środa, 21 listopada 2012

Przeprowadzka 8

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co ja mam dziś zrobić na obiad?


Tak jak kilka milionów gospodyń domowych codziennie zadaję sobie to samo pytanie: co zrobić na obiad? 
Jako leniwa pani domu kwestię kolacji i śniadań pozostawiam do rozstrzygnięcia zainteresowanym. Wiedzą gdzie jest chleb, lodowka, noże, talerze i zmywarka. Wystarczy moim zdaniem, że osobiście przynoszę do lodówki wszystko, co tam się znajduje i wyrzucam z niej przeklinając w duchu wszystko to, czego rodzina nie zagospodarowała.
Za czasów małżeństwa nr 1 moje kuchenne problemy były zupełnie inne niż dziś. Sprowadzały się zasadniczo do wykonania jadalnego posiłku na godzinę 16 kiedy to mama i - teoretycznie - mąż nr 1 wracali do domu. Mąż nie był przesadnie wybredny i jadł grzecznie co mu się pod nos podstawiło, byle nie były to mięsa gotowane z fąflami, głowizna z wody, salceson, paszetowa, kalmary, krewetki, ani nic z wiórkami kokosowymi. Moja mama miała znacznie dłuższą listę potraw, których nie lubi. Misia nie lubiła niemal wszystkiego. 

Jeśli pamiętacie, w latach osiemdziesiątych były stałe przejściowe trudności z aprowizacją i zasadniczym problemem było nie co ugotować, a raczej z czego i skąd to coś wziąć. Problem kalmarów i krewetek był raczej teoretyczny, problem salcesonu i pasztetowej skazywał mnie na polowanie na jadalne dla rodziny wędliny wyższej jakości. Zasadnicze przeszkody, jakie musiałam przy tym pokonać były natury finansowej bo nie mogłam przekroczyć szczupłego budżetu. Mimo to po kilku latach tak się wyuczyłam, że jak koń w kieracie umiałam w 20 minut, czyli tyle ile się gotują kartofle zrobić obiad nadający się do spożycia przez  rodzinę. I nie mogłam tego nie zrobić, bo sumienie darło się wniebogłosy o nieodpowiedzialnej matce i żonie. Wykonywałam ten codzienny rytuał przepychając się po ciaśniutkiej kuchni zawsze w towarzystwie babci, która zwykle drzemała na fotelu, ale gdy wyciągałam z szafki pierwszy garnek już mi towarzyszyła i wygłaszała przez 10 lat codziennie ten sam nużący monolog o moim złym charakterze i swoim bogatym życiowym doświadczeniu. Ani ciężka choroba zakaźna, ani nawet świeżo wyrwany ząb trzonowy nie powstrzymały mnie od ugotowania obiadu.

Wydawało mi się, że po wyprowadzce do Tomka problemy znikły. Właściwie można już było wszystko kupić, problem finansowy się rozwiązał  i kupno 10 deka polędwicy sopockiej co drugi dzień nie rozwalał budżetu miesięcznego, kuchnia była moja własna i cokolwiek w niej robiłam, nikt tego nie komentował. Tomek chudy jak patyk po 1,5 roku samodzielnego gospodarowania pożerał wszystko co zrobiłam i twierdził, że wszystko lubi. Misia jak zwykle grymasiła, ale przekonała się, że ma wpływ na to co jemy i po jakimś czasie wytworzyło się nowe kulinarne status quo. Sałata z czosnkiem i oliwą była dla Misi i dla mnie, ze śmietaną dla Tomka. Odmówiłam gotowania zup i przyjęto to spokojnie. Nikt nie odmawiał jedzenia pieczonych kurczaków. Kartofle były niemile widziane. Jak zwykle ratowałam się książką kucharską, bo z głowy gotować nie umiem. Znaczy coś tam zrobię, ale polotu i fantazji w tym wiele nie ma. W rodzinnym domu gotowała babcia, która nie lubiła jeść. Moja mama też za kuchnią nie przepada. Zaczęłam więc z obowiązku gotować mając 15 lat i żadnych podstaw teoretycznych. Do dziś dobre koleżanki czasem mnie uświadomią w jakiejś prostej kwestii zdumione, że można w Polsce dożyć wieku średniego i będąc kobietą nie wiedzieć jak się robi fasolkę po bretońsku albo próbować gotować kapustę bez wody.

