środa, 14 listopada 2012

Przeprowadzka 6

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Alicja

Zwykle wiążąc się z mężczyzną naszego życia wiążemy się również z jego rodziną, z czego najsilniej z jego mamą.

Z moją pierwszą teściową miałam problem. Teściowa mnie nie lubiła, uważała, że jej syn powinien się ożenić z bogatą księżniczką, a nie z palącą studentką pedagogiki, która chciała mieć własny dom i własny koc i na dodatek wiedziala precyzyjnie, który przedmiot jest jej, a który mężowski. Teściowa podejrzewała mnie o różne zberezieństwa: że nie gotuję posiłków - rosnąca tusza syna nie robiła na niej wrażenia, że źle ubieram dziecko, bo kto to słyszał, żeby raczkujące niemowlę nosiło czarne dżinsy z czerwoną biedronką na pupie, że za dużo wymagam od jej syna i jestem niedobrą, nieczułą matką. Kiedy kupiłam Pestkę twierdziła wręcz, że przedkładam psa nad własne dziecko. Nie umiałam się z nią dogadać, krytykowała mnie i w oczy i poza oczy. Głuchła na wszelkie argumenty, z kontekstów wybierała sobie dowolnie, co kto powiedział i na tym budowała swoje opinie. Była nobliwa, porządna do bólu, słodka i płaczliwa. No i nie mogłam jej wybaczyć tej trumny kupionej dla Misi. Mimo to była bardzo dobrą babcią i z Misią kochały się bardzo.



Alicję znałam jeszcze z czasów średniej szkoły. Do wszystkich tomkowych koleżanek mówiła laleczko, bo zmieniał przyjaciółki tak często, że nie mogła spamiętać ich imion, a wolała synka nie wkopać. W synowskich imprezach uczestniczyła zawsze, zapaliła uprzejmie papierosa, jak ją ktoś poczestował, wypiła co trzeba i pilnowała, by wśród trunków nigdy nie znalazła się alpaga. Pouczała, że wódkę pije się z sokiem grapefruitowym a nie z ananasowym. Miała z Tomkiem fantastyczny kontakt i widac było, że  bardzo kochają się  naprawdę, a nie bo tak wypada powiedzieć. 

Minęło od tego czasu sporo lat, ale gdy w końcu przyszło nam się spotkać, zobaczyłam tę samą wesołą Alicję z końskim ogonem, tyle że bardziej siwym niż blond. Alicję posypującą przestrzeń wokół siebie popiołem z papierosów, oblewajacą sobie obfity biust piwem pitym wprost z puszki i tylko dlatego domagającą się szklanki. 

Moja nieufna i zgryźliwa suka zakochała się w niej od pierwszego wrażenia bez pamięci. Zawsze, gdy teściowa u nas nocowała, Pestka gardząca wobec wszystkich pieszczotami sypiała z nią twarz w pysk na jednej poduszce. Witała Alicję  tak wylewnie, że raz aż potłukła jej okulary chcac ją koniecznie ucałować i skacząc aż do twarzy jak diabeł na gumce. Poznawała, gdy Alicja wchodziła do kamienicy i zbiegala po nią z drugiego piętra aż do bramy drąc sie przy tym bez opamiętania. Alicja mogła ją głaskać i drapać do woli.

