piątek, 23 listopada 2012

Przeprowadzka 9

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Nie będą nam dziecka dręczyć


W pierwszej i drugiej klasie podstawówki Misia chodziła na religię. Były tego przedmiotu dwie godziny tygodniowo, bo trzeba było dziecinki przygotować do Pierwszej Komunii Świętej. Uległam naciskom męża nr 1 i tesciów, dziecko pobierało stosowne nauki.

Na dwa tygodnie przed uroczystością w zeszycie do religii pojawiło się 7 dwójek i komentarz katechetki, że dziecko nie zna modlitw.

Odpisałam pani uprzejmie, że skoro nie zna, to trzeba je nauczyć. Skoro przez dwa lata miała na to 2 godziny tygodniowo, to trzeba było uczyć, a nie zbijać bąki. A jeśli nie wie, jak to się robi, to ja jej chętnie pokażę.
Przerażona moim postępkiem rodzina czmyhnęła z domu i dziecka modłów musiała nauczyć najmniej odpowiednia osoba, czyli ja - zadeklarowana agnostyczka - ale czegoż się nie robi dla spokoju w domu. Dobrze, że litościwa rehabilitantka lecząca mnie jonoforezą wapniową z bezgłosu napisała mi w szkicowniku teksty tych modlitw.
Pani katechetka zinterpretowała moją bezczelność po swojemu i podczas uroczystości moje najmniejsze w klasie dziecko stało na szarym końcu między wielgaśnymi dziewuchami. Było jasne, ze dostałam metkę rodzica niewspółpracującego z placówką oświatową. Po tym doświadczeniu zrezygnowałam z usług szkoły rejonowej i zabrałam Misię do szkoły, w której pracowałam. Tam nie było żadnych problemów, do czasu, kiedy fizycznie byłam w szkole.

Kiedy zaczęłam pracować w księgarni i znikłam ze szkoły Misia zaczęła uczęszczać na kurs informatyki. O nauczycieli tego przedmiotu było trudno, nie można się więc dziwić dyrektorce, że z radością zatrudniła na to stanowisko starszego pana z bardzo długim i robiacym wrażenie CV. Było w nim napisane, że ten pan o informatyce i pedagogice wie wszystko i studiował je w  Sorbonie i na Harwardzie i w Oxfordzie też.
Niestety, z praktyką lekcyjną było gorzej. Przez trzy tygodnie opowiadał dzieciakom o sobie i swojej rozległej wiedzy a komputera nie dał włączyć. I zaczął dręczyć dzieci. Krzyczał na nie, postulował usunięcie ze szkoły integracyjnej dwóch bardzo zdolnych dziewczynek z porażeniem mózgowym (mających jedynie niewielkie problemy z chodzeniem) i wysłanie ich do szkoły specjalnej, bo są nienormalne, obrażał dzieci i wyrzucał je z lekcji. I nikt na to nie mógł nic poradzić. Ani rodzice, ani dyrektorka. Aż w końcu pan od informatyki wyrzucił z lekcji Misię. Bo była bezczelna. Konkretnie pan kpił sobie z koleżanki Misi i dopytywal się, do jakiego to lekarza idzie z mamą, że aż musi wyjść z jego bardzo ważnej lekcji o nim. Misia na to wstała i powiedziała, że to nie jego sprawa, tylko koleżanki, jej mamy i lekarza. I że jak zwolnienie nie jest podrobione, podpis się zgadza ze wzorem, to on nie ma prawa drążyć tematu. Pan nazwał Misię niewychowanym kurduplem. No i wyleciała.

