środa, 28 listopada 2012

Przenosiny 11

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Wielka radość



Udało nam się w rekordowym czasie sprzedać i kupić mieszkanie. Cieszymy sie jak dzieci i jesteśmy tak podnieceni, ze nie możemy spać, a gdyby nie uszy, to nasze usmiechy ciągnęłyby się dookoła głowy. Podjęliśmy w styczniu decyzję o zmianie mieszkania. Teraz jest początek kwietnia, formalności są pozałatwiane, kasa przepłynęła, za kilka dni przejmujemy w posiadanie nasze nowe lokum.

Nowe mieszkanie jest kompromisem między naszymi potrzebami i marzeniami. I to udanym kompromisem. Tomek chciałby mieszkać w domku z ogrodem, najchętniej daleko od miasta. To bardzo pociągająca perspektywa, ale ja nie prowadzę samochodu i nie mam zamiaru się tego uczyć, mamy w Warszawie dwie mamusie, których opuścić nie wypada no i marząc o domku na odludziu mój piękny mąż nie bierze pod uwagę takich zjawisk jak roztopy, zamiecie śnieżne, jesienne szarugi i odśnieżanie podjazdu o 4 rano w grudniu.
Wiem ponadto, że strzyżenie trawnika bawiło by go najwyżej trzy razy. A potem dyskutował by z trawą i kazał jej wolniej rosnąć. (sprawdziło się, kosi raz na sezon)
Ja chciałam mieszkać w Warszawie, ale w jakimś spokojniejszym, zieleńszym miejscu. No i koniecznie chciałam mieć własny pokój, najchętniej zamykany na klucz od środka. Misia też chciała zostać w Warszawie i żeby w jej pokoju nie było moich rzeczy. Ani betów tatusia. 
Z takimi założeniami zaczęliśmy szukać mieszkania naszych marzeń wśród ofert w internecie. Zaczęliśmy to robić groszem nie śmierdząc, bo wydatki zamierzaliśmy pokryć pieniędzmi ze sprzedaży mieszkania na Starym Mieście. Byliśmy przekonani, że jest ono warte grube miliony. Z błędu wyprowadziła nas wynajęta agentka nieruchomości, która przyszła do nas i co do złotówki określiła rynkową wartość naszego mieszkania. Tomek przeżył spory zawód dowiadując się o różnicy między ceną ofertową a ceną sprzedaży. Miał jednak na tyle rozumu, żeby szukać mieszkania w cenie nieco niższej niż spodziewane zyski z naszego mieszkanka. I po tygodniu poszukiwań znaleźliśmy ofertę idealną. Po mniej więcej 2 tygodniach od postanowienia, że sprzedajemy nasz lokal powiedziałam o tym sąsiadce, starszej pani. Pani posłała wiadomość w świat dużo skuteczniej niż internet i wszystkie warszawskie gazety. Kupiec znalazł się w ciągu kolejnego tygodnia i dał tyle, ile dobra Nina powiedziała, że weźmiemy.
Pojechaliśmy zobaczyć wyszukaną przez nas ofertę. Duże, 85 metrowe mieszkanie na Ursynowie nieopodal Dolinki Służewieckiej, 5 minut od metra, tuż przy przystanku licznych autobusów. na parterze, z okratowanymi oknami i zrobioną na tip top kuchnia, na pierwszy rzut oka dość ciemne. Właściciel, facet z gatunku majster-klepka z frontowego balkonu zrobił 13 metrowy wyłożony terakota taras . Po przeciwnej stronie mieszkania jest taras drewniany, ma 9 m2 i z niego schodzi się do 230 metrowego ogródka gęsto obsadzonego drzewami i krzewami. Ponieważ właściciel miał wielki szacunek do roślinności po 15 latach dzikiego wzrostu roślinność woła o sekator - już go sobie kupiłam. Pod jednym z pokoi jest wyłożona kaflami piwnica z doprowadzoną wodą, pod łazienka jest druga piwnica. Obie suche i ciepłe. Majster klepka przebił się z mieszkania do piwnicy - musimy zamontować tam schody., bo zamierzamy pomieszczenia często korzystać. Sam budynek ma jedynie 2 piętra, na klatce schodowej jest tylko 6 mieszkań. Wszystko jest zadbane, wyczyszczone, zieleń najwyraźniej pielęgnują ogrodnicy. Na ogrodzonym parkingu dla lokalu są zarezerwowane 2 miejsca parkingowe. Parking widać z okna.
Dzięki agentce nieruchomości negocjacje, choć zażarte nie były specjalnie uciążliwe. Pan, który kupował nasze mieszkanie ma duże doświadczenie w interesach i tak to wszystko urządzono, ze formalności skończyły sie na podpisaniu 2 aktów notarialnych. W akcie kupna nowego mieszkania Alicja jednocześnie podarowała mieszkanie Tomkowi. Bardzo obniżyło to koszty całego przedsięwzięcia.
No i teraz na razie na papierze meblujemy i urządzamy ursynowskie mieszkanie. Każdy już wie, co chce mieć w swoim pokoju. W salonie będziemy spać, bo żadne z nas nie poświęci osobistej przestrzeni na sypialnię, zresztą spanie w większym pokoju jest zdrowsze. Dwa tarasy i ogród powiększają przestrzeń życiową.
Moja mama widząc co się dzieje wezwała mnie na poufną rozmowę. kazała mi założyć sobie osobne konto w banku i przelała mi na nie jako darowiznę sumę wystarczającą spokojnie na całkowite urządzenie mieszkania zgodnie z naszą wolą. Zgłosiłam kwotę skarbówce, bo jakby nam łupnęli podatek, to strata byłaby spora. Zaprosiłam potem do lokum naszego rodzinnego speca od remontów i pana od okien ( jak mam myć 6 okien i 2 balkonowe, to niech to będzie prosta czynność a nie boksowanie się ze starymi skręcanymi trupami). Myślimy o takich miłych rzeczach jak dywany, lampy, bieżące metry pólek potrzebne na nasze zbiory książek i szat, gdzie będą wisiały szczotki do podłogi, czy zmieści się w jakimś kącie komoda i czy wymalować ciemnawe pokoje nową, lepiej odbijająca światło farbą od Duluxa, czy zwykłą Jedynką. Myszkuję już  po sklepach meblowych, jutro się wybieram do Komfortu popatrzeć na dywany. I mamy zabawę po pachy.