I mnie i Misi kazała sobie z miejsca mówić po imieniu, choć Misia dość szybko zaczęła do niej mówić babciu.
Moja teściowa jest świetna. Całe lata pracowala jako kadrowa zarządzając załogą w fabryce broni palnej. Choć wygląda niewinnie, umie jak nikt ustawić klase robotniczą i wszelkich meneli na baczność. Żaden jej nie podskoczy. Biegła w prawie pracy i procedurach administracyjnych umiała rozwiązać różne palące rodzinne problemy. Ma poczucie sprawiedliwości i poczucie obowiązku. Dopilnowała, by osierocony nastoletni syn jej przyjaciół nie został pozbawiony majątku przez pazerną rodzinę, pilnowała jego nauki, chodziła na wywiadówki, karmiła chłopaka i matkowała mu, aż wydoroślał i wyszedł na ludzi. Nie wzbraniała się przed przyjęciem do domu na trzy kwartały maltretowanej kobiety, która nie miała się gdzie podziać. Alicja po prostu wie, co jest ważne, a co ważne jest mniej. Dlatego też nie protestowała, a wydawała się być zachwycona, gdy otrzeźwiały syn przyprowadzil jej któregoś dnia niemajętną nauczycelkę z dzieckiem i psem.
Alicja ma własne zainteresowania i własne zycie towarzyskie, a do naszego przesadnie nie zagląda. Pewnie dlatego jest bardzo pożądanym gościem. Święta u nas zaczynają się, gdy przyjeżdża Alicja. Siedzi sobie w kuchni, w pracach kuchennych specjalnie się nie udziela, ale rozmawia z nami, posypuje wszystko popiołem i razem jesteśmy szczęśliwi. Gotowanie nie jest jej hobby i dlatego nie krytykując grzecznie zjada wszystko, co do okruszka, co dostanie na talerzu, nie poucza, nie wymądrza się, nie wie lepiej. Ku zgrozie mojej mamy oddała nam swoje mieszkanie. Oddała nam również cały spadek po jakiejś cioci, nie bojąc się, że zostawimy ją na lodzie bez mieszkania i bez pieniędzy. Wiedziała, że nie przepuścimy majątku, tylko wykupimy jej mieszkanie. A mojej mamie powiedziała, że w końcu wie, kogo wychowała, i że trumna nie ma kieszeni. Są oczywiście dziedziny, w których nie radzi sobie tak znakomicie. Doglądamy, żeby na pewno miała zapewnioną opiekę lekarską, żeby nie kupowała sobie okularów od ruskich na bazarze, tylko u optyka bez względu na cenę. Trzeba pilnować, żeby ze źle pojętej oszczędności nie kupowała bezsensownych kurtek i śliskich butów na zimę, wykupywać recepty na leki nieprzystosowane do portfela emerytki, czasem trzeba sfinansować jakiś remont w mieszkaniu. Ale warto, bo i jej i nam daje to niezależność i poczucie bezpieczeństwa.
Moja teściowa starzeje się tylko w kalendarzu. Mimo, że jest po 70. nie widzę u niej żadnych oznak starości. Jest ładna, sprawna, apetyczna, wesoła, interesuje się polityką i sprawami społecznymi, nie stroni od życiowych przyjemności. Gdyby ktoś wszedl pod jej nieobecność do mieszkania, tylko po zawartości apteczki poznałby, że nie mieszka w tym mieszkaniu nastolatka. Alicja najwyraźniej posiadła sekret wiecznej młodości. Uczę sie od niej. Może i mnie się uda.

Dpoisek 2012

Choroba nowotworowa, zdiagnozowana i jak na razie skutecznie opanowana w zeszłym roku dała Alicji w kość. Lata lecą i dają o sobie znać. Ale póki co jest jak jest, dajemy radę i nie depczemy sobie po palcach!