Minęło nam razem już 11 lat i widzę, że jeśli chodzi o pomysły na obiad to znów stoję pod ścianą. Moi wspólmieszkańcy zrobili się tak kapryśni i wybredni, że ręce opadają. Po pierwsze nie zjedzą nic z poprzedniego dnia. Nie zjedzą nic w dużej ilości. Czy ktoś mi może powiedzieć, jak wykonać jedynie trzy niewielkie porcje czegoś upieczonego? Tomek nie cierpi warzyw poza burakami i pomidorami. No, może jeszcze być ogórek ze śmietaną. Misia ogórka ze śmietaną nie tknie. Kuchnia chińska i tajska, za którą przepadam jakoś im nie odpowiada. W szóstym roku małżeństwa dowiedziałam się raptem, że ryż też jest be. I każdy makaron poza spaghetti też się do jedzenia nie nadaje. Mogą być naleśniki i placki ziemniaczane. Z powodów istotnych - alergii powodującej szybki obrzęk dziecko nie może jeść jabłek, gruszek, śliwek, wiśni, czereśni i żadnych orzechów. Ryby są dobre nad morzem, ale w domu mężowi śmierdzą, a dziecko najwyżej wybierze cebulę ze słoika ze śledziami. Wołowina włazi między zęby, a cielęcina jest ogólnie obrzydliwa. Rodzina akceptuje wymyślne francuskie dania, których przygotowanie obejmuje wiele etapów i o ile nie powtarzają się zbyt często.



I tak pozostają mi pieczone kurczaki i smażone kotlety. Niedługo nam ryje wyrosną i pióra i będziemy kwiczeć i gdakać na zmianę. Jak powiedziałam, ręce opadają.