A Kretce się bardzo podoba ogródek. Już wykopała dziurę w trawniku. 

Zabawa klockami

Chodziłam z Tomkiem do liceum, zatem należy przypuszczać, ze przedtem chodził do podstawówki, a jeszcze wcześniej do przedszkola. Misia jednak nie może w to uwierzyć. Jej zdaniem Tomek urodził się już dorosły i bardzo mądry. O ile nieprzyzwoite przedszkolne wierszyki mój mąż potrafi nam prezentowac o każdej porze, o tyle każda inna czynność zalatująca wychowaniem przedszkolnym budzi w nim odrazę. Nie cierpi tańców towarzyskich, śpiewa okropnie i wnioskuję, że rytmika była przezeń znienawidzona. Podobno bardzo szybko nauczył się czytać i przedkładał to zajęcie nad typowe przedszkolne zabawy. Jest jeszcze w rodzinnym archiwum jakieś jego zdjęcie w przedszkolnej piaskownicy, jednak jego mina na tym zdjęciu - na którym inne dzieci bawią się z pełnym zaangażowaniem - mówi, że trafił tu zupełnie przypadkiem i nie czerpie z tej piaskownicy ani trochę radości. Podobnie chyba było z klockami. Sądzę, że potrafi z nich ułożyć wieżę i pociąg.
Trudno powiedzieć o moim mężu, że ma jakieś braki rozwojowe. Panuje nad czasem i pieniędzmi, zna kilka obcych języków, łacinę Rzymian też, doktorat z trudnej dziedziny prawa napisał i obronił za granicą w bardzo młodym wieku i rekordowo krótkim czasie. Bystry jest do bólu, pamięta wszystko, co przeczytał, umie z wiedzy korzystać, więc trochę się zdziwiłam, gdy mi kiedyś wyznał, że standardowy duży test Wechslera napisał jak ktoś z ograniczeniem umysłowym. Ja tam Wechslera zrobiłam całego bezboleśnie, a przy Tomku czuję się czasem jak imbecyl. Nie drążyłam tematu, ale im dłużej żyję z Tomaszem, tym bardziej widzę, że to narzędzie pomiarowe miało jednak coś istotnego do przekazania. 
Tomek jest zagubiony w przestrzeni. I sprawny inaczej w dziedzinach wymagających wiedzy technicznej.
Nie bardzo wie, ile to jest metr. 2 lub 3 metry to już abstrakcja. A jak wyglądają 2 metry i 3 metry razem stanowi kompletną tajemnicę.
Można z tym żyć, ale bywa niewesoło. Samotnie i w bólach uczył się parkowania i do dziś nie wierzy, ze da radę zaparkować na standardowym miejscu parkingowym pod supermarketem. Te miejsca są wyznaczone w jednakowych odstępach, a zdarza nam się krążyć mijając mnóstwo pustych okienek, nim Tomasz zdecyduje w którym jednak nasz krążownik szos się zmieści. Zdaje się, że ma to coś wspólnego z wysokością samochodów parkujących obok.
Prawdziwy horror przeżyliśmy skręcając wspólnie stół kupiony w Ikei. Małżonek przyniósł paczkę do domu i nim zdjął z siebie palto rozerwał na środku salonu opakowanie i na oślep zaczął przykładać do siebie różne elementy. Obrazkowa instrukcja zrozumiała rzekomo dla każdego człowieka na globie była dla niego nie do rozczytania.  Klął, groził, że pozwie Ikeę do sądu - bo takie robi badziewne stoły - a ja podawałam mu po kolei części mebla i stosowne śrubki, pokazując gdzie ma je wkręcić. W przerwach między wkręcaniem tych śrubek Tomek siedział na podłodze i klnąc bardzo głośno monotonnie kiwał się w przód i w tył. Tak zastała nas Misia. W końcu stół został złożony, ale Tomek go nienawidzi. Ponieważ los jest złośliwy, właśnie ten stół jest teraz jego miejscem pracy. 
Mamy w planach zamianę mieszkania na większe i trzeba będzie nowe mieszkanie umeblować. W Ikei. niestety, bo na Ikeę nas stać. Na meble w Desie nas nie stać. Jest jasne, że trzeba będzie zamówić serwis składający te meble w domu.
Tomek lubi mieć jasno zaplanowaną przyszłość. Lubi wiedzieć kiedy pojedzie na wakacje, kiedy pójdzie do dentysty i co ma załatwić w piątek, a co w poniedziałek. Teraz, wiedząc, że ma pierwszy raz w życiu mieć pokój wyłącznie dla siebie porwał mnie do Ikei w celu zaplanowania tego pokoju. Wkroczył tam pełen nadziei. Po godzinie oglądania sklepowych aranżacji i złożonych mebli był tak skołowany i zrozpaczony, że aż mi go było żal. I było mi trochę wstyd. Aranżacje mu się podobały, ale pojedyńcze meble już nie. Biurka były za małe, szafki na książki za mało pojemne, fotele za małe na niego a za duże do pokoju. A wszystko na dodatek było byle jakie. Sfrustrowani i wsciekli wróciliśmy do domu kłócąc się zawzięcie.
Kłociliśmy się jeszcze w domu, już zanosiło się na ciche dni, gdy wpadłam na prosty pomysł. Z miarką w ręku policzyliśmy, ile książek ma mój miły mieć w gabinecie. Wyszło, że 27,5 metrów bieżących. Przeliczyłam to na standardowe regały i błysneło mu światełko w tunelu. Zarządał planu swojego pokoju. Wykonałam plan. Zaczął ustawiać wirtualne meble w tym narysowanym pokoju. Znowu było coś nie tak - a to skala się pomyliła, a to fotel wyszedł szeroki na 25 cm. W końcu wyciął sobie szablony mebli z papieru, uwzglednił wysokość ścian i było już z górki.
A trzeba się było bawić w przedszkolu klockami.
Misia przytomnie zauważyła, że na szczęście Tomek ma żonę biegłą w metrach bieżących, metrach sześciennych i technicznych aspektach mebli i domowych instalacji. Taką, która w przedszkolu bawiła się klockami z upodobaniem.


Kretka i amstaffy




Kretka niebawem skończy trzy lata. Do wieku mniej więcej dwóch lat zupełnie nie wykazywała poza niesłychanym do mnie przywiązaniem i pracowitością psychicznych cech niemieckiego teriera myśliwskiego. Zajrzyjcie sobie na dowolną stronę o jagdterierach a dowiecie się, że to wcielone diablęta, dziki pożerają na śniadanie, gryzą obcych, domowników stawiają pod ścianą, tolerują jedynie swojego wybranego pana, rozbójniki, pracoholiki i do hodowania w rodzinie się nie nadają.

