszystko co powinno w niej być. Prawdą jest, ze geometria łazienkowa przez kilka tygodni spędzała mi sen z powiek, ale teraz jest i wanna z dwoma prysznicami, i umywalka ( żegnajcie siniaki na udzie od waniennej armatury) kibelek najmniejszy na rynku i pralka w normalnych rozmiarach. Instalację gazową ze skręcanych na pakuły z towotem, pordzewiałych rur zamieniliśmy na spawaną. Majster od gazu nie pozwolił jej do niczego podłączyć, nim nie wykonał testów z piekielnym ciśnieniem na jej szczelność. Wyrzuciliśmy wszystkie stare szklone drzwi i założyliśmy nowe, pełne, drewniane. Nie wiem skąd ta moda na szklone drzwi wewnętrzne. Przecież jeśli ktoś zamyka za sobą drzwi, to znaczy, że chce być sam. Skutek jest taki, że na przeszklonych drzwiach wiecznie wiszą jakieś plakaty, słomianki i inne zasłaniacze zapewniające minimum intymności. W tych wszystkich czynnościach towarzyszyło nam radio. Telewizor był jak wspomniałam pogrzebany w czarnym worku.
 
I pewnego dnia, gdy ściany były już obdarte z farby a w łazience tylko sterczała z podłogi kiblowa rura bez wykończenia, radio zaczęło bardzo często podawać niepokojącą informację. O jakimś samolocie, Pentagonie. To samo w kółko, potem o drugim samolocie. I wtedy wrócił do domu Tomek. Zapytałam go co się dzieje, ale nic nie słyszał, nawet mnie ofuknął, że jakieś mu bzdury opowiadam. Nazwisko tego Araba na O i nazwę jego organizacji co prawda wymienił tak samo sprawnie jak spiker radiowy, doskonale wiedział o kim mowa, ale był pełen wątpliwości co do Nowego Jorku. Wyciągnęłam z wora telewizor. Włączyłam trzymając antenę w zębach. I na gruzach własnej kuchni zobaczyliśmy, jak w World Trade center wbijają się po kolei dwa Boeingi. Moja mądrzejsza połowa ze zgrozy zapomniała o ratowaniu Bossa przed Cekolem. Ukraińcom i panu Dareczkowi oczy się zrobiły okrągłe jak spodki.

Wieczór tego dnia spędziliśmy w radio. Tomek udzielał wywiadu i informował radiosłuchaczy, kto To jest Osama ibn Laden i al Kaida, a ja piłam herbatę z czystego kubka bez Cekolu w środku i bujałam się w wygodnym fotelu reżysera dźwięku. Nim skończyliśmy remont, nim nałożono nowe drzwi, kable telefoniczne i od kablówki pochowano w ścianach, pomalowano ściany na biało, przykręcono regały na książki, wzniesiono szafę z lustrem w przedpokoju i założono w łazience nowy piec, nie wspominając o kaflach, fugach i armaturze cały świat już znał na pamięć nazwisko tego Araba na O i nazwę stworzonej przez niego organizacji. I tylko nieliczni pamiętają, że to małe słówko w środku jego nazwiska to ibn, czyli syn, a nie żadne bin, co jak wiadomo znaczy po angielsku kosz na śmiecie.

A dog is not for Christmas, it's for life / Pies nie jest na Gwiazdkę, a na całe życie

Ilekroć słyszę, że ktoś chce kupić psa dziecku, bo ono bardzo chce, nie mogę się nadziwić ludzkiej naiwności. 

