poniedziałek, 5 listopada 2012

Przeprowadzka 2

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Dziadek

Dziadek był opoką i ostoją mojego dzieciństwa. Przed wojną sam się utrzymując z korepetycji i dorywczych zajęć ukończył gimnazjum i wydzial filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego. Pod tą nazwą nie wiem czemu kryła się matematyka dość szeroko rozumiana, bo dyplom dziadek robił z mechaniki nieba. Ponoć wracając rankami z Ogrodu Botanicznego po nocnych obserwacjach nieba natykał się w Alejach Ujazdowskich na marszałka Piłsudskiego, który szedł do pracy. Panowie wymieniali ukłony.
W 1939 roku dziadek jako porucznik rezerwy brał udzial w obronie Warszawy. Był ranny, kula dum dum trafiła go w prawą rękę i rozerwała się trafiając na kości nadgarstka. Nie stracił dłoni tylko dlatego, że jego raną zajął się lekarz urolog, nienawykły do obcinania różnych części ciała. Następne 6 lat spędził dziadek w Oflagu z oficerami z najróżniejszych państw. Wykorzystał ten czas najlepiej jak umiał - uczył się języków. Było od kogo się uczyć i pamiętam, że jeśli dało mu się do odczyania jakikolwiek tekst napisany w europejskim języku, no poza węgierskim i fińskim, to dziadek był w stanie go odcyfrować. Z wojny dziadek przywiózł plecak zeszytów pełnych matematycznych i językowych notatek i walizkę niemieckich książek pisanych jeszcze gotykiem. Na tych kaiążkach uczyłam się literek! Podobno byłam pierwszym dzieckiem w rodzinie, z którym mój dziadek - teoretyk nawiązał bliską i ciepłą więź. Zawsze mogłam się schronić u dziadka przed burzliwym życiem rodzinnym. Codziennie chodziliśmy na spacer, odkąd nauczyłam się chodzić,do czasu gdy spacery z dziadkiem już nie były dla mnie atrakcyjne. 
Na spacerach dziadek opowiadał mi różne historie, bajki, a jak tylko byłam już odpowiednio duża, uczył mnie. W uczeniu był lepszy niż w bajkach! Na spacerach poznałam gramatykę polską. Naprawdę dokładnie. Nawet na studiach poloniści nie mieli tej wiedzy nic do zarzucenia i od surowej profesor Nagajowej dostałam na egzaminie wielką czerwoną piątkę. Dziadka można było o wszystko spytać. Jeśli czegoś nie wiedział, to się dowiedział a potem tak opowiedział, że zrozumiałam. Rodzice rozwiedli się, ale mnie nie brakowało męskiego wzorca, bo miałam dziadka.
Przed maturą i egzaminami na studia uczyłam się naprawdę ostro. Prawdę mówiąc nigdy potem już tak strasznie nie kułam. Miałam jeden problem: w owych czasach na maturze obowiązkowo znajdowało się zadanie z rachunku prawdopodobieństwa. Moja humanistyczna klasa nie miała jakoś do tego przekonania, a zrezygnowana nauczycielka matematyki nie poświęcila temu działowi należytej uwagi. Rachunek prawdopodobieństwa wydawał mi się ciekawszy i prostszy niż geometria wykreślna, a poza tym nie chciałam czegokolwiek w tej sprawie pozostawiać przypadkowi. Uzbrojona w podręcznik i zeszyt do rachunku prawdopodobieństwa mojego starszego kolegi zapukałam do dziadka, który był już wtedy poważnie chory. Rzuciliśmy się oboje na ten rachunek jak głodne psy. Przedwojenna edukacja matematyczna dziadka tych zagadnień nie obejmowała. Co nieco o macierzach znaleźliśmy w przywiezionych z niemieckiego Szczecina książkach. Dziadek fukał, złościł się, ja też fukałam i się złościłam, ale parliśmy do przodu. W brązowym podręczniku były zadania i teoria, w grubym zeszycie kolegi zadania były bez wyjątku rozwiązane źle, ale trafialiśmy tam na sposoby, jak się do tych zadań zabrać. Kiedy trafialiśmy na mur naszej niewiedzy, dziadek znikał w swoim pokoju pomrukując, że to nie on ma zdawać maturę. Zwykle po kilku godzinach wychodził z triumfalnym wyrazem twarzy. Musiałam wtedy rzucić wszystko, co trzymałam w rękach i słuchać jak rozwiązał dane zadanie. Byłam chyba jedyną uczennicą klasy humanistycznej, która ten podręcznik przerobiła calusieńki. Maturę zdałam i nie miałam serca powiedzieć dziadkowi, że klasy humanistyczne dostają zadania z pierwszych dwóch rozdziałów zmłóconej przez nas książki.
Wkrótce potem dziadek zmarł. Bardzo mi go brak...
Babcia