A moja suka to ciapek. Z nikim nie wojuje, jak ktoś zabierze jej piłeczkę, to niech się nią bawi, w końcu pańcia ma worek piłeczek, nie ma się o co awanturować. Małe dzieci lubi, starsze panie lubi - przyjaciółka wszystkich psów i wszystkich ludzi. Nawet listonosza kocha.
I była sobie taka spokojna i opanowana, wiecznie uśmiechnięta i zajęta własnym kształceniem (nauką nurkowania na przykład) aż skonczyła dwa lata.
Zmiana była subtelna. Dawniej każda koleżanka mogła przejąć jej piłeczkę rzuconą przeze mnie i Kretka spokojnie ją oddawała. Bera - również jagdterierka podnosiła o pól centymetra lewą górną wargę, pokazywala czubek kła i piłeczka była już jej. A teraz suki dobiegają do piłki razem i Bera nawet nie próbuje jej podnieść z trawy. Bez pokazywania kłów Kretka ustanowiiła dominację. I to wszystko.
I bawiła się psia zgraja na trawniku pewnego niedzielnego poranka w zgodzie i poszanowaniu własnych piłeczek, aż przyszedł jakiś facet z amstafką. Przyglądali się psim zabawom z daleka, aż w końcu młodzian spuścił swą sukę ze strasznej smyczy, żeby sobie piesek pofiglował. Piesek figlował jak to amstafy bez wykształcenia mają w zwyczaju. Porwał Kretkową piłkę, a gdy Kretka chciała ją zabrać straszna suka stanęła na szeroko rozstawionych nogach, zjeżyła się, pokazała kły az do dziąseł, nos podjechal jej między oczy i z głębi gardła warknęła "zabiję cię!". Kretka popatrzyła na nią zdumiona, wywaliła ozór, uśmiechnęła się szeroko i powiedziała "żartujesz".
Amstafka powtórzyła groźbę z paskudnym grymasem. Kretka przechyliła łeb i widać było, ze myśli "odbiło ci, czy jak?". Amstafka wyglądała jak furia. Trzeci raz okazała zgryz i tak warknęła, że aż sie opluła. Jej pan obserwował to spokojnie - ona się tylko tak bawi - oznajmił mi. Kretka zrobiła się jakby wyższa, oczy się jej zwęziły a uszy powędrowały na czubek głowy. Widać było, ze mówi "jesteś pewna, że wiesz, co robisz?". Amstafka była pewna "zabiję cię!!!" warczała czwarty raz i natarła na Kretkę z zębami. Ale nie mogla wcelować. Pozornie niedbałe skoki mojej psinki były bardzo podobne do techniki uników Muhammmada Ali na ringu. Wygladalo to na kpine z silniejszej, masywniejszej przeciwniczki. Amstafka powtórzyła piaty raz " zabiję cię!!!". I wtedy Kretka odpowiedziała:"nie prawda, to ja cię zabiję i nie bedę się z tym tak guzdrać jak ty". Pokazała uzębienie, przy którym amstafie zęby wygladają jak koraliki na sznureczku, nos podjechał jej między oczy, wydała z siebie dźwięk, jaki w filach grozy przysługuje najgorszym potworom, rzuciła się przez bark między amstafie nogi i już już miała rozerwać suce brzuch, gdy własciciel tejże porwał ją na ręce i uciekł.
Towarzystwo na trawniku patrzyło na to zdumione. A Kretka wzięla swoją pomarańczową piłeczkę, położyła mi pod nogami i poprosiła jak zwykle "no rzuć!".
Jagdteriery się bardzo łatwo uczą. I mój się właśnie nauczył, że amstaf to taka odmiana miejskiego dzika. Jakby co , to ona jest w końcu od dzików specjalistką.

Dziś Kretka ma prawie osiem lat. Jest spokojna, zrównoważona, kocha dzieci, starsze panie i piłeczki. Nie napada na psy i nie wzruszają jej niczyje warkoty, wygodnie mieć takiego psiaka i wiedzieć, że jakby co, to sobie poradzi. A mimo to nikogo nie straszy.

Ostrość wzroku



Mam ostatnio niejakie problemy z haftowaniem, ze względu na ostrość wzroku. 

Rozumianą dwojako.
W aspekcie czysto fizycznym chyba coś jest nie tak z moimi okularami. Noszę modne progresy i to jest trzecia para jaką mam. Felerna para. Obie poprzednie były świetne, nie musiałam się przyzwyczajać, nałożyłam u optyka wykonane szkła i było OK. Widziałam na odległość, widziałam na dystans średni i widziałam co czytam i co haftuję. Te są jakieś inne. Może to wina modnej, wąskiej oprawki odcinającej część pola widzenia? Może wzrok mi się aż tak przez rok popsuł? Fakt, że bez szkieł a nawet w okularach od kilku miesięcy nie mogę przeczytać ulotki leku, wyjąć sobie kolca z dłoni ani precyzyjnie nałożyć makijażu. (Może ktoś mi poradzi jak się malować w okularach?). Przesuwam te okulary wyżej i niżej na nosie i nie mogę osiągnąć z nimi porozumienia. Jasne, że na ten aspekt ostrości widzenia pomóc mi może jedynie okulista.
Drugi problem to niesłychana ostrość widzenia wszelkich robót do wykonania na cito, uniemożliwiająca spokojne zajęcie się ulubionymi zabawkami. Widzę koty kurzu i muszę je usunąć, bo je WIDZĘ. Widzę warstwę piasku na parkiecie, widzę poziom napełnienia kosza na brudną bieliznę, widzę wysychające 2 x dziennie kwiaty w skrzynkach na tarasie, widzę nieszczęśliwy wzrok Kretki błagającej o dłuuuuugi spacer, widzę zbłąkanego, pięknego rasowego gołębia, który pada z głodu i pragnienia, a wszyscy go przeganiają, żeby nie zafajdał im balkonu, widzę mnóstwo rzeczy, które muszą być załatwione już natychmiast i kradną mi czas i koncentrację. I miotam się, bo chciałabym sobie poczytać, pohaftować, pomalować, a tu obiad, Kretka, trawnik, gołąb, mężowska marynarka, pościel do zmiany, serwetki do ukrochmalenia i uprasowania, dobrobyt w lodówce piszczy, kartofle wyszły i same nie przyjdą itd itp itd.
No i co tu robić? na to okulista nie pomoże.