Psa może kupić dorosły człowiek sobie albo jako uzupełnienie swojej rodziny, na pewno nie wolno kupować stworzenia dziecku. Zwłaszcza, że posiadanie dziecka i psa tak bardzo się od siebie nie różni. Czy ktoś by dał dzieciakowi w prezencie... dziecko?
Widzę nieszczęśników w różnym wieku, którzy uczynili ten nierozważny krok i cierpią męki spacerów przy każdej pogodzie. Widzę amstaffy i pitbule wyprowadzane na krótkie siusiu przez kruche starsze panie i zupełnie nieodpowiednich tatusiów, którym odebrało rozum i kupili dziecku psa. Widziałam nawet żarłocznego beagla, który żwawo rwał po Wisłostradzie w poszukiwaniu wyrzuconych z samochodów jadalnych kąsków, a na drugim końcu smyczy biegła za nim mała dziewczynka halsując między samochodami. Pewnie dostała pieska na gwiazdkę.
Niestety, biorąc do domu psa trzeba się liczyć z mnóstwem osobistych  obowiązków i ograniczeń.
Na wakacje jedzie się tam, gdzie psy są mile widziane. 
Do domu przychodzi się na czas, żeby stworzenie nie pękło. Zupełnie jak z dzieciakiem, którego trzeba na czas odebrać z przedszkola.
Wasze fotele, łazienka a nawet talerze bywają pełne kłaków. W porze linienia kłaków tych będzie dużo. Nawet bardzo dużo. 
Zupełnie jak matki malutkich dzieci będziecie latami chodzić w strojach, na których nie znać plam. Być może wasze kieszenie i brzegi kurtek będą ponadrywane, a całe ubranie będzie miało charakterystyczny wzorek w łapki. But od strony psa będzie zawsze miał na środku odcisk psiej łapki. Zwłaszcza beżowy, zamszowy but. Żadne rękawiczki nie przetrwają dłużej niż jeden zimowy sezon, jeśli pies lubi aportować patyczki. 
Nawet jeśli pies jest krótkowłosy i ma długie łapy w waszym przedpokoju straszyć będzie w mokrej porze roku ręcznik do wycierania łapek i brzuszka. Jeśli pies jest długowłosy i ma krótkie łapki... w domu będzie błotniście i piaszczyście. Niezależnie od ręczniczka. 
Choćby w stosownym miejscu stało pięć misek dla psa, i tak kość cielęca z główką lub indycza szyja będą pożerane na jakimś dywaniku. Jeśli to perski dywanik, to macie problem.
 Kochane psie zabawki, takie jak owa kość z główką, suszone świńskie uszy, wołowy penis, śmierdzące żwacze, piłeczki z wyrwaną piszczałką i rozdarta na pół lateksowa kaczka będą leżały na widoku. Jeśli pies lubi Waszych gości, to podaruje im w prezencie swoją najukochańszą zabawkę, być może będzie to właśnie śmierdzący kawałek żwacza lub ów wołowy penis. 
Po domu trzeba będzie chodzić w kapciach z porządną podeszwą, bo nadepnięcie na kawałek kości lub rozgryziony orzech bywa bolesne. 
Poznacie kliniki weterynaryjne, a numer do nich będzie na liście szybkiego wybierania znacznie wyżej, niż numer do Waszego lekarza. Po jakimś czasie jego weterynarz będzie udzielał porad zdrowotnych również Wam. Będziecie z tego zadowoleni i będziecie zazdrościć swojemu psu bezkolejkowego dostępu do badań profilaktycznych i RTG. Własne dolegliwości być może zignorujecie - jego marne samopoczucie zmobilizuje Was do szukania weterynarza o trzeciej nad ranem. 
Nawet jeśli Wasze mieszkanie jest niewielkie, w każdym pomieszczeniu będzie koszyczek lub psie łóżeczko. 
W łazience pojawią się specjalne szampony, pasty do zębów i śmieszna szczotka w kształcie litery V do czyszczenia strasznych zębów. I słusznie, w końcu potrafi wrócić ze spaceru z brązowym pyskiem, albo co gorsza całym grzbietem i obrożą.