Z rykiem poszła do sekretariatu, skąd pozwolono jej po znajomości zadzwonić do mnie do księgarni - na numer stacjonarny, na komórkę nie było wolno. Ja nie mogłam z księgarni wyjść, bo to wrzesień, szczyt sezonu i kolejka przez trzy pomieszczenia. Zadzwoniłam do Tomka. A Tomek w pracy miał piekło, Tego dnia pewien słynny poseł postanowił się dowiedzieć, co jest w pancernych szafach GROMu. Cała Kancelaria Prezydenta stała na głowie. Mimo to przełączył telefony na odbiór z komórki i natychmiast pojechał do szkoły, gdzie sekretarka pocieszala zszokowane dziecko. 
Lekcja informatyki właśnie się skończyła i pan się nie zdążył oddalić. Został, że tak powiem przyłapany.  Pani dyrektor, wychowawczyni Tomka z liceum, zaczęła go uspokajać i łagodzić sytuację, bo jeszcze nigdy się nie zdażyło, żeby opiekun tak szybko po incydencie przybył do szkoły, ale Tomek nie dał się zbyć. I w obecności dyrektorek pogadał sobie z panem od informatyki. Uświadomił fachowcowi, jakie są jego obowiązki i co mu grozi za ich zaniedbywanie. Wspomniał o tym, że wyrzucone z lekcji dziecko może sobie pójść gdzieś, gdzie je spotka coś złego, na przykład wypadek uliczny, ale odpowiedzialność za to spada na nauczyciela. Pan poczerwieniał i wybuchnął - Pan mnie straszy! - A straszę, odparł mój dzielny mąż, prokuratorem konkretnie. Tu pan od informatyki nagle przezedł na ty: Może mnie jeszcze pobijesz?! Jakbym cię dziadu stuknął, to byś się rozsypał - grzecznie odpowiedział Tomek. Po czym ucałował rączki obu dyrektorkom i wrócił do piekła w pracy zabierając Misię do domu. 

Pan już nigdy nie przyszedł do szkoły. Następnego dnia przysłał zwolnienie od kardiologa i znikł a dzieci odetchnęły z ulgą. Tylko jeszcze przysłał do pracy Tomka zażalenie na jego karygodne zachowanie. Szef mego męża wykazał ubolewanie zaistniałą sytuacją i w dopisku  do odpowiedzi zapytał, cóż takiego  skarżący się na Tomka obywatel uczynił, że go tak skutecznie wyprowadził z równowagi, skoro to taki spokojny człowiek. Odpowiedzi nie było. 

Jak widać można pozbyć się gnoja, byle to zrobić prędko i nie dać sprawie wystygnąć.



Świąteczne wpadki i niepowodzenia

Teoretycznie święta powinny być wesołe i szczęśliwe, ale jak każdy dorosły człowiek wie wcale niekoniecznie tak jest. Jako dziecko byłam przekonana, ze w święta musi koniecznie być choinka. 
Duża choinka. 
Aż przyszedł rok 1981 i nie znalazłyśmy nigdzie miejsca, gdzie choinkę można by kupić. W Wigilię wytropiłam w końcu ciężarówkę z choinkami, kolejka do niej miała pewnie z kilometr i wiła się na trawniku obok bazaru na Polnej. Stałam tak na śniegu i mrozie i nic nie wystałam, choinki sie biegiem skończyły, a tłum rozdrapał nawet najmniejsze choinkowe gałązki. Przyszłam do domu z niczym. 
Babcia pokiwała głową i powiedziała, że ona przeżyła dwie światowe wojny, okupację i stalinizm. I jej brak choinki nie przeszkadza. Ma być tylko koniecznie opłatek i ryba. Mama przypięła lampki choinkowe do zasłony i tak spędziłyśmy te święta. 

W rok później choinkowe gałązki były, za to nie było już z nami dziadka. To było dużo gorsze, bo dziadek zmarł na kilka dni przed świętami a przy Wigilii omawiałyśmy szczegóły jego pogrzebu.

Wyszłam za mąż i zaczęły się Wigilie rozdarte na pół. 
Początkowo organizowaliśmy je na zmianę u mojej babci i u rodziców męża nr 1, ale któregoś roku coś wypadło, ktoś do nich przyjechał, babcia nigdzie jechać nie chciała i musieliśmy być i u babci i u nich. 
To bardzo niedobry pomysł. Jedna Wigilia odbywała się nim na dobre zapadł zmierzch, w pośpiechu i pędzie. Potem jazda do drugiego domu, gdzie gospodarze poszcząc przykładnie przez cały dzień niemal konają z głodu i pytają z wyrzutem, czemu tak późno przyjechaliśmy. Z tego obrotu rzeczy była zadowolona tylko Misia, bo pod dwiema choinkami znajdowała dwie góry prezentów. Potem rzecz jasna całe świeta spędzaliśmy w towarzystwie kompletnej rodziny zmieniając tylko adresy pod którymi chłoneliśmy schaby i barszcze. 
Czyli jako wypoczynek od codzienności mielismy codzienność w megadawce. Z wszystkimi tego konsekwencjami.
Raz w końcu uciekliśmy na święta do Zakopanego. I to był świetny pomysł, bawiliśmy się znakomicie, ale żarły nas wyrzuty sumienia, że zostawilismy osamotnionych rodziców i babcię z mamą. 