(2012 - problem okularowy został rozwiązany, pozostałe niestety nie)

Pan Hrabia


Mieszkanie na Starym Mieście zasiedliła rodzina Tomka w 1953 roku. Od tamtej pory było okazjonalnie malowane, popaczone okna administracja wymieniła na jeszcze gorsze w późnych latach osiemdziesiątych,  we wczesnych latach dziewięćdziesiątych zmieniono instalację CO i z remontów to by było na tyle. Kiedy w końcu zebraliśmy się w sobie - i kasę na koncie - aby doprowadzić je do porządku, mama poleciła mi fachowca, który ponoć umiał zrobić wszystko. Pewnego niedzielnego popołudnia w sierpniu odwiedził nas niewysoki starszy pan, rozejrzał się dookoła, pooglądał krany, stary piec, łazienkę o urodzie dworcowej toalety za Gomułki, liczniki, ściany i całą resztę. Miauknęliśmy, ze chcielibyśmy mieć nieco czyściej, opowiedziałam mu o moim projekcie tejże łazienki, popatrzył zainteresowany i powiedział, że da się zrobić. I że w takim razie od poniedziałku przyjdzie z chłopakami. A teraz sobie pójdzie, bo mamy co robić. To - powiódł rękę wokół wskazując nasz ruchomy majątek - trzeba gdzieś schować. Zrobiliśmy co w naszej mocy wynosząc majątek na korytarz  i okręcając to, co zostało na miejscu folią malarską.  Następnego dnia o 8 rano wpadła do mieszkania pod wodzą majstra horda krzepkich młodzieńców z Pragi i Ukraińców zatrudnionych okazjonalnie i zaczęli robić demolkę. Dezintegracji uległo niemal wszystko. Drzwi wyleciały z futryn a futryny ze ścian. Niejaki Pan Dareczek osobiście wyrwał ze ścian w łazience żeliwną wannę i zniósł ją do śmietnika. Przez trzy tygodnie z naszego mieszkania wynoszono gruz workami, diaks warczał i pylił, sąsiedzi płakali, dozorczyni klęła a my musieliśmy to wytrzymać. Gdyby nie głównodowodzący wszystkim mistrz, pan Jacek, pomarlibyśmy ze stresu. Jego trzydziestoletni volkswagen ogórek dzielnie dostarczał materiały budowlane i zabierał gruz, jego robotnicy byli pilnowani, ale traktowani z szacunkiem, wszystkie ważne prace, takie jak spawanie miedzianych rur, instalacja elektryczna czy  montowanie drzwi mistrz robił osobiście. Wszystkie odłączania i przyłączania prądu i gazu odbyły się legalnie, nowy Junkers dostał pieczątkę do książki gwarancyjnej. Prace elektryczne, hydrauliczne, gazowe i wykończeniowe odbywały się składnie, zaopatrzenie było na czas, a potrzebni fachowcy spoza ekipy pana Jacka znajdowali się w polu robót, kiedy byli potrzebni.  Na dodatek pan Jacek miał niesłychane poczucie humoru. Tytułował nas różnie, a to Panem Dziedzicem , a to Panem Baronem. O mało nie umarłam ze śmiechu, gdy przymierzając sedes do kompletnie pustej łazienki bez tynku zaprosił mnie tak:" pani Baronowa raczy spróbować, czy mebel dobrze stoi". No i po tygodniu już mówiliśmy do niego Panie Hrabio. Ku obustronnej radości. Ekipy remontowe mają to do siebie, ze okropnie bluźnią. No bo jak się do takiej psia mać rury po imieniu nie powie, to się taka i owaka nie da zamontować.  Tak też było i przy naszym remoncie. Przez sześć tygodni przeszłam taką szkołę w tej dziedzinie, że długo bałam się odezwać przy ludziach. Łatwo mi się jakoś słówka wyrywały...

