wtorek, 6 listopada 2012

Przeprowadzka 3

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Małżeństwo nr 1.

W 1983 roku wychodzę za mąż za miłego, grzecznego, wesołego chłopaka, który dużo czyta, ma ogromne poczucie humoru, nie pije i swietnie bawi się z dziećmi.
W mieszkaniu mojej babci jest dużo pokojów, zajmujemy więc jeden z nich.Nie mamy właściwie nic własnego. Ja jeszcze studiuję, pan mąż ma niskopłatną posadę w instytucie mieszczącym się w jakimś baraku na końcu miasta i marzy o posadzie na Uniwersytecie Warszawskim.
Moja mama i babcia są twarde, wszystkie koszty utrzymania dzielimy na 4 (bo jest nas 4 osoby) i my płacimy połowę wszystkiego. W związku z tym po wypłacie i uregulowaniu rachunków zostaje nam byle co. Mama i babcia szybciutko ustawiają męża, żeby sobie nie myślał. Przybywa mi pracy. Babcia jest już po 70., mama pracuje, mąż też, zatem dom już w całości spoczywa na moich barkach. Sprzątam, aprowizuję, gotuję, jak trzeba to wykuję rurę i ścianę potem też zamuruję. Nie wspominając o malowaniu ścian. Na fachowców nas nie stać. Ze wszystkim muszę się zmieścić do 16, bo potem mama wraca z pracy i nie chce uczestniczyć w rozgardiaszu sprzątania a pasta do podłogi śmierdzi.
Początkowo staram się bardzo, ale im bardziej się staram, tym więcej mam pracy, a studiuję i to z doskonałymi wynikami. Uczę się szyć i ubieram nas od stóp do głów. Czasem jeszcze żałuję, że nie umiem robić butów, bo z butami u nas bieda. Gdy na świat przychodzi Misia robi się jeszcze ciężej. Gdy Misia ma rok a ja do napisania pracę magisterską, pan mąż idzie w kamasze. Tak długo składał podania o odroczenie, że capnęli go w ostatnim, ale dla mnie najgorszym momencie. 
Zaczyna się robić nieprzyjemnie. Mąż jest w wojsku, ale widzi, że w domu wszystko gra. Wyciąga z tego logiczny wniosek, że sobie radzę bez niego. Nęka mnie jakimiś prośbami, żebym go z tego woja wyciągnęła. Po unitarce zamiast do domu trafia na 9 miesięcy do Kołobrzegu, gdzie nic nie robi i rozbestwia się do końca. Wciąz bywa wesoły i nie pije, ale już nie umie bawić się z dziećmi. Teściowie maltretują mnie przy każdej okazji i mają pretensje, że Misia jest maleńka, że palę papierosy, że chciałabym nie wiadomo co ( na przykład mieć pralkę i jakieś mieszkanie nie wspominając o kołdrze i kocu). Z mamą i babcią żyje się znakomicie, ale gdy mąż przybywa na urlop atmosfera staje się nie do wytrzymania. Zwykle zdrowa mama zapada na zdrowiu,  bierze zwolnienie zawsze, gdy mąż ma urlop i siedzi w domu w powłóczystym szlafroku nie pozwalając nam na ani jeden moment intymności.  Kończę studia, dbam o wszystko, zwijam się jak w ukropie, siedzę z dzieckiem do osiągnięcia przez nie wieku przedszkolnego w domu i wciąż wszystko jest zrobione przed 16, kiedy na stół musi wjechać obiad.
Idę do pracy. Za pieniądze na zagospodarowanie się przysługujące nauczycielom kupiłam 3 metry chodnika i zegar z kukułką z płyty paździeżowej. Stare obyczaje nie poddają się łatwo rewizji. Obiad ma być na 16. Ale jak ma to być wykonane, skoro kończę pracę o 15.10 i muszę po drodze zrobić zakupy, zabrać Misię z przedszkola i jeszcze ten obiad ugotować? Po trzech latach takiego walczenia z czasem wypowiedziałam mamie obiady. Wtedy do akcji przystąpiła babcia. Za każdym razem gdy coś gotowałam do niemożliwie ciasnej kuchni wkraczała śpiąca dotąd na fotelu babcia i zaczynała się gadka umoralniająca pt: "Powinnaś Gotować Matce obiady,Bo Ona Chodzi Do Pracy". 
Zaczyna się awantura bez końca trwająca do 1995 roku. 
Mąż uzyskał po powrocie z wojska posadę asystenta i siedzi na wydziale od 8 do 16 i nie stara się o żadne inne bardziej dochodowe zajęcie. Pytany o sprawę wprost, stawiany pod ścianą, molestowany i nagabywany odpowiada, że musi zrobić doktorat. A nawet że jest białym mężczyzną z klasy wyższej i nie zamierza rezygnować z należnych mu z tego tytułu przywilejów. Pozatym robi mi przecież śniadania i prasuje, więc się czepiam. 
Robił ten doktorat bez pośpiechu, całe 8 lat, jakie ustawa dała na ten cel asystentom, i wracał do domu coraz później i póżniej. Nie interesowało go własne mieszkanie, kołdra, łóżko dla dziecka. Czytał coraz grubsze książki, oglądał TV do flagi a po kupnie komputera cywilizował świat, albo układał pasjanse.
Czułam, że tonę, że ginę i że jeśli tak ma być już zawsze, to w moją skórę wejdzie jakaś nieznana mi przedtem awanturująca się, bezmyślna, okrutna swołocz. Wyglądałam coraz gorzej, przestałam sobie szyć, bo nie miałam pieniędzy na tkaniny. Chodziłam w ciuchach, które ktoś mi oddał. Zwykle w dżinsach, adidasach i bluzie z polara. Oszczędzałam na fryzjerze, kosmetykach, na własnym zdrowiu. Pilnowałam tylko, żeby leczyć zęby i zawsze spędzać całe wakacje poza domem. 
Przy tym wszystkim zrobiłam uprawnienia do nauczania języka niemieckiego, zdawałam jeden po drugim egzaminy aż do KDS (niech mi nikt nie mówi, że języka obcego nie można nauczyć się samemu)i ciągle słuchałam o doktoracie, nad którym mój mąż pracował najwolniej jak się tylko dało.
Żeby na mój widok w domu się ktoś cieszł, kupiłam sobie psa. Terieropodobna kundelka, o którą mając 30 lat musiałam się w domu wykłócić i wypłakać była najmądrzejszym zakupem w życiu. Pożarła nieposprzątane buty i zabawki, odzwyczaiła mamę od powiewnych szlafroków gryząc ją po palcach i szarpiąc za poły ze zwiewnej tkaniny, zajęła się dzieckiem, głuchą babcię informowała co dzwoni w mieszkaniu i wlekła ją za spódnicę do telefonu lub drzwi, a na mój widok cieszyła się zawsze. W końcu załatwiła mi mieszkanie, przyzwoite dochody i nowe małżeństwo.
W czercu 1994 roku rzeczony doktorat został sfinalizowany. W nagrodę dla doktoranta moja mama kupiła nam wczasy na poczcie w Zwierzyńcu i.... pojechała na nie z nami.