Babcia, z którą się wychowałam była postacią niezwykłą. W codziennym pożyciu była trudna do zniesienia, kłótliwa i wybuchowa. W sytuacjach podbramkowych można było liczyć na nią jak na Zawiszę. O rozlaną herbatę czy stłuczone jajko można było spodziewać się nieziemskiej awantury, zaś rozwód w rodzinie, niezdanie z klasy do klasy czy konieczność przygarnięcia do domu studenta z prowincji, któremu skończył się akademik to były sprawy pokonywane przez nią sprawnie i zdecydowanie.

Babcia miała trudne życie. Mając 7 lat opiekowala się własną umierającą matką. Po śmierci prababci trafiła do sierocińca prowadzonego przez zakonnice. Była w nim do pełnoletności. Ponieważ do szkoły poszła później niż powinna z powodu sieroctwa i I Wojny Światowej, nie zdążyła do pełnoletności zrobić matury, a zakonnice nie chciały trzymać u siebie niepokornej wychowanki. Ten okres życia wyleczył ją z religijności, z szacunku do ludzi kościoła a zwłaszcza do kościelnej pomocy charytatywnej. Do kościola zaczęła chodzić ponownie jako bardzo stara osoba "żebyśmy nie mieli kłopotów z pogrzebem". W sierocińcu wciąż podrzucano jej malutkie dzieci do opieki, bo było można na niej polegać, więc sama dzieciństwa nie miała wcale. Okres wojny i okupacji spędziła sama z moją mamą imając się rozmaitych zajęć, kopala torf, szyła kapelusze z niemieckich walonek, robiła swetry na drutach. Po wojnie, gdy dziadek wrócił z Oflagu okaleczony i ciężko chory, babcia pracowała ponad siły by wraz z nim utrzymać rodzinę. Te ciężkie lata złamały ją, nie miała jak o siebie dbać, wszyscy wokół wymagali jej troski i uwagi.
Namiętnością babci były robótki. Zawsze gdzieś obok niej leżały druty i kłębki wełny. Jej z trudem zdobywanymi skarbami były szmatki, szydełka, kawałki taśm pasmanteryjnych, kolorowe kłębuszki.Nie lubiła się nimi dzielić ale umiała z nich zrobić cuda, zwłaszcza, gdy trzeba było uszyć coś niezwykłego dziecku lub ubrać lalkę. Na każdy bal w przedszkolu babcia wyczarowywała mi niezwykłe przebranie. Uzbierał się tych dziwnych strojów do przebierania wielki worek. Koleżanki przepadały za przebierankami u mnie w domu, bo wybór strojów był ogromny. Mojemu bratu szyła stroje niesłychane. Kiedyś wystąpił na balu karnawałowym jako Motyl Emanuel w cylindrze i fraku z fioletowego brokatu. Innym razem był kozakiem w czerwonej rubaszce.
W nocy przed moimi 10 urodzinami maszyna terkotała bardzo długo. Rano dostałam lalkę. Chińską niedużą lalkę w firmowym jedwabnym stroju. Oraz pudło strojów uszytych tej lalce przez babcię. To był mój najpiękniejszy prezent w dzieciństwie! Stroje już się rozpadły, ale lalkę mam do dziś:-). Dzieci znajomych przychodziły do nas ze swoimi lalkami i miśkami, a moja zwykle niecierpliwa babcia obszywała zabawki bez słowa skargi z niesłychaną fantazją i polotem.
Babcia od kilku lat nie żyje. Pod koniec życia nie ubierała już lalek. Mama przekazała mi jej zbiory tasiemek, gumek, wstążeczek i szmatek. Pomyślałam o niej z czułością, gdy przyszywałam do kołnierzyka lalczynej sukienki resztkę tasiemki, którą 40 lat temu babcia przyszywała mi do przedszkolnego fartuszka.