Świąteczny koszmar oznaczał również, że niezależnie od zamożności trzeba wszystkim drogim bliskim zafundować upominki. To jest dopiero straszne. Im ludzie biedniejsi, tym oczekiwania szczęścia w pudełku pod choinką niestety większe. A z pustego i Salomon nie naleje. Kombinowaliśmy zatem w tych latach biedy i niedoboru jak uszczęśliwić bliźnich z mizernymi rezultatami. Kiedyś w rozpaczy uszyłam teściowej modną, nobliwą białą bluzkę na gwiazdkę. Myślała, ze sobie z niej żartuję i prezent doceniła dopiero w maju następnego roku, gdy córka sąsiadki wybłagała tę bluzkę na studniówkę i traktowała ciuch z ogromnym nabożeństwem. Innym razem popełniliśmy przestępstwo finansowe z premedytacją i malutkiej Misi za całe nadgodziny z letniego semestru męża nr 1 kupiliśmy kolejkę Duplo. To była wspaniała inwestycja, dzieciak bawił się tym codziennie przez trzy lata! 
Zamęt w głowie i rozpacz w kwestii prezentów pomnażają jeszcze wielokrotnie dodawane do różnych gazet broszurki z pomysłami na prezenty. Wszystko tam jest takie apetyczne i piękne, doskonałe i absolutnie nie możemy sobie na to pozwolić! No i do nikogo z naszych krewnych ta superdary nie pasują. 

I tak to trwało, aż doszłam do wniosku, że nienawidzę świąt. Zdaje mi się, ze wśród kobiet odpowiedzialnych za organizację świąt i uszczęśliwianie nimi rodziny jest to afekt powszechny. I z tą świąteczną fobią wkroczyłam w nowy związek.

I tu zdarzyła się jedna  jedyna wpadka. Lepiłam uszka, gdy Tomek wróciwszy z pracowego śledzia usiadł na mojej całodziennej produkcji. Popłakałam się. A dobry mąż widząc mnie w rozpaczy ulepił z ciasta i farszu olbrzymie koślawe ucho. Ryczał przy tym ze smiechu a Misia z nim. Trochę trwało, nim odzyskałam wiarę w święta Bożego narodzenia, ale odzyskałam. Teraz święta się zaczynają, gdy przyjeżdża do nas Alicja. Alicja ma za zadanie zrobić śledzie, choć bywa, że o tym zapomni. Moja mama przynosi karpia w galarecie według receptury babci, bez żelatyny. Uszka kupujemy w restauracji, a barszcz, kompot i smażonego karpia robię ja. Kapusta z grzybami nie jest nam do szczęścia potrzebna. Bo jak mawia moja mama nie ważne co, jak i gdzie - ważne z kim!

W liceum

Podstawówka nie stanowiła problemu. Chodziłam do niej i dobre stopnie jakie z niej przynosiłam były dla rodziny oczywiste jak fakt, że po zimie przychodzi wiosna. Owszem, musiałam zmienić szkołę między klasą siódmą a ósmą ale z powodów towarzyskich. Jakoś łatwiej mi przychodziło rozkuć funkcję i policzyć objętość wielościanu, napisać wypracowanie na temat, nauczyć się o budowie serca żaby niż sprawić,  by tego faktu nie dostrzegły dziewczyny gitowców - moje koleżanki z klasy. Dość powiedzieć, że z mojej rodzimej klasy może trzy dziewczyny ze mną włacznie nie powiły dzieciątek przed 17. rokiem życia. 
Zmieniłam szkołę podstawową na milszą, ósmą klasę zaliczyłam jak zwykle i złożyłam papiery do renomowanego warszawskiego liceum. Musiałam tylko przekonać Straszną Sekretarkę, że chcę chodzić do klasy z angielskim, bo niemiecki już znam. Moja mama zaczęła wtedy chorować i kwestię wyboru szkoły zostawiła mnie, zupełnie się do tego nie wtrącała. No to wybrałam Zamoyskiego - blisko domu, dobra opinia, wysoki odsetek przyjęć na studia.