Podróże z moją córką

Moja mama wszelkie długie podróże ze mną, gdy byłam mała wspomina ze zgrozą. Ponoć należałam do tych koszmarnych dzieci, które w przedziale kolejowym usiłują rozmawiać ze wszystkimi pasażerami, ani chwili nie siedzą spokojnie i co chwilę pytają, kiedy już dojedziemy na miejsce. Raz nawet mama nakarmiła mnie relanium, żebym była grzeczniejsza, ale to pomogło tylko na chwilę, a podróż była naprawdę długa. Nic dziwnego, że przygotowywała mnie na podobne przeżycia z moją córką. Jako że nie mieliśmy własnego pojazdu, na wszystkie wakacje jeździliśmy koleją.
Na ogół nie byłam matką, która nosiła by ze sobą do parku czy na plac zabaw jakieś nadmierne ilości bambetli. Misia w parku nigdy nie była karmiona ani przebierana, coś do picia brałam ze sobą jedynie w straszne upały. Byłam zdania, że jeść i pić można w domu, ale niekoniecznie w piaskownicy. Nie nosiłam ze sobą wilgotnej pieluchy do obcierania brudej buzi ani wody w butelce do celów higienicznych. Nie posiadałam specjalnych butelek do przelewania otwartych bobo-frutów, bo ich nie kupowałam. Często natomiast zabierałam ze sobą jakąś książkę. Dziecko w mig do tego przywykło. Bawiło się na trawniku albo w piasku, zwykle bez większych konfliktów, a ja sobie czytałam. Moja mama była przekonana, że ta strategia nie wypali w przedziale kolejowym. 
Kiedy pierwszy raz wybierałam się z malutką Misią w podróż pociągiem zabrałam ze sobą wszystkie pogardzne na codzień przedmioty. Oprócz normalnego podróżnego bagażu miałam ze sobą i nocnik, i worek pieluch i jedzenie i picie i zabawki i nawet tę butelkę z wodą do celów higienicznych, bo cudownych pampersowych chusteczek jeszcze u nas nie sprzedawano. Książki do czytania dla siebie nie wzięłam, za to kilka tekturowych książeczek dla dzieci i owszem. Dopilnowałam również, żeby zająć miejsce przy oknie. Słusznie, jak się okazało. Moje maluśkie dziecko, gdy już wtaszczyliśmy wszystko do przedziału miało tylko jeden problem, mianowice jak będąc tak mizernego wzrostu wyglądać przez okno. Udawało się to tylko wtedy, gdy stała mi na kolanach. Albo ojcu. Nie chciała jeść, nie chciała spać, ani siusiu, przez całą drogę była absolutnie oczarowana światem za oknem. Do współpasażerów uśmiechała się uroczo, dała się poprowadzić po korytarzu, ale przede wszystkim uważnie obserwowała świat za oknem. Wszystkie zabrane ratunkowe gadgety były nam do niczego niepotrzebne. Czasem nam oświadczała co widzi, czasem o coś pytała, czasem przyswoiła sobie nowe słowo ( tako - traktor), ale poza tym nic od nas nie chciała. Nie robiło jej się niedobrze, nie nudziła się i nie pytała, kiedy dojedziemy na miejsce. 
Rozbisurmaniłam się przy niej i pozwalałam sobie na bardzo śmiałe eskapady. Kiedy Misia miała cztery lata zaczęłyśmy spędzać część wakacji w Stołuniu koło Międzyrzecza. Nasza sąsiadka dzierżawiła tam od pana Edwarda stuletnią poniemiecką chałupę otoczoną przez pola i lasy, bez prądu, bez bieżącej wody i dość daleko od publicznych środków transportu. Ponieważ nasze córki się przyjaźniły, a sąsiadce nie bardzo podobało się samotne siedzenie na odludziu z trójką wlasnych dzieci, zaprosiła mnie z Misią na wakacje. Kuchenkę gazowoą i butlę z gazem sąsiadka mi do Stołunia zabrała swoją ciężarówką, ale resztę bagażu musiałam przywieźć na grzbiecie. W plecaku oprócz ubrań dla mnie i Misi miałam mięsne konserwy na trzy tygodnie, gazową lampę, materac dmuchany i nawet radio na baterie. Podróż pociągiem jak zwykle minęła bez problemów, a wakacje były świetne. Niestety, był to również ostatni rok funkcjonowania bezpośredniego pociągu z Warszawy do Międzyrzecza. W następnych latach nasze podróże wyglądały już gorzej. Przybyła nam Pestka i oczywiście jeździła z nami na wakacje. Okazała się tak samo cierpliwym i niewymagającym pasażerem jak Misia. Gorzej zachowywały się pociągi. Pewnego lata jechałyśmy pospiesznym do Poznania a potem osobowym do Międzychodu. Tam miała na nas czekać nasza sasiadka. Na pierwszej stacji pociąg osobowy wpadł na przejeździe na samochód. Trochę potwało, nim ruszył. A potem się okazało, że ten samochód spowodował blokadę hamulców pociągu. Naprawa w szczerym polu trwała naprawdę długo. Już widziałam oczami wyobraźni, jak drałuję z małym dzieckiem i szczeniakiem i ogrooooomnym bagażem 12 kilometrów po szosie. Sąsiadka była rozsądna i poczekała na pociąg w Międzychodzie. 
Byłyśmy razem w różnych miejscach i podróż zawsze przebiegała bardzo przyjemnie. Jak podróżować, to z Misią :-)