Ślub A.D. 1983

Zamiast zwykłych sklepów z odzieżą na ulicach widzę teraz dwa rodzaje punktów handlowych: lumpeksy i salony sukni ślubnych. Stałyśmy kiedyś przed takim salonem z moją córcią, obgadywałyśmy fasony, koronki, dodatki i przypomniał mi się mój własny ślub nr.1 zawierany w roku pańskim 1983. W sklepach były wówczas sprzedawczynie, lady i kasy i niewiele ponad to. Jedzenie i papierosy były na kartki, wódka chyba też. Zdaje się, że nawet buty były na kartki. A tu ma być ślub. A właściwie dwa śluby, bo wtedy się brało dwa. Mój były bał się rodziców i nie powiedzial im, że ja to bym właściwie cywilny wolała. Zaczęliśmy to załatwiać w kwietniu i wolny termin w USC był dopiero na październik. Czasu na przygotowania mieliśmy sporo, ale poza czasem mieliśmy niewiele więcej.

Babcia swoim zwyczajem powiedziała o planowanej uroczystości komu trzeba i już po 2 tygodniach zjawiła się u mnie niby przypadkiem ciocia Ziuta z wielką torbą. W torbie była suknia ślubna jej synowej. Suknia była używana ostatnio 15 lat temu i nikomu niepotrzebna. Miała fason typowy dla początku lat 70, wielki tren i idealnie pasowała rozmiarem. Od góry do dołu była ozdobiona maleńkimi sztucznymi brylancikami i naszytymi koralikami, które gdzieniegdzie odpadały. Poza suknią ślubną w torbie cioci Ziuty był jeszcze kupon batystu w biało niebieską kratkę. Z takimi darami można było zaczynać przygotowania. Przez pierwszy tydzień odpruwałyśmy z sukni koraliki. Brylanciki zostały, bo czas ich nie nadgryzł swym zębem. Po upraniu suknia odzyskała śnieżną biel, a znajoma krawcowa z ogromnego trenu zrobiła mi małe, eleganckie bolerko, bo uparłam się, że w październiku nawet ślub się bierze z rękawami. Babcia wpadła na pomysł, żeby wykończyć suknię piórkami i kupiła w komisie(!) dwa białe boa z piórek marabuta. Obszyłam tym bolerko i mankiety. Na szczęście został jeszcze kawałek. Panna młoda powinna mieć coś na głowie. Ruszyłam w miasto na poszukiwania stosownego dodatku. Ceny welonów, kapelusików i innych takich były zaporowe, a ich jakość koszmarna. Woalki jak z drucianej siatki w wielkie grochy, kwiatki z krochmalonych prześcieradeł, to wszystko było rozpaczliwie tandetne. Znów dobra babcia sięgnęła do swoich zapasów i wręczyła mi coś na kształt brudno różowej sznurówki. To była jej przedwojenna woalka nieco zmaltretowana czterdziestoletnim przechowywaniem. Woalkę uprałam, napięłam szpilkami na maglowniku i wypędzlowałam krochmalem. Okazała się piękna i delikatna. Z grubego miedzianego drutu zrobiłam kółko, okręciłam białą wstążeczką, do wstążeczki przyszyłam woalkę i marabuta, z tyłu doszyłam kwiatek i stroik był. Po wielu latach jeszcze moja córka użyła go do pierwszej komunii, tyle że bez woalki. Ślubne buty były nie do kupienia. Poszłam do ślubu w białych szpilkach z balu maturalnego, ponieważ nie miały ani pięt ani palców zakrytych z tego małżeństwa uciekły i szczęście i pieniądze... Ale to dopiero po kilku latach. Rękawiczki miałam elastyczne, koronkowe z Chinki. Takie, jakie eleganckie starsze panie noszą w lecie.
Strój do ślubu cywilnego powstał w letniej sesji. Szykowałyśmy się z przyjaciółką do egzaminu, ale bardzo nam się nie chciało. Ona trochę szyć umiała i miała maszynę. Ja nie umiałam nic. No to mi przyjaciółka pokazała, jak się używa Burdy. Wspólnymi siłami zrobiłyśmy kiecę jak z westernu! Z białym kapelusikiem i błękitna szarfą w talii wyglądała bardzo stylowo.