Ale nie ma bez niego domu. Nie ma domu, jeśli w fotelu, w łóżeczku lub na Waszej kanapie nie leży kosmaty, ciepły, posapujący obwarzanek. Nie ma domu, jeśli w nocy nie słychać stukotu pazurów po parkiecie i chłeptania wody z miski. Nie ma domu, jeśli szukasz czegoś w parterze, a od tyłu nie tryka Cię mokry, pełen entuzjazmu nos. Nie ma domu, jeśli po dywanie nie przewala się na plecach wierzgając łapami w powietrzu ufne że go nie podepczesz stworzenie. Nie ma domu bez buziaka na dzień dobry i bez niecierpliwego czekania na spacer. Nie ma domu bez radości na powitanie, gdy wracacie z pracy.
Nie ma domu.






Dosyć tego!

Mieszkamy na Starym Mieście już ponad 10 lat (pisane w roku 2008), to znaczy Misia i ja tu tyle czasu mieszkamy. Tomek się tu urodził. I powoli mamy dość. 
Mamy dość z wielu powodów.
Póki Tomek był urzędnikiem i rano wychodził do pracy, można było jeszcze wytrzymać w naszych 2 pokojach z wielką, widną kuchnią. My w dużym pokoju mieliśmy sypialnię i salon, dziecko było w drugim, w kuchni się jadało i czasem przyjmowało mniej oficjalnych gości. W salonie goście bywali przy niewielkich poczęstunkach albo przy kawie, z powodu braku w nim wielkiego stołu. W razie wielkich fet przenosiliśmy stół kuchenny do salonu i można było świętować, choć raczej bez spacerowania. Za dnia mogłam w naszym salonie malować, w kuchni szyłam, choć krosna na stałe nie bardzo można było tu zainstalować. Od biedy jak rodzina sobie poszła mogłam nawet aerobic w domu trenować. 

Od kiedy jednak mój mądry mąż jest wyłącznie akademickim wykładowcą i pisze w domu książki sprawy wyglądają dużo gorzej. Przez trzy dni w tygodniu krąży po Polsce zaczynając zajęcia w odległych uczelniach o ósmej rano, więc musi wstać o 4 . Zatem poprzedniego wieczora stara się być w łóżku o ósmej. Wraca późną nocą zmęczony jak pies i pada do łóżka najwcześniej jak się da, żeby następnego dnia znów wstać bladym świtem. Zatem o jakimkolwiek życiu towarzyskim w weekendy mowy nie ma. W dni, kiedy nie jeździ do Pułtuska, Olsztyna i Kielc, siedzi w salonie przy stole i pisze książki, z których żyjemy. Ma za mały stół i jeśli potrzebuje dodatkowej powierzchni do pracy robi sobie dostawkę ze stolika do kawy. Dobry z niego człowiek, więc mnie z pokoju nie wyrzuca i twierdzi, że mu nie przeszkadzam siedząc obok.
Fakt, jak siedzę, to mu nie przeszkadzam. Ale jak włączę TV, chcę zobaczyć film na DVD, mam ucznia albo chcę pofikać nogami przy kasecie z instrukcjami to mu bardzo przeszkadzam niestety. Więc drogą kompromisu wynosi się z pokoju jak mam lekcje, a z fikania nogami i rozkładania sztalug nici. Od dawna nie rozłożyłam kredek, bo nie mam gdzie.

Książki przestają nam się mieścić, rower treningowy stoi w kącie, pies zwykle śpi na łóżku, żeby uniknąć podeptania. Nie mamy ani jednego kawałka ściany, przy którym można by postawić jakiś mebel. Ja marzę w skrytości ducha o komodzie, w której znajdę majtki i stanik na daną okazję, on marzy coraz głośniej o dużym biurku, na którym zmieszczą się jego materiały źródłowe. Poza tym jestem głęboko przekonana, że człowiekowi żyjącemu z pisania należy się gabinet z drzwiami, które może za sobą zamknąć. Mnie też się należą drzwi, które bym mogła za soba zamknąć odcinając się od bliźnich. Odkąd straciłam w wyniku zamążpójścia własny pokój tęsknię do niego nieustannie. Własny pokój z własnymi zabawkami i własnym bałaganem, niewystawionym na publiczny widok, miejsce, gdzie niedokończony obraz czy  szycie dotrwa bez sprzątania bałaganu do następnego dnia, gdzie można posłuchać muzyki bez słuchawek.
 