Ale sobie narobiłam koło pióra

W podstawówce bardzo lubiłam matematykę. Fajna była, zrozumiała, dobra nauka.W liceum - a poszłam do klasy matematycznej - trafiłam na wychowawcę matematyka. Spojrzeliśmy sobie w oczy i chyba od razu zapałaliśmy do siebie obustronną antypatią. Od razu podejrzewałam, że pod bujnymi wąsami i brodą kryją się jakieś lęki przed dentystą i marna autokreacja. 
W naszej szkole trzeba było nosić mundurki. Chłopcy nosili marynarki, dziewczęta fartuchy. Naturalnie im bardziej kuse, tym lepsze. Wróciłam po pierwszym dniu do domu i kazałam sobie załatwić największy i najmniej kształtny fartuch, jaki stworzyła sztuka krawiecka. Mama przyniosła mi z pracy granatowy, flanelowy fartuch prawie do pięt odkupiony od sprzątaczki. Skryłam sie w nim skutecznie przed wzrokiem wychowawcy, który rok wcześniej ożenił się ze swoja maturzystką, a teraz wychowywał niemowlątko i najwyraźniej wypatrywał swieżej krwi. Kiedy nie miałam na sobie tego fartucha nosiłam sweter z resztek, który babcia udziergała dziadkowi, a on nie zgodził się na noszenie okropego wyrobu.
W rozliczeniu wychowawca zrewanżował mi sie biegiem redukujac moje możliwosci intelektualne niemal do zera. Jego moc nie obejmowała języków obcych, biologii i polskiego, ale w dziedzinie nauk ścisłych odniósł pełen sukces. W kilka tygodni zrobiłam się tak durna, że nawet milicja na to nie pozwalała. Nauczycielka chemii i fizyk podzielali nie bez przyczyny złą o mnie opinię. A ponieważ ten stan rzeczy był i dla mnie nie do wytrzymania, zaczęłam chodzić do kina zamiast do szkoły. To oczywiście nie pomagało w uzdrowieniu sytuacji. Wprawdzie spędzając ranki w Iluzjonie poznałam sztukę filmową od podszewki, ale przez pierwszą klasę ledwie przebrnęłam. W drugiej było tak samo źle, miłe w szkole były tylko spędzane w szatni lub w parku przerwy. Groził mi zupełny upadek umysłowy i naradziwszy się z madrymi ludźmi postanowiłam przerwać błędne koło. Zdumiewające, że wychowawca zgodził się na moje propozycje. On mnie nie promuje do następnej klasy, a ja zmienię profil na humanistyczny - zwany przez wszystkich tumanistycznym. Dyrektorka także wyraziła na to zgodę.

Z dnia na dzień zaczęło się dla mnie inne życie. To co w mat-fiz uchodziło za debilizm, w klasie humanistycznej oznaczało błyskotliwośc w dziedzinie nauk ścisłych. Łacinę nadrobiłam bardzo prędko, a dzięki innemu - poza tym cholernym matematykiem  i uroczą polonistką - kompletowi pedagogów mogłam sie jakos zebrać w sobie i znów odżyłam umysłowo. Rok później i matematyka zmieniła miła spokojna pani i całkowicie odzyskałam spokój ducha w tej dziedzinie. Potem w humanistycznej klasie nastał fizyk, u którego ponosiłam dawniej sromotne porażki. I stał się cud! Wymagania miał takie same jak poprzednio, ale tym razem jakoś nie stanowiło to problemu. Po kilku miesiącach rozwiązywałam zadania hurtowo dla calej klasy. Odwdzięczył mi się i dał na maturze piątkę.

Tak, szkoła średnia to stanowczo najgorsze lata mojego życia, mimo, ze dała mi dokładnie to co obiecywała. Dobrze zdaną maturę, miejsce na studiach no i mojego Tomka. Poznaliśmy się bądź co bądź paląc w szatni papierosy na dużej przerwie.

A co się stało z moim pierwszym wychowawcą? Byłam chyba w trzeciej klasie, gdy w ciemni fotograficznej zapragnął udzielić pilnych korepetycji pewnej młodej, ładnej osobie. Młoda osoba poskarżyła się swojej bardzo młodej wychowawczyni, która nie wiedziała, że ten pan jest członkiem POP i nie można go ruszyć. W trzy dni zrobił sie skandal, jakiego szkoła nie zaznała nigdy wcześniej. Przeniesiono go (podobno) do jakiegoś technikum pełnego silnych byków i gdy (podobno) zaserwowal silnym bykom stary numer z klasówką, z której wszyscy dostali dwójki, znalazł (podobno) swojego małego fiata bez kół, za to na dachu śmietnika. To doświadczenie (podobno) przywróciło mu zdolności metodyczne i dydaktyczne. Podczas skandalu wyszlo również na jaw, że pan profesor nie ma niestety magisterium. 
Wioząc kiedyś Misię w wózeczku do teściów nr.1 spotkałam drania na spacerze z rodziną. Zimno się pozdrowiliśmy. 
Facet dalej jest pedagogiem. Na stanowisku.