Języki obce 1/2

Chyba kończyłam wlasnie szóstą klasę, gdy przyjechał do nas w odwiedziny pan Feliks Wojnakowski, ojciec chrzestny mojej mamy, przyjaciel dziadka i babci jeszcze sprzed wojny, nauczyciel matematyki w liceum w Ostrowcu Świętokrzyskim. W owych czasach wszyscy znajomi i krewni, którzy mieli w Warszawie coś do załatwienia zatrzymywali się u nas. Usługi hotelowe były drogie i niedostępne, a my mieszkaliśmy w śródmieściu, blisko dworca i wszystkich ważnych urzędów no i mieliśmy spore jak na owe czasy mieszkanie z amerykanką dla gości w dużym pokoju. W wizycie nie było zatem nic niezwykłego. Pan Feliks, zwany przez dziadka Felusiem pojawiał się u nas co jakiś czas ku mojej wielkiej radości, obdarowywał mnie bowiem książkami i zabawkami i był uroczy. Jednak ta wizyta chyba nie była taka urocza dla dziadka i mamy. Otóż pan Feluś zadał im kluczowe i niewygodne pytanie, mianowicie jakiego języka ja się uczę. Trudno było zarzucić staremu belfrowi, ze pyta o coś, na czym się nie zna. Albo że nie wie jak się uczyło w szkole podstawowej języków obcych we wczesnych latach siedemdziesiątych. Albo, ze źle ocenił intelekt dziecka, które znał od dzieciństwa i namawia rodzinę na rozrzutność i stratę pieniędzy. Nie wiem, co powiedział dziadkowi - może wspomniał, że za czasów dziadkowej młodości w gimnazjum wykładano i łacinę i grekę i niemiecki i francuski i dziadek poliglota swą wiedzę zawdzięcza dobrej szkole a nie siłom nadnaturalnym; pewnie dodał również, że z komunistycznego powietrza żadnej znajomości obcych języków mnie nabędę. Musiał być bardzo stanowczy, bo z początkiem siódmej klasy zaczęłam chodzić na prywatne lekcje niemieckiego.
Nie było to w owych czasach takie proste. Słusznie miniony ustrój zakładał przyjaźń między narodami, ale nie realizowaną osobiście przez obywateli. NieNauczanie językow obcych było sprawnie realizowanym celem politycznym, bo mówiący dzikim dla Europy i świata językiem Polacy z nikim się porozumieć nie mogą, jeśli obcych języków nie znają. Podręczniki szkolne były nudne, pełne błedów i nie dawały uczniowi szansy na przeżycie w obcym kraju. Kursy Lingwisty i Metodystów nie były dla dzieci. Pozostawała opcja prywatnego nauczyciela. Na takiego wszakże nie było łatwo trafić. Nauczyciela angielskiego nie znaliśmy żadnego, natomiast moja mama chodziła na lekcje niemieckiego do pani Słowik. Mamie niemiecki potrzebny był do pracy, całe lata dorabiała bowiem do państwowej pensji jako tłumacz patentowy w Polservisie. Jej problem polegał na tym, że znała język niemiecki  biernie: umiała czytać, tłumaczyć i pisać. Natomiast nie umiała płynnie po niemiecku mówić. A pani Słowik właśnie uczyła mówić i była w tym dobra. Kłopot był w tym, że pani Słowik niechętnie uczyła dzieci. Uczniów dobierała sobie starannie, nie lubiła nieuków,  tępaków i wiecznych studentów semestru zerowego. Zgodziła się w moim przypadku na próbną lekcję, żeby sprawdzić czy mam słuch do języka i jakieś ku temu zdolności. I czy znam gramatykę, bo gramatyki nie zamierzala mnie uczyć. Dzięki dziadkowi znałam gramatykę lepiej od niej.
Dała mi książkę Schulza-Griesbacha "Ich spreche Deutsch", przeczytała ze mną pierwsze kilka zdań i włączyła magnetofon. Po 45 minutach powtarzania zdań, pytań, odpowiedzi i wałkowania ich we wszystkie strony kazała mamie posłuchać rezultatów. Panie tylko puściły do siebie oko i zostałam przyjęta w poczet ekskluzywnego klubu uczniów pani Marii. Przez pięć miesięcy zmłóciłyśmy ten pierwszy podstawowy podręcznik. Dziś wiem, że kto w owych czasach nauczył się niemieckiego, to zawsze miał z podręcznikami spółki Schulz - Griesbach do czynienia. Na lekcji gadałam z magetofonem jak papuga ( pani Słowik dysponowala oryginalnymi nagraniami laboratorium językowego i ich używała) i poznawałam nowe czytanki. W domu miałam zrobić WSZYSTKIE ćwiczenia gramatyczne do czytanki i nauczyć się jej na pamięć. Potem deklamowalam nauczycielce tekst. Po pięciu miesiącach takiej nauki, w czasie zimowych ferii, mając niespelna 13 lat zostałam wysłana do Berlina, do znajomych mojej nauczycielki na dwutygodniowy samodzielny pobyt w niemieckojęzycznym otoczeniu. Załatwiłam sobie Tymczasowy Dowód Osobisty i książeczkę walutową. Korowodów było z tym masa. I z kupnem biletów kolejowych też. A potem przez dwa tygodnie słuchałam niemieckiego i przekonywalam się na własnej skórze, że albo się dogadam po niemiecku, albo wcale. W rodzinie Mathke rozumiałam mamę Mathke. Mówiła językiem ludzi wykształconych, takim jaki prezentowaly taśmy pani Słowik. Taty Mathke nie rozumialam wcale. Troje dzieci Mathke rozumialam z godziny na godzinę coraz lepiej. Pod koniec pobytu obejrzałam w telewizji zachodniej - którą w Berlinie Wschodnim można było oglądać bez zakłóceń - Dziecko Rosemary i zrozumialam całą treść!
W drugim semestrze nauki u pani Marii zaczęłyśmy pracować ze wspaniałym dzielem Amerykanów "Spoken German" wydanym przez Departament Stanu w Waszyngtonie DC jako materiał wewnętrzny dla dyplomatów. Był to podręcznik dla urzędników państwowych pełniących służbę w zonie. Polska była wtedy zaiste krainą cudów. Jak podręcznik językowy dla amerykańskich szpiegów znalazł się w czasach Zimnej Wojny u mojej nauczycielki? I to razem z nagraniami? Trzydzieści lat potem poznałam emerytowanego urzędnika CIA, który uczył się niemieckiego z tego samego podręcznika. Znaliśmy te same historyjki i oboje tak samo tajniki Konjunktivu poznawaliśmy na przykładzie przesłuchania zbiega z radzieckiej strefy okupacyjnej. Emeryt miał oczy jak spodki! Kilka lat temu widziałam reklamę tego kursu w Newsweeku. Teraz każdy może go sobie kupić.