Ale poza tym nie odnieśliśmy żadnych szkód, a wręcz przeciwnie. W sześć tygodni slums zmienił się w wypicowane mieszkanko z śliczną funkcjonalną łazienką, drzwiami, instalacjami wszelkimi położonymi mądrze i pod tynkiem, z gładkimi ścianami i pojemną garderobą.  Inni lokatorzy naszej kamienicy takie remonty robili pół roku! Z panem Hrabią rozmawiało się jasno i konkretnie, pojawiające się problemy rozwiązywał sprawnie i fachowo, gdy trzeba było wiózł nas do marketu po materiały, co mogliśmy kupić sami, kupowaliśmy. Rachunki były przejrzyste, cena całości do przyjęcia.
Nic więc dziwnego, ze gdy teraz kupiliśmy mieszkanie, zaprosiliśmy pana Hrabiego do współpracy. Przyszedł, popatrzył, posłuchał, co byśmy chcieli zrobić, powiedział, ze pewnie cuda wyjdą  przy bliższych oględzinach (miał rację) i 10 kwietnia przyjechał do nas z kolegą, starszym panem, mechanikiem precyzyjnym.  Ekipy młodzieńców, których z wielką cierpliwością szkolił - oj, trzeba było do tego wiele cierpliwości- wyjechały do Irlandii, ale pan Hrabia na saksach już był i się nie wybiera.
Wymienił zamki w drzwiach, przerobił drzwi, z kolegą elektrykiem tydzień rozkuwał przedziwną, wykonaną własnym sposobem instalację elektryczną, założył lampy, powymieniał wszystkie niebezpieczne wyłączniki i gniazdka, wymontował bicze wodne i pisuar, odkorkował rury, założył wannę, dopilnował malowania i uzupełnienia kafelków w łazience, zrobił ekran na wannę i ekran szklany do prysznica, załatwiłł firmę gazowników, żeby instalacja gazowa była ok - bo nie była - pomógł skręcać meble, zrobił przegląd hydrauliki, założył oczko wodne w ogródku, pociągnął dwie linie internetu i na koniec jeszcze zorganizował nam przeprowadzkę dużych mebli, które nie weszły do skody.  I to wszystko w miesiąc. Jak zwykle nic nie popsuł a wszystko naprawił, jak zwykle bawiliśmy sie setnie jego powiedzonkami i dowcipami i ponownie słówka niecenzuralne wymykają mi się dość łatwo. Tak jak uprzednio z anielską cierpliwością traktował chłopaków z Pragi, tak teraz pilnował nas i swojego kolegi.  Choćby nie wiem co się działo, gdy ktoś wołał o pomoc biegł natychmiast z odsieczą.
Przepadam za panem Hrabią. Na przyszłą wiosnę jesteśmy umówieni na budowę tarasu kuchennego, obecny taras jest już bardzo spróchniały.
Dziwiłam się skąd pan Hrabia ma tak rozmaite talenty. Nijak nie da się go porównać z innymi fachowcami w dziedzinie remontów. Sprawa jest prosta. Pan Hrabia jest wykształcony. Przywykł do używania rozumu. Nim coś zrobi najpierw pomyśli. A kiedy powie "o mamusiu" albo "tragedia narodowa", znaczy, że już wie jak zagadnienie ugryźć. Jest fizykiem, kierował dawniej laboratorium doświadczalnym na Politechnice Warszawskiej. Potem przymuszony koniecznością - znaczy dla pieniędzy - zajął się tym, co lubi, czyli remontami. I zamiast robić doktorat fantastycznie remontuje ludziom mieszkania. 


Wychowanie teriera


Podczas kiedy my planowaliśmy, malowaliśmy, nadzorowalismy i decydowaliśmy o kształcie nowego mieszkanka Kretka buszowała w ogródku. Brykała, kopała, wyrywała korzenie i skakała ze szczęścia. I musiała zranić sobie pazur. Zaczęła któregoś dnia oszczędzać jedną łapę. I tak oszczędzała, oszczędzała, aż zaczeła znów chodzić na trzech. Jedna wizyta u lekarza, druga, trzecia, w końcu chirurg, antybiotyk, zrywanie pazura, perspektywa amputacji ostatniego członu palca w prawej łapie. Chirurg znał sie na rzeczy, stan zapalny zgasił, ale obserwując nas obie zaproponował mi opisanie, jak się wychowuje jagdteriera, żeby był takim uroczym zwierzakiem.