Mój raj na ziemi

Mój raj na ziemi już nie istnieje, mimo, że miejsce, w którym się mieścił bez trudu znajdziecie na Planie Warszawy i Okolic. Miałam dwa tygodnie, gdy pierwszy raz pojechałam  z rodziną kolejką wąskotorową linii radzymińskiej do Pustelnika. W Pustelniku I, bo był i Pustelnik II, u zbiegu ulic Zimnej i Wspólnej (obecnie Wspólnej Drogi) ciotka mojej babci zwana baborą przed wojną kupiła piaszczystą działkę. 
Postawiła na niej drewniany domeczek i posadziła wiśniowy sad, z którego w czasie Powstania Warszawskiego moja mama i babcia oglądały łunę nad płonącą Warszawą. Drewniany domek babory spłonął w toku dziejów i po wojnie zastąpił go wykonany gospodarczym sposobem barak z drewna i płyt pilśniowych, z jednym pomieszczeniem i komórką, obity ze wszystkich stron papą. Duża, ponad tysiąc metrowa działka była oddzielona od ulicy gęstym żywopłotem z akacji, poza wiśniami rosły na niej wielki dąb i lipa, kilka jabłonek i czarny bez. Kiedy byłam dzieckiem trawa w sadzie sięgała mi do szyi. Babcia miała tam zagonek astrów i portulaki, mama trawnik do opalania się, a dla mnie to było najpiękniejsze i najciekawsze miejsce na świecie. Chałupka nie miała doprowadzonego prądu. Wieczory spędzaliśmy przy lampie naftowej albo przy świeczce, na wbitym w ścianę gwoździu rzęziło cicho radio Koliber, gdy komuś się przypomniało o zmienieniu w nim baterii. Przed chałupką była studnia bez kołowrotu z przepyszną wodą, wiadro dziadek wyciągał z niej za pomocą kulki, czyli drąga z hakiem na końcu. W ocynkowanej wannie dziecięcej woda stała cały dzień na słońcu, żeby przed powrotem do miasta można sie umyć w ciepłej. W wakacje wszyscy się w tej wanience myliśmy. Jako piec i kuchnia służyła koza z długą rurą i dwiema fajerkami. Miedzy chałupką a płotem była ławeczka, na której babora uczyła mnie mówić paciorek. Paciorek różnił się nieco od wersji powszechnie znanej katolikom, bo babora była prawosławna. Siadywałyśmy tam odgrodzone od ulicy wysokimi, żółtymi kosmosami.  Tuż za furtką rozciągał się ogromny piaszczysty teren, z bielusieńkim piaskiem, porosłym tu i ówdzie rzadką sucholubną trawką z koćkami. Takiej piaskownicy nie mogło sobie wymarzyć żadne całkiem miejskie dziecko. Za piaszczystym placem rósł sosnowy lasek, na którego polankach już od sierpnia kwitł najpiękniejszy wrzos na świecie. W tym lasku moja mama w czasie okupacji pasała kozę babory. Za laskiem były tory kolejki wożącej glinę z glinianek do cegielni. Lokomotywka była maleńka, maszynista ledwie się w niej mieścił, wagoniki może były trochę większe od dużej taczki? Za to koparka wydobywająca glinę z czynnego urobiska była naprawdę potężna.  Obok torów  kolejki zawsze leżała glina, która wypadła z wagonika. Zbierałyśmy tę glinę, żeby babcia mogła uszczelnić nią wiecznie dymiącą kozę w chałupce. No i żebym ja miała z czego lepić figurki. W jednej z nieczynnych glinianek utworzyło się coś na kształt plaży i w ciepłe dni chodziliśmy tam się kąpać. Wiosną nie było wygodnie biec boso piaszczystą scieżką, bo sosnowe szyszki i szpilki kłuły boleśnie w stopy, we wrześniu już się ich nawet nie zauważało, trzeba było tylko uważać, by nie kopnąć palcami w korzeń.  Wieczorami w powietrzu tańczyły chmury komarów a z bajorka przy Wspólnej kumkały żaby. Dziadek mówił, że żaby śpiewają. 