W lutym 1995 roku oświadczyłam mężowi, że go porzucam. Uniósł głowę znad grubej książki o wampirach i spytał, czy będę miała okres. Zapomniał nieszczęśnik, że okres właśnie się skończył; gdy mu o tym przypomniałam, spojrzał jakby bystrzej i zadał mi następne pytanie: Mamy przecież RZECZY, co z nimi zrobimy? Odpowiedziałam mu, żeby je sobie wziął. Chyba docierało, co mówię, bo następne pytanie było już podszyte niepokojem: A gdzie ja będę mieszkał?. Zaproponowałam mu, żeby spytał moją mamę, czy wynajmie mu pokój. A co ja powiem mamie? spytał mając na myśli swoją mamę - Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi - odparłam bez cienia litości.
Przy kolacji, która przebiegała znanym od lat trybem babcia krzyczała na nas, żebyśmy byli cicho, bo dziennik idzie. Mama ganiała mnie jak zwykle do kuchni a to po nóż, a to po sól, a to po cukier, a to po łyżeczkę. Wyciągnęłam z kieszeni na pierwszy rzut oka obce klucze, zadzwoniłam nimi najgłośniej jak umiałam i rzekłam tak: Dziś jest poniedziałek. Jak będziecie grzeczni, to zostanę z wami do piątku. Jak będziecie niegrzeczni, wychodzę z domu zaraz.
Byli grzeczni. Zostałam do piątku.


Anioł Stróż

widzieliście kiedyś Anioła Stróża? Nie na obrazku od Pierwszej Komunii, nie w kiosku z durnostojkami, nie w postaci wzorka do krzyżykowego haftu, ale prawdziwego, z krwi i kości? Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że Anioł Stróż może wcielić się w nieoczekiwaną postać.