Nie wiem, czy mam w tej sprawie wiele do powiedzenia. Moje przemyślenia nie spodobaja się nikomu, kto chce psa kupić w prezencie, nikomu, kto się zwierząt brzydzi albo boi i nikomu, kto z czystym sumieniem twierdzi, ze "teriery są złośliwe". No i tym, co nie maja czasu też się to nie spodoba.
Bo odpowiedzialne manie psa bardzo niestety przypomina manie dziecka. Chomika czy mysz mozna wpuscić do klatki, dać jeść i pić i kołowrotek do biegania i sobie zwierzak będzie tak siedział. Jak zdziczeje, a nawet zwarjuje z samotności to i tak nie bedzie widać przez szybkę. Z psem, a z terierem szczególnie, tak sie nie da zrobić. Kto kupuje sobie takie zwierzę, decyduje sie na wieloletnie współżycie z inteligentnym, bystrym i bardzo żwawym zwierzęciem, do którego niestety ( tak samo jak do dziecka) nie dołączono instrukcji obsługi.
Posiadacz szczenięcia zdany jest w kwestiach wychowania na własne obserwacje, zmuszony do prawidłowej interpretacji zachowania dziecka obcego gatunku i reagowania w taki sposób, by stworzonko go rozumiało. Nie działają zupełnie krzyki "zbiję cię" ani twierdzenia "to zwierzę jest złośliwe". Dla pocieszenia powiem, ze to dziecko ma przed sobą podobne zadanie - ono też musi się nauczyć interpretacji naszych zachowań, bo mowy przecież nie rozumie, rozumie ton.
Zjawia się w naszym domu mały zwierz i zaczyna się zabawa. Jasne, ze musi jeść i pić, jasne, że musi mieć swoje miejsce. Ale czy tylko jedno miejsce? Kretka ma koszyk, psie miękkie łózeczko i kilka foteli do dyspozycji. I nasze łóżko. Kto sądzi, że psu do łóżka wchodzić nie wolno, niech dalej nie czyta.
Każde zwierzę, czy to gęś, czy mysz, czy kot, czy hiena wiedzą, ze dziecko pozostawione samo sobie bez opieki zginie niechybnie. Tylko człowiek dla własnej wygody zostawia niemowlęta w osobnych, odległych pomieszczeniach, żeby mu nie przeszkadzały, nie zawracały głowy i dały sie wyspać. A małe stworzenie ma atawistyczny lęk przed samotnością. Wie, że samotność jest niebezpieczna. Wie, że jest małe, bezbronne i może przyjść z ciemności jakieś złe i je zjeść. I płacze godzinami nawołując opiekuna. I dlatego ani dzieci, ani szczeniąt nie powinno sie zostawiać w nocy samych.  Wygodniej jest moim zdaniem wziąć gada ze soba do łóżka, niż tkwić po nocach przy jego posłanku. Zanim sie to jednak zrobi trzeba stworzenie odrobaczyć i wykąpać - łóżko to łóżko. 
Takie postępowanie biegiem przekonuje nowoprzybyłego, kto jest teraz jego stadem i rodziną. Maluch przytula się do nóg i śpi jak anioł. A jak się zaczyna kręcić, to znak, ze pora wyskakiwać z betów i gnać na trawnik. Przez pierwsze kilka miesiecy wygodnie jest spać w dresie. Kto  śpi z psem szybko przywyka do częstego kąpania go - trudno znieść w łóżku smolucha, smoluch uczy się zaś, że właściciel może zrobić przy nim wszystkie czynności obsługowe z myciem zębów i czyszczeniem uszu i łap włacznie.