Późnym latem na oknie chałupki zawsze stał słój z zasypanymi cukrem jeżynami, a jesienią dziadek w okolicznych laskach zbierał grzyby. Był zapalonym grzybiarzem i wiedział gdzie jakich okazów szukać. Babcia przerabiała potem te zbiory na grzyby duszone i marynowane, za którymi do dziś przepadam. 
W latach 60-tych nie było wolnych sobót i w Pustelniku spędzaliśmy zwykle niedziele i część wakacji. Póki kursowała kolejka wąskotorowa do Radzymina dojazd na działkę był całkiem wygodny, tramwajem dojeżdżaliśmy do Dworca Wileńskiego, a potem dymiącą ciuchcią z maleńkimi wagonikami niespiesznie docieraliśmy do Pustelnika. Niestety, kolejkę zlikwidowano, linia radzymińska nie była bezpieczna, wagoniki wciąż demolowano, konduktorzy bali się sprawdzać czy pasażerowie mają bilety. I linię zamknięto. Z rozżewnieniem zobaczyłam, że w warsztacie samochodowym naszego przyjaciela przy Radzymińskiej sztaby do prostowanie poturbowanych samochodowych karoserii wykonane są właśnie z torów ciuchci. Tyle po niej zostało. Zamiast ciuchci wprowadzono autobusy, które jeździły rzadko i były strasznie zatłoczone.
Linia radzymińska nigdy nie byłe elegancką okolicą. Pustelnik zrobił się absolutnie nieelegancki, gdy wybudowano tam komunalne baraki z kiblami na podwórzach dla obywateli V kategorii. Obywatele ci wprowadziwszy się natychmiast zaczęli zaśmiecać okolicę i kraść co wpadnie w ręce. Nikt z nich nie posiadał samochodu, ale wnet żabie bajoro zapełniło się starymi oponami i puszkami po oleju silnikowym. W laskach zaczęły wyrastać kupy śmieci złożone z plastikowych butelek, butelek szklanych, starych sedesów i wszelkiego innego badziewia. Z naszej chałupki z mchu i paproci ginęło wszystko; i książki, które dziadek sobie tam zawiózł, żeby je czytać na emeryturze, i stara pościel i nawet mój latawiec. Mieszkańcy baraków rwali i kradli wszystko, co na działce urosło. Słonecznik nigdy nie trafił w moje ręce. Milicjanci z posterunku w Markach nie kryli, że nic z tym nie da się zrobić. Co zginęło, to przepadło i już. Na dodatek babora, która z nami mieszkała w Warszawie, teoretycznie właścicielka posesji coraz bardziej pogrążała się  otępieniu, które wtedy nazywano sklerozą, a dziś nosi miano choroby Alzheimera. Babcia miała z nią krzyż pański. Starowina po kolei zapominała gdzie i z kim mieszka, do czego służy sedes i woda z kranu, ile zjadła dziennie laksigenów i czy ostatnio jadła posiłek.  Po kilku latach życia w otępieniu zmarła. Wtedy okazało się, że cztery siostry babci chętnie przyjmą po niej spadek. Babcia kilka lat prostowała zawiłe wpisy w księgach wieczystych, prowadzila procesy ze spadkobiercami tego kogoś, kto działkę baborze sprzedał, lecz w hipotece tego nie odnotował, a gdy to już wszystko pozałatwiała znalazł się chętny na nabycie nieruchomości. Rok po tej transakcji mój raj na ziemi stał się pólkiem z kartoflami, na środku którego stanął paskudny jednorodzinny dom o kształcie doskonałego sześcianu. Nie ocalało ani jedno drzewo, ani dąb, ani lipa, ani jedna wiśnia.
Kilka lat temu pojechaliśmy z Tomkiem popatrzeć na działkę przy Zimnej róg Wspólnej. Na piaszczystej wydmie stoją brzydkie domy, lasu nie widać spod stert śmieci, żabie bajoro też znikło pod odpadkami. Na naszej działce wybudowano drugi dom i jest w nim sklep z szyldem Coca coli.  Mieszkańcy baraków komunalnych nie zmienili się ani trochę, może jest ich teraz więcej. Patrzyli na nas popijając na rogu najtańsze wino tak, że nie ośmieliliśmy się wyjść z samochodu. Przy ulicy Piłsudskiego wciąż jest budynek w którym była piekarnia i sprzedawano lody w wafelku - muszelce, stoi także pawilon handlowy, przed którym była ulokowana w kolejowym wagonie bez kół stacyjka Pustelnik I. Jednak w miejscu, gdzie w przydrożnym rowie czekaliśmy na autobus do Warszawy stoją zielone, kilkunastopiętrowe bloki.