Dla ratowania własnych emocji w 1991 roku postanowiłam koniecznie kupić sobie psa. Na domownikach udało mi się wymusić akceptację dla pojawiających się od czasu do czasu gryzoni, były u nas i chomiki i myszki i szczury, ale kontakt emocjonalny był z nimi niepełny, na spacer się tego nie wyprowadzało, a mysi smród był nie do zniesienia. Poza tym gryzonie żyją za krótko. Nim się do nich naprawdę przywiązałam już były stare i chore. Zatem postanowiłam, że chcę psa. Rodzina była przeciwna. Bo się nie będę opiekować. Bo to obowiązek. Bo babcia nie będzie wyprowadzać zwierzaka na spacer. Bo pies brudzi. Bo w mieście nie powinno się męczyć psa.
Nie dawałam za wygraną. Wszystkie te argumenty były śmieszne. Miałam 30 lat. Od 6 lat byłam matką i dzieckiem się opiekowałam sama nie podkukułczając go nikomu. W domu sprzątałam sama. Mnóstwo ludzi w sąsiedztwie miało psy, które nie wyglądały na specjalnie umęczone mieszkaniem w mieście. Zaczęłam zatem pertraktacje. Nic nie dały. W końcu zaczęłam płakać. W płakaniu towarzyszyła mi Misia, która psów bała się wprawdzie panicznie, ale pomysł na własnego psa bardzo jej sie podobał. Mąż nr 1 też chciał psa. W przeciwieństwie do mnie chciał psa wielkiego, groźnego i budzącego trwogę w bliźnich. Ja marzyłam o wesołym stworzeniu z łatwą do pielęgnacji sierścią. Po kilku tygodniach płaczu mama i babcia zmiękły. Wprawdzie nie wyraziły oficjalnej zgody na zakup, ale ich obrona wyraźnie osłabła.
Pojechaliśmy do schroniska na Paluchu. Był październik, pora, gdy rodziny przygarniają psy po wakacjach. Gdybyśmy pojechali tam w czerwcu, znaleźlibyśmy moc małych, porzuconych szczeniaków. W październiku schronisko pełne było dorosłych, wielkich Burków. Misia się przeraziła, my zrezygnowaliśmy. Wrażenie psiej i kociej nędzy było straszne. W sobotę pojechaliśmy na stadion Skry, gdzie do niedawna handlowano psami. Niestety, targowisko zamknięto. W niedzielę jak zwykle jechaliśmy do teściów na obiad. Droga wiodła obok Stadionu X-ecia, gdzie pewnie też mogło być psie targowisko. Na rogu między Zieleniecką a Rondem Waszyngtona, pod drzewami rozłożyli się sprzedawcy psów z towarem. Były tam owczarki niemieckie i kaukaskie, dobermany, boksery i jamniki wątpliwego pochodzenia. Wszystkie młode i nie dla nas. W najdalszym kącie, pod drzewem stał sobie włościanin w walonkach i kufajce. W rękach miał tekturowe pudełko z którego wyglądała nieszczęsna terierza mordka. Do drzewa obok niego przywiązany był jakiś ni to welsh ni to airdale terier. W pudełku siedziała ostatnia suczka, której nikt już nie chciał kupić. Miała smutne, kaprawe ślepka i była wielkości elementarza Falskiego: całkiem kwadratowa. Właściciel przywiózł szczenięta do Warszawy na targ na Skrze, a ponieważ targ zlikwidowano, błąkał się z nimi już dwa dni po mieście. Szczeniak był ledwie żywy. Nie jadł pewnie od wyjazdu z domu. Potargowaliśmy się trochę, bardziej dla zasady niż z konieczności i za 380.000 zł piesek przeszedł w nasze ręce, a konkretnie za moją pazuchę. Suczka była czarna, podpalana i ze względu na podobieństwo do arbuzowej pestki została nazwana Pestką. Kupiliśmy zatem psa, jak go kupować absolutnie nie wolno, bez żadnej gwarancji pochodzenia, od byle kogo, pewnikiem chorego i zarobaczonego. Nigdy tego nie pożałowałam.
Zarobaczona była straszliwie, od ogona po sam nos.Wytruliśmy robale. Przechorowała wszystkie psie zakaźne choroby jeszcze w dzieciństwie. Nim zaczęła chorować, już ją pokochaliśmy. Gdy złapała parvovirozę prosiłam lekarza, by ją z tego wyciągnął, bo inaczej rodzina mnie z domu wyrzuci. Popatrzył mi w oczy i aksamitnym głosem powiedział: "180.000 poproszę. Za surowicę." Jej dziecięce choroby były bardzo kosztowne, ale opłacało się utrzymać ją przy życiu. Rosła na teriera niewiadomo jakiego, niepowtarzalnego, kochającego i bardzo obowiązkowego. Silna była jak koń i do końca życia nie pojęła, kto kogo prowadzi na smyczy. To ona sie opiekowała nami, nie my nią. Kolczatkę dostała, gdy w wieku 6 miesięcy przeciągnęła mnie przez jakieś płoty i zasieki. Poprosiłam w sklepie myśliwskim o najmniejszą kolczatkę, jaką mieli. Gruby klient w tyrolskim kapelusiku z piórkiem sarknął, że głupi ludzie ratlerka wezmą na kolce. Zeznałam mu zrezygnowana, że to mieszanka welsha i jagdteriera. Pan uprzejmie mi pokazał, jak zmniejszyć kolczatkę. Zagryzła wiele piłek i kilka kotów. Ludziom nie ufała i nie znosiła głaskania, choć wobec obcych pozwalala sobie jedynie na warkoty i przekleństwa. Domu strzegła jak niepodległości, a nowych gości ustawiała w drzwiach na baczność. Gryzła z premedytacją, gdy ktoś chciał pogłaskać mnie. Albo wyjąć mi portfel z torebki. Wtedy nie fatygowała się przekleństwami. Leczyła nam rany, otarcia i kurzajki, które ginęły bezpowrotnie od kontaktu z jej jęzorem. Była zdania, że człowiek powinien chodzić na dwóch własnych nogach i bardzo się niepokoiła, gdy ktoś niósł dziecko na ręku. Zgryźliwa i nieufna wobec dorosłych malutkim dzieciom pozwalała na wszystkie pieszczoty i przytulaństwa. Misia była w jej koszyku zawsze mile widzianym gościem. Nie pozwalała się nam całować, ani tańczyć, ani jeździć na sankach, ani huśtać na huśtawce. Babci ogrzewała wiecznie marznące nogi i dotrzymywała towarzystwa, gdy byliśmy w pracy. Słuchała za babcię świata, rozróżniała telefon, dzwonek do drzwi, czajnik i wykipiane mleko i ciągnęła babcię za spódnicę w miejsce wymagające ludzkiej interwencji. Pokochała szczerze naszych przyjaciół. Towarzyszyła mi wszędzie przez 15 lat. W tym czasie byłyśmy osobno może 10 tygodni. Prawie na każdym zdjęciu z tego okresu widać obok mnie kosmatą mordusię z maseczką pierrota i wielkim nosem, albo co najmniej czubek włochatego ogona. Jeździła z nami na wakacje, chodziła w odwiedziny, dzięki niej mogłam w czasie długich spacerów nawiązać sensowną relację z mężem nr 2. Ona klepnęła naszą znajomość. Możecie myśleć, że zwariowałam, ale jeśli ktoś się jej nie podobał, to zwykle okazywało się, że były istotne powody, by ten ktoś nie podobał się również mnie. Gdy skończyła 12 lat dostała czerwoną bandankę i zaczęliśmy mówić do niej Babciu. Gdy ogłuchła, kazała nam tym bardziej chodzić na smyczy, bo jak niby głuchy pies ma bez smyczy dopilnować tak samowolnych ludzi? A z ludźmi nic nie wiadomo. 
W końcu mimo zabezpieczeń uciął ją feralny babeszjozowy kleszcz. Ledwie żywą dowieźliśmy ją do dobrej doktor Biel, która nas uprzedziła, że stan psa jest ciężki i nawet doraźna pomoc potrwa kilka godzin.Odparłam, że skoro ten pies poświęcił mi całe życie to ja mogę mu poświęcić  kilka godzin. Wtedy się udało, ale feralnego kleszcza przeżyła Pestusia o rok. W końcu dostała padaczki, nie mogla wleźć na fotel ( a w młodości to był lekki podskok!), siusiała pod siebie, miała wszelkie objawy mózgowe niewydolności wątroby. Wezwałam lekarza, który do wtóru naszego wspólnego płaczu wysłał ją tam, gdzie anioły przebywają, gdy nie pilnują nikogo na ziemi. Ma tam pewnie plażę, na której ofiarnie dogląda dzieci. A jak się kiedyś spotkamy, to dalej będzie pilnować mnie.