Przez dwa lata pani Słowik nauczyła mnie, czytać, rozumieć i mówić po niemiecku bez obcego akcentu. W pewnym momencie powiedziała, że więcej już mnie nie nauczy. Dalej musiałam uczyć się sama. I uczyłam się, czytałam najpierw krótkie kryminałki, potem już całkiem długie kryminały, powieści sensacyjne pożyczane z biblioteki Instytutu Austriackiego i oczywiście prasę. Dzięki niemieckojęzycznej Burdzie załapałam całe babskie słownictwo na ogół nieobecne w podręcznikach, od kolorów, przez tkaniny, ręczne robótki, jedzenie, kucharzenie, wychowanie dzieci i kosmetyki. W szkole średniej dostałam się do klasy z angielskim tylko dlatego, że niemiecki już znałam. Kto te czasy pamięta, ten wie, że do angielskich klas zawsze było za dużo chętnych. W liceum całkiem nieźle dorabiałam sobie do kieszonkowego odrabiając innym uczniom lekcje zadane na niemiecki. Zawsze mogłam poszpanować na czytaną w miejscu publicznym książkę. A na studiach poszłam na lektorat niemiecki, gdzie dobra pani Elżbieta Ozdarska zrobiła nieco porządku w mojej swoistej i oryginalnej niemieckiej gramatyce. Dzięki Bogu, że ta mądra kobieta przyjęła mnie na lektorat, w końcu nie miałam żadnych dowodów na piśmie, że kiedykolwiek się tego języka uczyłam... 

W liceum uczyłam się angielskiego i łaciny. I oczywiście obowiązkowego rosyjskiego. Tego ostatniego jakoś bez większych sukcesów. Nauczycielka była sroga, ale jakimś cudem moje zdolności językowe nie obejmowały tych dziwnych liter. I tych dziwnych czytanek. Ani tej gramatyki z księżyca wykładanej. Dopiero po wielu latach od matury pozostawiona sam na sam z Rosjanką w Operze - ex teściowa biegle władająca językami wschodu została zabrana prosto z loży do szpitala z atakiem kamicy nerkowej - odważyłam się otworzyć pysk i coś powiedzieć po rosyjsku. A czytać nie nauczyłam się nigdy.

Moje liceum było porządne - jak czegoś uczyli, to naprawdę. Jak uczeń się nauczyć nie mógł, to wylatywał. Angielskiego uczono tradycyjnie, ale sensownie. Przez jeden rok wykładała mi angielski pani Helena Łuczywo, ta która tworzyła podziemne gazetki, a potem stworzyła z Michnikiem Gazetę Wyborczą. Popracowała rok nim ją wyrzucili, ale nauczyła sporo.  W maturalnej klasie - rok przed stanem wojennym - okazało się, że fajne i dobre nauczycielki uciekły w czasie wakacji do Wielkiej Brytanii a nam przypadła jakaś mocno niewydarzona siła pedagogiczna. Cały rok drżała ze strachu przed wizytacją i nie przykładała się do trudnych konstrukcji gramatycznych, toteż ich nie znam. Tuż po maturze nawet nieźle po angielsku mówiłam, ale przestałam. W mojej głowie niemiecki wziął górę i podobno teraz mój angielski brzmi jak angielski Henry Kissingera. Ma ciężki, brzydki teutoński akcent. Czytać nas po angielsku w liceum nie bardzo nauczyli. Ale czytanie to nie taka trudna sprawa. W końcu czyta się, żeby dotarła do nas treść, a nie żeby rozkładać zdania na kawałki. Czyta się, bo się chce. Póki nie chciałam, to nie czytałam. Aż któregoś dnia mój Tomek wracając z dalekiej zagranicy podczas przesiadki na lotnisku we Frankfurcie znalazł zostawioną przez kogoś powieść Stephena Kinga "Rose Madder". Książka była kupiona kilkanaście godzin wcześniej w Nowym Yorku o czym informowal włożony w nią paragon. Przepadam za horrorami Kinga, a ten w owym czasie nie był jeszcze na polski przetłumaczony. Zabrałam się do niego z całą zajadłością, na jaką mnie było stać i poszło.I teraz po angielsku czytam.
Ostatnio zauważyłam, że w kwestiach robótkowych dociera do mnie włoski. Hiszpańskie opisy też dają się rozszyfrować. Zdaje się, że z obcymi językami podstawą jest... wprawa w ich używaniu.