Stołuń

Pustelnik był moim rajem na ziemi, dla Misi takim miejscem był Stołuń. Nasza sąsiadka, matka trojga dzieci, aby zapewnić im wakacje latami całymi dzierżawiła od pana Edwarda niemal stuletnie poniemieckie gospodarstwo położone między polami i lasami w Lubuskim Parku Krajobrazowym niedaleko Międzyrzecza. 
Nie uśmiechało jej się samotne siedzenie z dziećmi na odludziu, a ponieważ nasze córki rówieśnice były bardzo zaprzyjaźnione dostałyśmy zaproszenie do Stołunia. Lojalnie mnie uprzedzono, że nie ma tam bieżącej wody, tylko jest studnia na podwórku i pompa w kuchni. Prądu w chałupie nie było od drugiej wojny światowej, gdy zwycięska Armia Czerwona ukradla turbinę z okolicznego jazu. Gotować można było albo na kuchni węglowej, albo na gazowej, jeśli się ją ze sobą przywiozło.
Żadnej telewizji i video nie dało się tam zatem zainstalować. Mnie takie warunki nie przerażały, przeciwnie, natychmiast przypomniały mi się słodkie wakacje i niedziele w Pustelniku. Sąsiadka wyruszała do Stołunia w czerwcu. Zabierała ze sobą wszystko co do życia potrzebne w ciężarówce z przyczepą: i łóżka, i pościel, kuchnię gazową, butle z propanem, garnki, naczynia, generator na ropę, pralkę franię, miednice i co tylko można sobie wyobrazić. Nie mogła tego majdanu zostawić na zimę w Stołuniu, bo wszystko by albo zginęło, albo zostało zniszczone przez  ludzi próbujących dostać się na czarno do Niemiec przez zieloną granicą. Stołuń leży bowiem niedaleko tejże. Do ciężarówki trafiła zatem moja mała kuchenka gazowa, kilka butli z propanem-butanem i dwa śpiwory. Resztę musiałam zabrać ze sobą pociągiem. Podróże pociągiem z Misią to była sama frajda. Radosne i niezbyt zmęczone dojechałyśmy do Stołunia. I trafiłyśmy do cudownego innego świata. Stare budynki gospodarcze otaczały ogromne podwórze. W stodole było siano! Rozległy dom był nieco nadgryziony zębem czasu, ale kafle na podłodze i piecu oraz framugi okienne nieźle się trzymały. Gdzieniegdzie zapadała sie wprawdzie podłoga i sufit, ale od tych miejsc należało się trzymać z daleka. 
Gospodarstwo otoczone było przez pola i las, do szosy był kawał drogi, do jeziora też trzeba było kawałek iść, zatem dzieciom nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo. Pędziły tam żywot iście rajski, zgodny z naturalnym porządkiem rzeczy. W słoneczne dni na podwórku w miednicach grzała się woda na wieczorne mycie. Chlapać mogły się w niej cały dzień. Chodziliśmy do lasku na kurki i podgrzybki. W rzadkim zbożu pana Edwarda dzieciaki bawiły się i w indian i w dom, w sadku za chałupą był teren do palenia ogniska i rozpięte hamaki, w których można było leniuchować i chichotać. Albo bawić się lalkami Barbie. Barbie jako lekki bagaż można było zawieźć do Stołunia wraz z całą garderobą. Wieczorem, gdy woda w jeziorze się nagrzała całą procesją szliśmy się kąpać. Kto umiał pływać, ten pływał, kto nie umiał, ten się chlapał na ogrodzonym kawałku jeziora przy brzegu. Pestka, gdy już z nami jeździła rozpaczała na pomoście, bo woda była jej wstrętna. Główna kąpiel wieczorna odbywała się w jeziorze, w naszych miednicach myliśmy tylko nogi przed pójściem spać. 
Nie było nigdy żadnego marudzenia, że ktoś nie pójdzie spać, bo nie było światła. Nikt rozsądny nie zostawi przecież dzieciaka przy naftowej lampie ani przy świecy. W kuchni, miejscu wieczorem najważniejszym paliła się gazowa lampa. 
W deszczowe dni dzieciaki mogły gołe jak pasternaki biegać po deszczu na bosaka, miały również w chałupie mnóstwo miejsca na zabawy świetlicowe. 
Na zakupy jeździliśmy na targ do Międzyrzecza, albo szliśmy piechotą 2 kilometry do Kalska. Jak się komuś spieszyło, do Kalska można było pojechać rowerem. Masło i mięso przechowywaliśmy w bańce w studni, całkiem dobrze się tam trzymały. Tylko tam dzieciaki mogły robić na stole gąsienicę z mydlanych baniek, ba mogły puszczać bańki słomką przyniesioną z pola!
A wieczorem, gdy dzieci poszły już spać oglądałam przez lunetę nocne niebo. Z mapą nieba i latarką szukałam na niebie gwiazdozbiorów, galaktyk, gromad kulistych i otwartych. Sporo się tego nauczyłam. Bez gazet, telewizora i radia wypoczywałyśmy spiewająco.
Nie wiem, czy dzieci mojej córki będą miały okazję tak spędzać wakacje.