Tomek


Z Tomkiem chodziłam do liceum, był w klasie starszej o rok. Nosił się nonszalancko i wytwornie, zawsze miał prawdziwe wranglery, żadne tam dżinsy "odra" czy "szarik". Nie dał się ostrzyc na krótko i palił Marlboro, no czasami Carmeny. Poznaliśmy się paląc czasem w parku koło szkoły, na boisku lub w szatni. Złoty chłopak zupełnie do mnie nie pasował. Nie miałam wranglerów, a na swoje Caro zarabiałam sprzątając w siedzibie ZBOWiDU na Wiejskiej. Mimo to przez trzy tygodnie uchodziliśmy za parę. Byliśmy na trzech sobotnich imprezkach, a z własnych urodzin odprowadził mnie do domu w towarzystwie swojej mamy. Na mojej mamie zrobiło to wielkie wrażenie. Podarowałam mu Byczka Fernando i śmieszny chiński nożyk do papieru z dołączonym wierszykiem, który napisałyśmy z mamą. Wierszyk zaczynał się tak: "To oto narzędzie/ przyda Ci się wszędzie". Na własnych urodzinach szeptał mi do ucha takie rozpustne świństwa, że aż się wystraszyłam. Taka wyzwolona w wieku 17 lat to nie byłam. Po tych trzech imprezach nasza znajomość ponownie przeszła w etap wypalanego na przerwie papierosa. Mimo to jego numer telefonu jeszcze długo miałam zanotowany w kapowniku. Stare kalendarze i pamiętniki z numerami telefonów miłych ludzi wyrzuciłam do śmietnika w ósmym roku małżeństwa nr 1 szukając miejsca na półkach na kolejne wydania dzieła "Jak powstały Tatry" i cykl Nekroskop męża nr 1. Koleiny codziennego życia sięgały mi już ponad szyję, zrezygnowałam z nadziei na jakąkolwiek zmianę w moim "ułożonym życiu" i z rozpaczą stwierdzałam, że tak jak jest będzie po wsze czasy, aż po grób. 
Tomek mój telefon chyba też wciąż miał, bo w marcu 1994 roku, po powrocie z pływalni, gdzie uczyłam Misię pływać żabką usłyszałam od mamy, że Tomek dzwoni co pół godziny od jakiejś piątej po południu. Zbliżała się dziewiąta. Chyba naprawdę chciał się ze mną skontaktować. Wzięłam męża nr 1 pod rękę i poszliśmy do pubu na spotkanie. Mój stary znajomy miał na sobie jak zwykle wranglery, tym razem białe, białą kurtkę i czerwoną bandankę. Ostrzyżony był na Lindę z Psów i miał zaciśnięte szczęki. I się zupełnie nie uśmiechał. Po trzeciej kolejce wyznał nam, że ma doktorat z prawa międzynarodowego w dziedzinie zwalczania terroryzmu, gdzie pracuje ( oj, mąż nr 1 podskoczył ze strachu), że go siłą na urlop wyrzucili, bo szef twierdzi, że za chwilę z przemęczenia będzie knocił robotę, że rzuciła go żona, że ogólnie jest do d... Tyle tylko, że ma mieszkanie. Małe i służbowe, bez telefonu, ale bez żadnych lokatorów poza nim. Kilka razy jeszcze się spotykaliśmy w piątkowe wieczory w pubie.
Nadszedł maj, któregoś popołudnia, gdy stałam z żelazkiem nad górą wysuszonej bielizny Tomek zadzwonił, że natychmiast musi się ze mną spotkać. Już, koniecznie i bez zwłoki. Upchałam bieliznę kopytkiem w szafie, wydałam dyspozycje rodzinie, wzięłam Pestkę na smycz i poszłam do pubu. Mój znajomy sączył kolejnego Jasia z lodem, usiadłam na barowym stołku, Pestkę wsadziłam na drugi, a pan Zdzisio barman dał psu miskę wody. Było głośno i smrodliwie.
Tomek zaczął się żalić na kolejną panienkę, która goła uciekła mu z łóżka o trzeciej nad ranem, twierdząc, że jest katoliczką i że tylko po ślubie i takie tam. Nabrałam w płuca dużo powietrza i z premedytacją spytałam go, czy może spać, czy może jeść i czy coś mu się w życiu jeszcze podoba. Spać mógł, jak wypił 1/2 litra. Na początku miesiąca whisky, pod koniec wódki. Jadł tylko obiady w kasynie albo na wizytach u rodziny, pozostałe posiłki spożywał raczej w płynie. Widać to było po nim, bo wychudł na wiór. Po tym jak pan Zdzisio dolewał mu sprawnie łychola do szklanki poznałam, gdzie znika znaczna część jego sporej pensji. O podobaniu się czegokolwiek poza pracą raczej nie było mowy. Nabrałam jeszcze więcej powietrza i świadoma, że pewnie zaraz wrócę do domu, a on do Jasia Wędrowniczka powiedziałam, że mnie to wygląda na depresję reaktywną i rzeczona panienka nie ma z tym nic wspólnego. Skoro specjaliści od głowy w jego instytucji zajmują się jedynie chorobą na 300, a pozapracowi psychologowie i psychiatrzy są z pewnych przyczyn niewskazani, to możemy o tym pogadać na spacerze w parku, jest w końcu maj, piękna pogoda, a psu klimat pubu nie służy. Tomek dopił drinka, zapłacił i poszliśmy. Najpierw do parku, potem nad Wisłę i jeszcze dalej i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. Przez cały maj, i czerwiec. Z Pestką towarzyszącą nam bez przerwy. Któregoś razu późnym