Stare Miasto też nam daje w kość. To prawda, że nie ma tu ruchu samochodowego. Ale też nie można przywieźć zakupów z marketu pod bramę, skoro jest zakaz wjazdu. W niedzielę, kiedy chciało by się po obiedzie zaparkować na łóżku kołami do góry przed sąsiednim kościołem wystawiane są na chodnik wielkie wzmacniacze i nieudolny chór bardzo głośno i fałszywie głosi chwałę Pana. Tłumy turystów tupią, krzyczą i śmiecą. Pijaki po nocach rozrabiają, muzykanci rozmaitej maści nie mają dla nas litości. Pewnej zimy jakaś nieczuła na mróz Ukrainka zasiadła w Barbakanie w październiku i do kwietnia, przez osiem godzin dziennie grala fałszywie na akordeonie trzy melodie w kółko. W tym sezonie na dziennej zmianie jakiś pan gra na banjo w dzień - myli się co chwilę, ale repertuar ma dość bogaty, za to w nocy dziewczyna z bardzo mocnym głosem od zeszłego lata codziennie śpiewa tylko trzy piosenki.  Zaczyna około 21, kończy sama z siebie bez interwencji Policji około 2 w nocy. Policja wzywana codziennie nie może się nauczyć, że trzeba barbakanowego śpiewaka około 23 wyłączyć. W lecie dołączają do nich rosyjscy filharmonicy z rozmaitymi instrumentami, dziadek z flecikiem, jazzbandy i menele z gitarami jawnie zbierający na piwo. Pewien pan gra na gitarze ze wzmacniaczem rockowy repertuar, nawet ciekawy, a jak się już dobrze nawodni, nieodmiennie konczy pieśnią, w której są jedynie brzydkie słowa. Potrafi ją kontynuować bardzo długo.
Reflektory oświetlające pięknie Starówkę w nocy świecą nam prosto w okna. Kładę się spać, gdy reflektor na kościele św.Jacka jest wyłączany o godzinie 00.05.
Co roku w sierpniu uciekamu z domu w porze pielgrzymki do Częstochowy, która wyrusza sprzed naszych okien, koczując przedtem kilka dni w fosie.
Nie oszczędza nas także Stołeczna Estrada organizując w fosie występy różnych teatrów i nieznanych grup rockowych. Znane grupy rockowe grają za to w parku na podzamczu i na Placu Zamkowym, co niestety u nas świetnie słychać.
Edukację seksualną Misia odbyła wyglądając przez okno. Tuż pod naszymi oknami stała sobie kilka miesięcy furgonetka - atrapa będąca reklamą Kompanii Piwnej. Na jej pace po nocy przygodne pary ćwiczyły wszelkie możliwe pozycje. Furgonetkę usunięto, gdy pokazałam menadżerowi restauracji zdjęcia, jakie jej zrobiłam z okien. Ale co się dziewczyna naoglądała, to jej.
Zatem korzystając z faktu, ze ceny mieszkań na Starym Mieście są jakie są - czyli zabójcze, zaporowe i nie do wyobrażenia, zamierzamy rodzinną schedę sprzedać i kupić za uzyskane środki coś większego. Mieszkanie z osobnym pokojem dla każdego z nas, z salonem i dużą kuchnią, w cichej okolicy z dobrą komunikacją, bo nie zamierzam się ponownie uczyć prowadzenia samochodu. Poza tym na drugi samochód już nam pieniędzy nie starczy. No i naturalnie musi tam być sporo terenów zielonych, żeby było gdzie z Kretką biegać.Nawet mamy już coś na oku. Trzymajcie palce, żeby się udało.