8 komentarzy:

  1. Łezka mi się w oku zakręciła, bo przypomniałaś mi o lodach w wafelkach-muszelkach. Opisałaś wszystko tak pięknie, że poczułam jakbym tam była, nawet zapachy .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się popłakałam, jak to wczoraj edytowałam. Cudnie było.
      Tylko w końcu zrozumiałam moja mamę, która wcale nie była zachwycona Pustelnikiem. Skazywał ją na jeszcze dłuższe przebywanie z rodziną, a ona wcale tego nie lubiła...
      I dlatego tak maniacko opalała się na leżaku i izolowała.
      I nigdy tam sama ze mną nie pojechała. Nie znosiła tej chałupki, kibelka z serduszkiem i naszej ciągłej obecności.

      Usuń
    2. To taki świat, który i ja pamiętam, jako wielce leciwa jednostka :P i którego juz nie ma. :(((( Mysle, ze ludzie nieznający tego swiata są ubozsi o rozmaite doswiadczenia, ktorych nie zastąpi co innego.

      Usuń
  2. Dlaczego ja tu jestem po raz pierwszy? Ty nie raz zaglądałaś do mojego świata, a ja o Twoim wiedziałam tylko tyle, że zamieszkuje go osoba, która ma psie dusze na odchowku...
    Przepraszam.
    Dziś zacznę od początku, kiedy skończę nie wiem, ale na pewno szybko nie odejdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty masz Maślaka i nudną kotkę, ja mam kretkę i Muszkę, to dzieci zastępcze, bo własne już poza domem.
      Pisanie porządkuje świat i w głowie.

      Usuń
  3. Przypomniałam sobie moje wakacje na wsi. Bieganie na bosaka po polach i łąkach, pikniki w brzozowych lasku, kąpiele w balii, wieczory przy lampie naftowej i leniwe poranki spędzone w hamaku przy dźwiękach "Lata z radiem".

    OdpowiedzUsuń
  4. ja mam takie wspomnienia z wakacji na wsi u dziadków trochę mi szkoda,ze moje dzieci raczej tak ich już nie spędzą

    OdpowiedzUsuń
  5. Juz kiedys zafascynowal mnie twój stosunek do Alicji, od ostatnich wpisów zaczynam go rozumiec. Wspaniala kobieta weszla na twoja sciezke zycia.

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.