wieczorem pies wpadł do basenu z wodą przy Zamku Ujazdowskim i nie mógł wyjść. Biedna Pestka pływała w kółko, próbowała wygrzebać się z basenu po jego stromych ścianach i wpadała do wody z powrotem. Położyłam się na brzuchu na spadzistym brzegu, Tomek złapał mnie za kostki i tak utworzyliśmy żywa linę i wywlekliśmy zwierza z otchłani. To był między nami jedyny fizyczny kontakt w ciągu najbliższych trzech kwartałów. Dotknąć mogły go tylko dwa stworzenia: Pestka i Misia. Inni mogli się pokłuć. Albo oberwać. W tym czasie mąż nr 1 obronił w końcu swój doktorat i mama zabrała nas wszystkich na wczasy. Na wczasy nie można było wziąć Pestki. Pestka musiała zostać z babcią i poprosiłam Tomka, by wracając z pracy wpadał do nas, brał psa na długi spacer i odwiedzał babcię. Zgodził się z ochotą. Im dłużej był zajęty, tym mniej miał czasu na wizyty przy barze pana Zdzisia. 
Po powrocie z wakacji zastałam w domu nową sytuację. Moja nieufna suka, stawiająca gości w przedpokoju na baczność witała Tomka radosnym wrzaskiem i usiłowała polizać go w nos.Bezczelny pies wyżarł mu kiedyś lody z talerza! Babcia była szczęśliwa, ze ktoś jadł z apetytem jej niezbyt wyrafinowane zupki. A jedno z krzeseł stało się krzesłem Tomka. W sierpniu mama, Misia i mąż nr 1. wyjechali. Zostałam z babcią. Przed południem tłukłam niemiecką gramatykę i słówka korzystając z przyniesionych przez doktora praw Spiegli i Sternów, a wieczorami spacerowaliśmy kilometrami. Odkrywaliśmy w Warszawie miejsca których istnienia nawet nie podejrzewałam: Wał Zawadowski, pola na Łuku Siekierkowskim, okolice WAT. Wszystko dostępne za bilet miesięczny MPK. Odkrywaliśmy też własne sekrety, myśli tak czarne, że zwykle pogrzebane na dnie duszy. Poglądy, spostrzeżenia, nadzieje, naiwne chciejstwa, upodobania, krzywdy i frustracje. Łamaliśmy tabu konwersacji dorosłych ludzi. A Tomek zaczynał się powoli uśmiechać. W końcu nie poszedł do fryzjera na cotygodniowe postrzyżyny. Mnie sąsiedzi mówili, że ślicznie wyglądam. Wiwisekcja trwała. Była naprawdę bolesna, ale chyba skuteczna, skoro przeszło mu ropne zapalenie gardła, na które lekarz kazał mu zjeść 90 tabletek Augumentinu. Augumentin nie skutkował, a wymaz z gardła nie ujawnił żadnych złych bakterii.
Którejś sierpniowej upalnej niedzieli przemaszerowaliśmy chyba z 15 kilometrów po nadwiślańskich rozlewiskach i poszliśmy do tomkowego mieszkanka napić sie czegoś. Mogłam sobie to kawalerskie gospodarstwo dokładnie obejrzeć i ogarnęła mnie zgroza. Pamiętałam mieszkanie z młodości mojego kolegi jako raj dla lubiącego wygody bibliofila, tu nie było książek. Było trochę paskudnych porcelitowych figurek, sztuczne kwiatki, czysto odmalowany salonik i przeraźliwa zupełnie sypialnia. Na ścianach straszyła tapeta w bezlistne brązowe drzewa podziurawiona kołkami po byłych meblach. Na upiornej tapecie z drzewami wisielca ktoś nakleił kawałek fototapety do niczego nie pasujący. Za łóżko, świadka małżeńskich niedoli mego towarzysza spacerów, służyła koszmarna sofka ze sklejki, co najmniej trzydziestoletnia, z wysuwaną na noc cieniutką szufladką, na której to szufladce trzeba było ułożyć gąbkowe poduszki za dnia służące za podparcie dla pleców. Konstrukcja miała składane druciane nóżki z pewnością załamujące się w najmniej odpowiednim momencie. Na czymś takim trzeba było bardzo ostrożnie spać. A już na pewno nie było to łóżko odpowiednie dla wysokiego faceta, któremu w przyszłości wysiądzie kręgosłup. Wystroju pomieszczenia dopełniała wstrętna porcelanowa lampka rybka z nieprzyzwoicie pomarańczowym abażurem rodem z sennego koszmaru. Poszłam do kuchni, wzięłam największy nóż i natarłam na wisielczą tapetę. Obdarłam jej ze ściany tyle, żeby na pewno nie dało się jej przykleić. Pod spodem pokazała się jadowicie zielona farba klejowa. Było jasne, co Tomek będzie robił przez następne tygodnie. Na wizyty u pana Zdzisia nie starczy mu czasu. Na karteluszku rozrysowałam, co zmieści się w maleńkiej sypialni, a potem przestawiliśmy meble, żeby choć trochę przepłoszyć złe wspomnienia i złe duchy z tego pokoju.