PS Udało się znakomicie!

aaa

10 komentarzy:

  1. Ja bardzo przepraszam za to pytanie, że tak powiem, z dupy, ale co to włochate COŚ robi z nogą tego Pana? ;)
    A teraz, skoro pytanie już padło, to chciałabym dołożyć swoje przemyślenia: nie ma domu, jeśli nie ma się z kim podzielić ostatnim ciastkiem. Nie ma go też, wtedy kiedy smutku nie rozprasza mokry nos i łeb na siłę wciskany pod pachę. Żadni przyjaciele z ludzi, którzy nie rozumieją, że ja mogę jeść salceson, ale dla psa- kiełbasa.
    Czasem musi być dom bez psa. Taki np dom jak mój. Dom, gdzie jest mało miejsca dla ludzi i zbyt dużo ludzkich kłopotów.
    Pies mieszka we wspomnieniach.
    I tyle.
    A o ataku na WTC dowiedziałam się z TV. Sąsiad za ścianą wiercił i zagłuszał mi dźwięk odbiornika. Widziałam tylko obraz i pomyślałam sobie, że to chyba sceny z jakiegoś nowego filmu katastroficznego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To małe, włochate stworzenie, to Zazulka, piesek mojej córki. Też by się chciała gdzieś przytulić, ale lepsze miejscówki są jak widać zajęte. A na panu się doskonale śpi, o czym Zazulka w dzieciństwie wczesnym się przekonała.
      Zazulka nie ma w zwyczaju gwałcenia nóg.

      Usuń
    2. Zatem przepraszam, iż szlachetnego psa posądziłam o czyn niegodny :)
      Proszę przy okazji Zazulkę za uchem pomiziać ekstra!

      Usuń
  2. oj tak, mój ostatni to wypisz wymaluj Twój mąż nr 1... byłam tak zakochana, że dopiero teraz poczułam ulgę, i już mi przeszło, heh.
    remont, tja, najlepiej wyjechać, czasem się nie da i wtedy jest kicha :-/
    a psi? niech ja tylko kupię to mieszkanie, natentychmiast przygarnę jakiegoś :-) życie bez psa to tylko połowa frajdy!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ja tęsknię za moją Toficą, pamiętam jak ulałam egzamin i wszyscy już moich żali mieli dość, tylko ona siedział mi na stopach z mordą na kolanach tak długo aż przestałam wyć.Świetnie pilnowała mnie też przy pisaniu pracy magisterskiej. Czekam,aż moja córa podrośnie i nie będą się z psicą bić o miejsce w parterze, wtedy na pewno zamieszka z nami włochaty obwarzanek i on będzie mój i trochę reszty rodziny, ale głównie mój. A co do męża nr1 ..im więcej o nim piszesz tym więcej widzę, że na mojego pana za dużo psioczę, ostatecznie pozwala mi się użalać nad sobą kiedy choruję i nawet pomaga wtedy przy obiedzie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozbroilo mnie to pierwsze zdjecie, Tomasz (? bo wlochate nogi) w wannie- o takiej lazience marzyli moi rodzice, gniezdzac sie w starej, przedwojennej kamienicy, bez zadnych wygód.

    Co do mieszkania na Starym Miescie, rozumiem was. Nie zawsze fajnie, a wlasciwie rzadko kiedy fajnie. I dlatego bede trzymac kciuki za korzystna przeoprowadzke i handel immobiliami. A gdzie wlasciwie mieszka dzisiaj Misia?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W 2008 roku przenieśliśmy się na Ursynów, Misia mieszka w moim rodzinnym mieszkaniu w Śródmieściu, ma do dyspozycji sporą chatę.
      A w wannie faktycznie Tomek się moczy.

      Usuń
  5. Tak myślałam, że Tomek - ta kosmacizna wskazywała na faceta:)
    Kapitalne te Twoje zapiski - uwielbiam je czytać!

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj poczytałam znów z przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jakie piękne to zdjęcie z pieseczkami wpatrzonymi w Ciebie. Widać tę wielką, bezinteresowną miłość.
    Tęsknię za swoją Azą, która nie żyje od 13 lat. Teraz mam kota, też go kocham, ale to jednak nie to samo...
    Wspaniale, że powtarzasz swoje zapiski z ubiegłych lat, świetnie się je czyta. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.