Za uzbierane przez całą rodzinę kartki na mięso mama kupiła całą szynkę i przyjęcie weselne się całkiem udało. 
Tak to wyglądało w roku 1983!

17 komentarzy:

  1. super powspominać )) "poznałam" cie na multiply właśnie i przeczytałam jednym tchem. Książkę powinnaś napisać, zupełnie poważnie mówię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, Chmielewska już istnieje i jedna wystarczy.
      Sześć lat z okładem już piszę.
      Na blogu.

      Usuń
  2. Witam, w lutym tego roku przeczytałam Pani bloga w całości. Pewne doświadczenia życiowe mamy podobne, choć ja niestety nie umiem tak pięknie pisać. Warto ocalić wpisy z tamtego bloga. Pozdrawiam serdecznie. M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to łatwo nie miałaś.
      Wyszłaś z tego obronną ręką?
      Pisanie jest forma terapii. Przeżyte, przemyślane, zapisane - teraz z tego można mieć już tylko korzyści.

      Usuń
    2. Tak naprawdę, to sama nie wiem... :)

      Usuń
  3. W mordę misia, Gackowa - ja też w tym samym roku!
    Ależ wtedy kryzys był, wszystko mi przypomniałaś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, fajnie było, kreatywność przymusowa.
      Najgorzej było z butami.

      Usuń
  4. Ty powieść napisz!Serio serio! Matkobosko, w jednej Gackowej tyle talentów! :-) Zostałam Toją oficjalną fanką, prosz pisać, pisać, rysować, dziać i w ogóle wszystko to publikować!
    A, porzekadło zasłyszane głosi, że pierwszy mariaż jak naleśnik, zwykle nieudany. Zaś u Agathy Christie przeczytałam, że "każda kobieta ma prawo do jednej pomyłki matrymonialnej";-] mam nadzieję, że moja była pierwsza i ostatnia, i tuszę, że jeśli kiedykolwiek wyjdę jeszcze za munż, to będzie to, proszpani, munż idealny ;-]
    uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mąż nie musi być idealny. Ale taki, z którym da się żyć.
      To istotna różnica.

      Usuń
    2. no toż piszę, że idealny ;-) z innymi się żyć nie da.

      Usuń
  5. Wzruszył mnie szczególnie Twój dziadek - ludzie o takim usposobieniu to prawdziwy skarb i zostawiają w nas trwały ślad. Zwłaszcza tacy, którzy uczą i pomagają. Moi rodzice i dziadkowie też tacy byli gdy ich potrzebowałam zawsze mogłam na nich liczyć - bezcenne dla młodego człowieka i wpaja prawidłowe postawy - obecnie tego wymaga się od nauczycieli co kwituje moja sąsiadka-nauczycielka "najpierw musiałabym socjalizować rodziców, dopiero potem ich dzieci uczyć - strach się bać co będzie dalej". Cieszmy się więc z tych skarbów bo możemy się czuć wyróżnieni.

    OdpowiedzUsuń
  6. Takim facetem jak twój dziadek, był mój ojciec.
    Mam wrażenie, że dziś już takich nie ma. Nie twierdzę, że ci młodsi sa są źli i beznadziejni, ale nie tacy. Szkoda

    OdpowiedzUsuń
  7. Najbardziej zaciekawila mnie notka slubna. Na poczatku lat 80- tych bylam na kilku slubach/ weselach kuzynek i innych znajomych rodziców, ale ni emialam pojecia, jakie to bylo przedswiewziecie, jakie logistyczne wyzwanie. Gackowo, dla mnie twoje notki to prawdziwa i nie upiekszana historia, która chetnie wchlaniam. Dziekuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojęcia nie masz, jak odbyło się kupowanie mięsa na to w domu zorganizowane przyjęcie dla 30 osób. Trzeba było pozbierać kartki, a potem przekupić sprzedawczynię, by sprzedała całą szynkę, nie pokrojoną na ochłapy.
      Wódki wiele nie było, tort babcia kupiła w Grand Hotelu. Jedynie kwiaty były prawdziwe, ślubne i piękne. W kwiatach byliśmy potęgą.

      Usuń
  8. Tak to się weselono, sama podobnie miałam.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.