Zaczął się rok szkolny. Mąż nr 1 witał Tomka radośnie w drzwiach i osobiście wysyłał nas na spacery obiecując, że jeśli wrócimy po ósmej, to on zrobi nam kolację. Był szczęśliwy, bo nikt nie wymagał od niego spacerowania ani uczestniczenia w czymkolwiek, czasem tylko szedł z nami na guiness'a. Mógł siedzieć przed komputerem i cywilizować świat, czytać kolejny raz cykl o Nekroskopie albo oglądać telewizję. Nie musiał wymyślać forteli i wymówek, dlaczego nie bierze się do roboty, skoro już zrobił ten doktorat. Moja mama zaczęła mówić o doktorze gończym i doktorze legawcu Coraz częściej braliśmy na spacery Misię, więc i ten problem doktor legawiec miał z głowy. Misia zaczęła zresztą prowadzić własne życie towarzyskie i nie wymagała już od nas stałej obecności. Remont sypialni został zakończony, wisielczy las zastąpiła biała akrylowa farba i zawlekłam doktora gończego do sklepu z meblami, żeby sobie kupił łóżko dla ludzi w miejsce potworka ze sklejki. Wystraszył się cen i dostał po głowie. Na przelew jest, a na łóżko nie ma? Niedoczekanie! Październikowe słoty zastały nas na spacerze. Któregoś razu zauważyłam, że dzielny piechur nie ma odpowiednich butów. Urzędnicze pantofle ani zamszowe osiołki nie nadawały się do brodzenia w błotnistej glebie. Zawlekłam go do taniego buta na placu Trzech Krzyży i kupiłam mu pierwsze w jego życiu buty znoszące wszystko. Naturalnie oddał mi pieniądze następnego dnia. A ponieważ widział w czym ja chodzę, dołożył jeszcze sweter i swoją kożuszkową kurtkę. Śmiesznie w tym wyglądałam, ale i tak lepiej niż w mojej powszedniej odzieży. Buty z placu Trzech Krzyży jeszcze istnieją i pełnią swą powinność w mazurskich ostępach.
W listopadzie Tomek wyruszył w służbową podróż po Europie Zachodniej, która trwała z króciutkimi przerwami niemal do Bożego Narodzenia. Dzwonił do mnie z odległych miast, a na kalendarzu w kuchni zaznaczałam dni, kiedy do nas wpadnie. W te dni produkowałam obiad na większą liczbę stołowników, bo w domu nie miał nic do jedzenia. Misia poprosiła, żeby z dalekich stron przywiózł jej tygrysa. Dzień przed wigilią przyszedł z zażenowaną miną i z ogromną torbą. Przywiózł nam prezenty z lepszego świata. Mąż nr 1 radośnie rozpakowywał paczki trzęsącymi się z emocji rękami. Misia dostała tygrysa wielkiego i pięknego; tygrys pochodził z Rotterdamu i na metce nie miał nazwy producenta, a nazwę sklepu, i nie był to supermarket. Ten tygrys musiał kosztować majątek! Był wart swej ceny, bo do dziś nie widać po nim śladu zużycia,choć przetrwał niejedno pranie i służy Misi jako poduszka. Ja dostałam prześliczne gucia prosto z Delft, prawdziwy tort Sachera, a mąż nr 1 tyle whisky i amontillado, ile w życiu przedtem nie wypił. Na boku dostałam prezent bardziej osobisty: "Die Nebel von Avalon" z dedykacją, która dziś jest dla mnie oczywista, a wtedy nie zdradzała zbyt wiele. I to chyba jedyna rzecz na piśmie jaką mi dał.
Święta Bożego Narodzenia są dla ludzi porzuconych i samotnych straszne. Statystyki mówią, że wśród tej grupy ludności samobójstwa zdarzają się wtedy najczęściej. Poprzednie były podobno okropne, spędzone w pijanym widzie i na kacu. A w tym roku Tomek wigilię spędził ze swoją mamą a w pierwszy dzień świat znów poszliśmy na spacer. Ślizgaliśmy się na lodowisku i rozbił sobie nos. Bliznę ma do dziś. Wypomina mi, że wiedźma musi swojego mężczyznę naznaczyć nieusuwalnym znakiem. 
Sylwestra spędzaliśmy razem, ale bardzo ostrożnie - 1 kieliszek szampana, ręce przy sobie, daleko od siebie. Byle nie dać się ponieść emocjom. Po tylu miesiącach rozmów byliśmy sobie już bardzo bliscy. W końcu mama szepnęła mi, że jej zdaniem Tomek jest doktorem nie tylko gończym, ale i prognozowanym. Mąż nr. 1 zachowywał się jak człowiek głuchy, ślepy i głupi. Z zadowoleniem przyjmował prezenty i cieszył się jak dziecko. Czasem się zastanawiam, czy nie sprzedał żony i dziecka za kilka zagranicznych fajek i parę kufli Guinessa. Pod koniec stycznia zamiast na spacer pojechaliśmy do Tomka. Romans trwał może 6 tygodni wszystkiego, a wyrzuty sumienia miałam przez kwadrans. Romanse są fajne w książkach, ale w życiu strasznie niewygodne. Pochłaniają mnóstwo czasu, szarpią nerwy i wymagają kłamania. A kłamanie to nie moja specjalność. W połowie lutego, na polach nad Wisłą, grzęznąc w topiącym się śniegu, z błockiem przyklejonym do butów, w przemokniętych puchówkach postanowiliśmy, że zamieszkamy razem, z Misią i z Pestką, że nie ma na co czekać, że życie ucieka, nie ma co brnąć w niezdrowy układ i wikłać życia sobie, dziecku i mężowi nr 1. I może warto pokazać dziecku, jak ludzie się kochają.  Dla uczczenia tej śmiałej decyzji Pestka wytarzała się w wielkiej kupie i trzeba ją było kąpać w Wiśle balansując na krze bez puchówki i w marznącym deszczu. A wieczorem pogadałam z mężem nr 1. Spytał, czy aby okres mi się nie zaczyna.