6 komentarzy:

  1. Fantastyczne, z momentami dlawienia sie (obiadem). Piekne!

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja przez dwadzieścia lat uczestniczyłam w dwóch Wigiliach. Najpierw było mi to na rękę, bo nie umiałam zbyt dobrze gotować, później były małe dzieci, a później już mieliśmy dość tego pielgrzymowania, jedzenia ponad możliwości,więc po ciężkich bojach, łzach matczynych wylanych, udało się urządzić Wigilię w naszym domu. I tak jest najlepiej dla wszystkich :)
    A o nauczycielach wspaniałych i tych, którzy nie powinni być nimi nawet przez jeden dzień, to chyba każdy mógłby opowiadać. Mam wrażenie, że w każdej szkole znajdzie się taki "matematyk"...

    OdpowiedzUsuń
  3. bosz... że ja nie miałam takiego Tomka w liceum... Misia to jednak straszna szczęściara :-)
    uściski!

    OdpowiedzUsuń
  4. W tym roku po raz pierwszy w zyciu, bede spedzac Swieta poza rodzina. Ciekawe, jak mi bedzie.


    Religia w szkole, temat- rzeka. Moje katolickie dziecko zaczelo edukacje w tej materii, niestety pani w drugiej klasie zaadoptowala bobasa i poszla na wychowawczy. U nas nauczycieli od katola jak na lekarstwo, wiec dalej polecial ewangelicko. W piatej klasie znalazla sie jakas katolicka katechetka, niestety okazalo sie, ze w odróznieniu od religii luteranów, moje dziecie jest kompletnym katolickim baranem o_O Dla mnie bylo to powodem odkrecenia trybu jego nauczania, czyli poslania go z powrotem do protestantów, gdzie blyszczal w klasie gwiazda najjasniejsza, potwierdzona mi przez nauczyciela tego przedmiotu.
    W miedzyczasie cialo pedagogiczne zazceo mnie nagabywac, dlaczego moje katolickie dziecie na katolicka religie nie chodzi, a pewnego dna wrecz sila go na tej lekcji przetrzymalo.
    W trymiga bylam w szkole, tlumaczac tak, zeby kazdy pojedynczo zrozumial, ze nie mamy w planie zanizania sredniej przedmiotem, w którym jest widocznie baranem, bo 4- 5, gdy jako protestant dostaje jasne jedynki ( w Niemczech oceny sa odwrotnie niz w Polsce).
    Po przejsciu do gimnazjum zaczal pobierac nauki w przedmiocie zwanym "Wartosci i normy", który poruszal tematyke wszystkich religii swiata, z elementami filozofii, i byl przez to wspanialym przedmiotem, w którym moje dziecie takze brylowalo.

    Po odbyciu sluzby wojskowej, juz na studiach, mój syn zaczal udzielac nauk przed bierzmowaniem. Jako ze u na snie ma zadnych przedkomunijnych czy przedbierzmowianowych egzaminów, wszyscy laski sakramentu dostapili ;) co on ich tam uczy, nie mam pojecia!

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam wszystkie wspomnienia jednym tchem. Jeśli napisze Pani powieść na pewno ustawię się w kolejkę do jej kupna - pisze Pani lekko, dowcipnie, inteligentnie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gackowo, droga. Z wielką przyjemnością skończyłam właśnie czytanie Twojego archiwum.Ten blog jest trzeci, czy coś przeoczyłam? Świetnie piszesz, bardzo, bardzo ciekawie. No i jesteś świetną osobą - tyle, tak różnorodnych zainteresowań... Może jakąś książkę byś napisała? Jeszcze przyznam się, że czytając, miałam koło siebie kartkę zatytułowaną "porady Gackowej" i zapisywałam wiele rzeczy. Kiedyś trochę robiłam na drutach i szydełkiem (pod nadzorem biegłej w tych kwestiach koleżanki)i pod wpływem Twoich opowieści i zdjęć pięknych wyrobów też nabrałam chęci. Spróbuję. Dzięki i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.