W trzy lata po rozpoczęciu przeze mnie pracy w szkole na radzie pedagogicznej pani dyrektor kazała nam rozejrzeć się za kimś, kto mógłby uczyć w szkole języków zachodnich. Wyglądało na to, że wraz ze zmianą ustroju jezyk rosyjski jako obowiązkowy przedmiot szkolny skonał, umarł i zniknie. Jako młoda jeszcze siła fachowa nieśmiało podnioslam rękę i powiedziałam, że znam niemiecki. Po radzie zostałam zaproszona do dyrektorki na rozmowę. Tydzień później do szkoły przyszla delegacja niemieckich nauczycieli. Zostałam tłumaczem na czas ich pobytu w szkole. Na lekcjach biologii, fizyki i matematyki. Nie miałam przecież żadnego świadectwa znajomości języka poza oceną w indeksie. To był sprytny sposób dyrektorki, na przekonanie się, czy faktycznie znam język. Instytut Goethego zorganizowal szybki kurs językowy dla nauczycieli z łapanki, ponadto podarował szkołom książki dotyczące metodologii nauczania języka, ćwiczenia różnej maści, podręczniki dla nauczyciela i taśmy z nagraniami. Przez wakacje z części korytarzy szkolnych powstały malutkie pomieszczenia do nauki języków - tak małe, by nie zmieściło się w nich więcej, niż połowa klasy. 
Zaczęłam uczyć. W pierwszym roku pracy używałam z uczniami moich egzemplarzy "Ich Spreche Deutsch" autorstwa Schulz - Griesbach z własnymi nagraniami. Potem dzięki Instytutowi mieliśmy już bardziej nowoczesne podręczniki. 
A mnie następne kilka lat zajęło zdobywanie po kolei certyfikatów językowych. Najpierw Mittelstufe Deutsch, potem KDS. Przed tym ostatnim Tomek przynosił mi co tydzień Spiegla i Sterna ze swojej zakładowej biblioteki. Młóciłam te pisma, czytałam, notowalam nowe zwroty, kułam słówka. Czasem bywałam załamana i wystraszona. Zapisywałam grube zeszyty w kratkę ćwiczeniami gramatycznymi robionymi "jak leci" z pewnej starej zachodnioniemieckiej książki dla cudzoziemców i z nieco nowszego, piekielnie trudnego akademickiego podręcznika dla cudzoziemców studjujących  germanistykę. 
Zdałam KDS. To trudny egzamin i nie ma już ważniejszego, który cudzoziemiec może zdawać poza terytorium Niemiec.  Zdałam może nie znakomicie, ale zdałam. W samym srodku zawieruchy ze zmianą partnerów, domów, świeżą gorącą miłością i dzieckiem przeflancowanym przemocą do nowego mieszkania z nowym partnerem matki.

Pouczyłam tego niemieckiego kila lat i do szkoły znów przyszło nowe. Teraz moje dyplomy już nie uprawniają do nauczania języka niemieckiego w szkole. Pewnie moglabym to robić w Nowej Zelandii i w Kanadzie, ale w Polsce nie mogę. W Polsce trzeba mieć ukończoną germanistykę, by uczyć dzieciaki o dopełniaczu, bułce na śniadanie i czasie przeszłym. I słusznie, bo absolwenci germanistyki powinni mieć gdzie pracować. A mój dyplom jest bardzo ładny.

W tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że moja pierwsza nauczycielka miała swój pilnie strzeżony sekret: nauczyła się niemieckiego sama, jako zupełnie dorosła osoba. I też nie miała z tego tytułu żadnych papierów. Miała jednak talent od Boga, żeby nauczyć innych ludzi biegłego, swobodnego porozumiewania się w obcym języku. Nigdy nie kazała uczniom imitować własnego akcentu, bo - co też było sekretem - była pochodzącą z Litwy Żydówką i mówiąc po niemiecku prezentowała akcent niepowtarzalny i bardzo zabawny. Wiedziała natomiast jak uczyć. Już jako bardzo stara i chora osoba przekazała mi swoje zbiory materiałow dydaktycznych. Po notatkach w jej książkach poznałam, z jakimi zagadnieniami walczyła szczególnie zaciekle. Czasem ma się szczęście trafić na cudownego nauczyciela. Czasem nie docenia się go od razu. Dobrze, że tacy są.

Podręcznik do niemieckiego uczący jak przesłuchiwać zbiega z ruskiej zony mam do dziś i czasem go sobie czytam.


Moje psie niebo


"Dokąd idą psy, gdy odchodzą?
No, bo jeśli nie idą do nieba
To przepraszam Cię, Panie Boże
Mnie tam także iść nie potrzeba

Ja poproszę na inny przystanek
Tam gdzie merda stado ogonów
Zrezygnuję z anielskich chórów
Tudzież innych nagród nieboskłonu

W moim niebie będą miękkie sierści
Nosy, łapy, ogony i kły
W moim niebie będę znowu głaskać
Moje wszystkie pożegnane psy"

B. Borzymowska


4 komentarze:

  1. Jak ja lubię czytać o Twoim życiu! I ciekawe było, i umiesz je pięknie opisać. Dziękuję za piękne historie!

    OdpowiedzUsuń
  2. boskie :-D
    a psie niebo jest na pewno, dl ludzkiego się nie wybieram, psie mi bliższe :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Życie, życie jakie ono jest ciekawe, barwne, niekiedy bolesne i trudne, a jednak fascynujące, chociaż z pozoru nudne, bo sporo w nim codziennie powielanych czynności. Daleko mi do Ciebie, ale jedna sprawa nas łączy, otóż i ja mam taki wewnętrzny imperatyw, że codziennie musiał i nadal musi być obiad, gorszy, lepszy, ale musi być. Wyniosłam to z domu rodzinnego. Jeżeli nie było obiadu, to oznaczało, że ktoś w rodzinie umarł, był pogrzeb lub wydarzyła się inna równie dramatyczna historia.
    Twoja opowieść jest dowodem na to, że codzienność wraz ze wszystkim co nam przynosi, jest bardzo ciekawa, tylko trzeba to wszystko dostrzec, smakować i tak pięknie opowiedzieć jak TY.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój pies, nie mieszkający już ze mną Wielobrytan lub Owczarek Żuławski, po 16 latach wiernego merdania ogonem, zasnął u weterynarza w zeszłym tygodniu.
    Wiedziałam, że to niedługo nastąpi i pogodziłam się z tym. Misiek był moim wymarzonym prezentem (choć przecież psa się w prezencie nie daje) i najlepszym przyjacielem. Kiedy wyprowadziłam się z domu zabrałam Miśka ze sobą, ale on wrócił do moich rodziców. Wiedział, że ktoś musi im wypełnić dziurę po mnie, a mną zajmie się mój jeszcze-wtedy-nie-Mąż. Mimo wszystko zawsze był mój. Nawet gdy pysk mu posiwiał, oczy straciły blask, a uszy ogłuchły.
    Nie płakałam po jego śmierci. Czułam ulgę, że przyjaciel już się nie męczy i zawsze byłam pewna, że musi gdzieś tam na mnie czekać.
    Miałam pisać o moich perypetiach z nauką gotowania...
    Mogłabym napisać o tym, że mam papier na upośledzenie od nauki języków...
    Nie napiszę...
    Płaczę.
    Niebo bez psów? NIGDY!

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.