Nowy dom

3.marca 1995 roku o godzinie 14.44 wsiadłam do autobusu numer 179 na przystanku obok ministerstwa rolnictwa. Na ramieniu wisiała mi wypakowana torba podróżna, a w drugiej ręce taszczyłam koszyk dla psa. Byłam tak oszołomiona faktem, że wynoszę się z domu, że nie było mi nawet ciężko. Pierwszy raz otworzyłam do wczoraj nie moje drzwi do wczoraj nie moim kluczem i weszłam sama do nowego domu. W szafie czekały na mnie 2 puste półki. Wypakowałam zawartość torby, która na tych półkach wyglądała żałośnie nikło, ustawiłam w salonie koszyk dla psa i ruszyłam po drugą porcję maneli. Tym razem przywiozłam buty, palto, krzesło i jakiś kwiatek. No i Pestkę. Pestka obwąchała swój koszyk, merdnęła ogonem i zarządziła, że jej miski mają stać w kuchni. Misia była w Sromowcach na trzytygodniowym turnusie zielonej szkoły i nie uczestniczyła w przeprowadzce.
Tomek już wrócił z pracy i bardzo się cieszył, że jestem na miejscu. A ja czułam się straszliwie zagubiona. Mój nowy dom miał 34 metry kwadratowe, w czym mieściły się 2 pokoje i kuchnia z oknem i łazienka. Bez żadnego kombinowania mieścił się w nim typowy dla komunistycznego meblarstwa zestaw Urban w mahoniowej okleinie. Szaf i szafeczek było dużo, a w malutkiej sypialni stało już porządne szerokie sosnowe łóżko z przyzwoitym, na miarę robionym materacem. Bałam się zajrzeć do szaf i regałów, to nie były moje miejsca, ale nie bałam się buszowania po kuchni. To był z pewnością mój teren. Wyciągnęłam wszystkie kuchenne sprzęty i zaczęłam je rozstawiać po mojemu. Znalazłam ćmielowski serwis na 12 osób zdobiony złotem i kobaltowym błękitem, garnki, patelnie, blachy, formy do wypieków, żaroodporne naczynia, serwis do kawy, noże, tarki i mikser. Pusty zlewozmywak uśmiechał się i obiecywał, że nie zrobi awantury za pozostawioną w nim łyżeczkę. Lodówka szepnęła, że chętnie będzie dla nas przechowywać jedzenie na wszystkich półkach, a nie tylko na jednej z lewej strony i żebym wyrzuciła z niej samotną zapleśniałą cytrynę. Cissus na szafce aż jęknął z zadowolenia, gdy obiecałam mu nową ziemię i nawóz od czasu do czasu. Tomek stal w drzwiach kuchni i gdyby nie uszy, to uśmiech mialby dookoła głowy.

W łazience spenetrowalam szafki i wywaliłam nie moje kosmetyki i lekarstwa, sprawdziłam gdzie w tym domu jest proszek do prania i płyn do mycia sanitariatu. Uznałam, że da się tu mieszkać. Wyglądało na to, że legalna jeszcze żona mego towarzysza zabrala z soba wyłącznie swoje rzeczy osobiste. Podczas gdy ja szalałam po gospodarstwie Tomek oceniał, co mam ja, a właściwie czego nie mam. Brakowało mi wielu rzeczy, ale najpilniejszy zakup to było łóżko dla MIsi. Od urodzenia Misia spała z nami w pokoju na żelaznym łóżku z siatką, które ja w dzieciństwie dostałam w spadku po jakimś kuzynie. Kiedy z niego wyrosłam, łóżko powędrowało do innych dzieci w rodzinie i je ofiarnie wychowywało. Kiedy sama spodziewałam się dziecka wróciło do mnie i do Misi. Misia spała w nim do 6. roku życia, kiedy zadecydowałam, że jest za duża, by spać w maleńkim pokoju z rodzicami. Żelazne łóżko poszło w dalszą wędrówkę po rodzinie, a Misia spała na kanapie w dzień okupowanej przez Babcię. W nowym domku nie było dla niej mebla.Następnego dnia pojechaliśmy do meblowego sklepu i kupiliśmy dziecku łóżko. Byłam tym zdumiona. Jejku, jest potrzebne, to kupujemy. Bez awantury! Nikt nie twierdzi, że to moja wina i że może ułożymy nas podłodze poduszki i wystarczy na jakiś czas. W tym sklepie z furią stwierdziłam, że komputerowe krzesło, które mąż nr 1 kupił dwa lata temu, bo było koniecznie i absolutnie niezbędne do cywilizowania świata, kosztowało trzy razy tyle, co składany fotel do spania z porządnym materacem. A Misia wciąż sypiała na starej wypierdzianej i nierównej wersalce! Przywieziono nam łóżko, przestawiliśmy Urbana, ławę rozłożyłam do rozmiarów normalnego stołu, a zaprzyjaźniony sąsiad dostawczym samochodem przywiózł mi sosnowy regał na książki, składany stół do pracy, lampkę do czytania, moje książki i kryształowe zwierzaczki. W kilkanaście godzin z miejsca do spania zrobił się dom. Aha i jeszcze zmieniłam lustro w łazience. To, które tam było stało oparte o kran i mogłam sobie w nim obejrzeć bez głębokiego skłonu rozporek w dżinsach. Tomek golił sie na siedząco. Duże lustro w sosnowej ramie, ślubny prezent z małżeństwa nr 1 wisi w mieszkanku do dziś. Za oknem widać było rezerwat przy Jeziorku Czerniakowskim i zaraz za bramą domu rozciągały się tereny spacerowe. Pestka była okolicą zachwycona, tylko do pracy się długo jechało, ale co tam.

Miałam własny dom.

20 komentarzy:

  1. Jej, te ostatnie posty są takie, że za serce coś chwyta. Jakbyś mnie obcą osobę wzięła za rękę i zaprosiła do domu. A jak pomyślę, że Pestka zagania dzieci po drugiej stronie.. to coś mi oczy zamakają, moja Tofica pewnie jej pomaga. Dzięki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To są bardzo stare posty, początek mojego blogowania. Obiecywaliśmy sobie z Tomkiem, że kiedyś opiszemy tę historię. W końcu opisałam sama. A ponieważ multiply sie likwiduje, przenoszę tu tę dawno opublikowaną, a dalej nadającą się do czytania część bloga. Jeszcze trochę tego będzie.

      Usuń
    2. Od kontaktów z zaświatami jest w rodzinie Misia. To jej śni się gdzie kto jest za tęczowym mostem i co robi. pestka sniła się jej na plaży w piękny, słoneczny dzień. Pilnowała dzieci. Z Misią przywitała się jakby z obowiązku i wróciła do pracy.
      Jakież to dzieci bawią się na plaży za Tęczowym Mostem? Czy to nie temat na mały, krwawy horrorek?