Kiedy tylko małe stworzenie może wychodzić na spacery, należy zabierać je ze sobą wszędzie, gdzie się da. Szczeniaka wpuszczają wszędzie, bo jest malutki, śliczny i można go trzymać pod pachą. I należy to wykorzystać.  Psu, podobnie jak człowiekowi do dobrego zachowania potrzebne jest doświadczenie życiowe. Trzeba się zatem nauczyć jazdy autobusem, pociagiem, tramwajem i samochodem, chodzenia po chodniku miedzy ludźmi, czekania na światłach, chodzenia na smyczy, uważania na szklane drzwi, żeby w nos nie uderzyły, czekania przed sklepem i biegania po trawnikach. A Pani lub Pan nie powinni mieć oprócz psa siedmiu siatek z zakupami w rękach i niewygodnych butów. Bo czasem trzeba kucnąć i psiaka uspokoić, czasem trzeba go wziąć na ręce, czasem pogłaskać. I lepiej niech nam wtedy z siatek nie wylatują jajka ani kilo schabu bo nie powstrzymamy niecierpliwości. 
Obserwowałam pieska od małego bardzo czujnie. Jak demonstruje emocje, jak wygląda kiedy jest zmęczona albo źle się czuje, jak się lubi bawić, jak się zachowuje w stosunku do inych psów i ludzi. Zachęcałam, osmielałam i próbowałam sobie wyobrazić, co dzieje się w tym małym łebku.
Zauważyłam, ze większośc sytuacji, w których odczytujemy zachowanie psa jako złośliwe lub niegrzeczne wynika z naszego nieprzygotowania do sytuacji, a nie ze złosliwych intencji psa. On nie rozumie, że nam sie spieszy, bo musimy to i tamto i owo i dziesiąte. Skoro jesteśmy na spacerze to jesteśmy na polowaniu, nie może być ono za krótkie! 
Jeśli nie masz czasu, trzeba było wyjść wcześniej, albo nie mieć teriera. I tyle.
Kolejną niesłychanie ważna dla psa sprawą jest porządek dnia. Ma być wiadomo jaki i zachowywany. Dla ruchliwych ras spacer jest rzeczą świętą. Spacer, czyli długie przebywanie na dworze połączone z bieganiem, skakaniem i kopaniem nor, a nie dreptanie na smyczy choćby godzinami. Chcesz mieć teriera, to sprawdź, czy masz gdzie chodzic z nim na spacer. Teren nie musi byc Bóg wie jak wielki, ale pies musi mieć możliwość przebiegnięcia na nim swoich kilometrów w atrakcyjny sposób. Jeśli dopilnujesz pory spacerów, Twój terier na widok smyczy będzie fikał kozły ze szczęścia. Wybiegany i najedzony pies może spokojnie zostać w domu sam i tego też trzeba go uczyć wcześnie. Jeśli jest niewybiegany, to tak pohula po domu, że Wam w pięty pójdzie. Jak sobie z tym radzić opisano w setkach książek, nie ma sensu ich tu przytaczać.
Po jakimś czasie właściciel orientuje się, ze rytuały spaceru, karmienia i spania są bardzo przyjemne. Godziny spędzone na zabawach nie są czasem straconym. Wypoczywamy, dotleniamy sie, możemy spokojnie pomysleć, bo psy nie są gadatliwe i nie zakłócaja paplaniną toku myślenia własciciela. I im wiecej spędzamy razem czasu, tym lepiej się znamy i rozumiemy, tym szybciej odczytujemy wzajemnie nasz jezyk ciała, czego wszystkim właścicielom psów serdecznie życzę. 