      Usuń
  2. przeczytałam. mimo wszystko fantastyczne masz życie. gratulacje odwagi żeby zacząć od nowa

    OdpowiedzUsuń
  3. mnie się tylko dziadek śni, regularnie odwiedza mnie w nasze urodziny, raz śnił się dziadek tego mojego.. kazał pilnować .. pilnuję. Ale Tofikowa też by się mogła pofatygować ... A wasza historia ma w sobie dużo ciepła takiego, które pozwala wierzyć, że się może udać w życiu znaleźć coś dla siebie, to bardzo pokrzepiające. A dzieci jak dzieci, nie ważne jakie i gdzie zawsze się rozłażą, biedna Pesteczka ani chwili wytchnienia

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze kiedy czytam lub słyszę takie historie, wydaje mi się, że to takie łatwe- zmienić coś, zerwać, zacząć od nowa....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie było ani łatwe, ani proste i się samo nie zrobiło.
      Mam fantastycznego męża, ale proszę zwrócić uwagę: niemal rok składałam chłopa do kupy bez jakichkolwiek nadziei na ugranie czegoś dla siebie.
      Z jakiegoś powodu zapamiętał mnie ze szkoły i umiałam sobie poradzić z jego biedą i niedolą. I nikomu się do niczego nie spieszyło.
      Ten sam facet nim nie dostał batów od życia nie nadawał się do niczego. Książę Pan po prostu.
      Warto było.

      Usuń
    2. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć dalszego szczęścia. Co czynię :-)

      Usuń
  5. Ja też mam męża "ze szkoły" - podstawowej. Podobno kochał się we mnie od zawsze... o ja głupia... ślepa byłam. Ale św. Józef już zadbał byśmy po latach znowu się odnaleźli. To najcudowniejsza sprawa w życiu odnaleźć bratnią duszę. Życie codzienne jest trudne do bólu, ale taka Miłość przy boku łagodzi te wszystkie niedostatki:)
    Też gnieździmy się na 38 m2 z dzieckiem, ale to nie jest ważne.
    Może kiedyś i dom odnajdziemy... taki prawdziwy... z gankiem... i koniecznie z koniem:) - to dla synka-marzyciela:)
    Pięknie piszesz!!!
    Pozdrawiam Gosia

    OdpowiedzUsuń
  6. przeczytałam....sie zadumałam..zycie pisze zadziwiajace scenariusze...bardzo fajnie sie czytało...wszystkiego dobrego..pozdrawiam ania

    OdpowiedzUsuń
  7. Pamiętam te wspomnienia z poprzedniego bloga, którego przeczytałam od deski do deski, ale nie umiałam tam zaznaczyć swojej bytności. Wspaniale piszesz :)) Życie rzadko jest proste i łatwe, tylko nieliczni tak mają, bo u większości zawsze coś się komplikuje... A ja do tej większości również się zaliczam. Na szczęście Twoje się wyprostowało i cieszę się, że dzielisz się wspomnieniami z nami :))

    OdpowiedzUsuń
  8. Cu-do-wne! Jest szansa, że kiedyś napiszesz książkę?
    A tak ad meritum... mój anioł stróż był czarny, miał futro w typie lisa syberyjskiego i jak tak patrzę wstecz na moje życie, był jedyną prawdziwą miłością mego życia.
    o taki on:
    http://fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/1482876,2,9,Irokez.html
    uściskuję Cię mocno i jestem szczęśliwa, że dane mi Cię było poznać osobiście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napiszę książki. Ten tekst był pisany jakiś rok po naszym ślubie. Zatem jeszcze dobrze pamiętałam co i jak.
      Pilnuję tylko, żeby nie znikł zupełnie i odkopałam go, bo multiply w grudniu przestanie istnieć. Skany zdjęć umieszczę tu kiedyś. te z multiply nie dają się przekopiować. Nie zamieszczam kopii strony, bo jak zniknie tam, to zniknie i tu.

      Usuń
  9. Ponownie przeczytałam wszystko i znowu jednym tchem. Pięknie piszesz. I powiem Ci jeszcze jedno: twarda baba z Ciebie. I dobrze, bo (i) życie tego wymaga od nas, (ii) poskładałaś wszystko do kupy. I życzę Wam szczęścia - wywalczyliście je sobie.
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
  10. Jestes niezmiernie dzielna kobieta. Wrecz zazdroszcze ci tej odwagi do zmian.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze chyba nie miałam wyjścia. To życie z mamą, babcią, mężem nieudacznikiem było naprawdę nie do zniesienia.
      Po drugie Jak mam coś przemyślane, przekombinowane to to robię.
      I nie ma przebacz.

      Usuń
  11. Twojego bloga podrzuciła mi przyjaciółka. W lepszym/gorszym momencie nie mogła chyba. W sumie mogłabym napisać historię podobną do Twojej, ale jeszcze nie znam jej zakończenia. Na razie jakiś fatalny zakręt przemierzam i nie wiem co za nim czeka, a pobocze śliskie ściąga mnie w przepaść.
    Twój tekst pozwolił mi uwierzyć, że nie można po grób się przyspawać do chorych historii i nieodpowiednich ludzi. Że nie jest przestępstwem myśleć o sobie. Dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rusz głową i ruszaj intuicją.
      Nie ma się co wikłać w niewiadomoco. A chore układy należy przerwać. Bo Cię zjedzą.

      Usuń
  12. Agatko, zdjęcia dają się zaimportować. Już to zrobiłam, mam swoje na dysku, umieszczę je na pikassie. Trzeba sobie zainstalować Download master. Pomaga w tym multiply, tam są podpowiedzi jak to zrobić.

    Poszukam na mailu informacji i Ci wyślę!
    Jak chcesz oczywiście.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.