13 lat państwa Aleksandrowicz


3. marca 1995 roku o godzinie 14.44 wynioslam się z małzeństwa nr 1 i od tego czasu mieszkam z Tomkiem. Mija nam właśnie 13 rocznica bycia razem. To dłużej niż trwały nasze poprzednie małżeństwa. (dziś to już ponad 17 lat razem)

Jak się kochają państwo Aleksandrowicz? 
Jak jeże - ostrożnie.
Wygląda na to, że wyciągnęliśmy oboje wnioski z poprzednich związków i na głowie stajemy, żeby nie uprawiać pospolitych małżeńskich gierek niszczących związek na pył i proch. Jesteśmy zupełnie różni - on teoretyk, ja praktyk, on lubi historię, politykę i nauki społeczne, ja wolę biologię, medycynę, języki obce i sztuki piękne. On nie wie ile to jest 5 metrów, ja nie wiem co to jest linia Maginota i co właściwie zrobił Ghandi, który wielkim człowiekiem był. On czyta namiętnie cyberpunk, ja horrory Kinga i poezje. On tonie w "Nowym Państwie", za mną wleką się niteczki. On ma pudła papierów, ja mam pudła tkanin, mulin, tamborków i igieł, aparaty fotograficzne, pudła kredek i sztalugi. Księgi szpiegów, rozprawy polityczne, prawne kodeksy i tajne służby zgodnie stoją na półkach obok podręczników photoshopa, zbiorów hafciarskich ściegów w rozmaitych językach, książek kucharskich, stosów kolorowych pisemek z wzorami, albumamów z reprodukcjami i podręczników medycznych. On lubi kuchnie polską, ja tajską. No ogień i woda.

Ale mamy coś wspólnego, co daje nam stabilność i jasną perspektywę. 
Mamy niemal identyczną rodzinną historię.
Nasi dziadkowie ze strony ojca byli w naszym życiu nieobecni. Ojcowie też znikli z niego bardzo wcześnie. Naszymi opiekunami i mentorami byli mądrzy dziadkowie ze strony mamy. W czasie wojny mój dziadek siedział w oflagu, a jego dziadek w KZ. Nasze babki spedziły wojnę i okupację dbając o dzieci i byt, co zrobiło z nich twarde, żelazne baby. Obie w dzieciństwie wychowywane były przez zakonnice, co nadało obu rodzinom charakterystyczny antyklerykalny rys.
Nasze samotne matki użerały się z nami, własnymi rodzicami i koniecznościa stałego dorabiania, bo pensje były jakie były. Wychowaliśmy się w środmieściu wielkiego miasta. W naszych rodzinach żyło się bardzo podobnie. I dlatego mamy pewnie w zasadniczych sprawach poglądy jednakowe. Nie musimy się kłócić o sprawy zasadnicze. 
Wiadomo, że na wakacje się jeździ i już. Nie w ciepłe kraje, ale za to kilka razy do roku. Wiadomo, że okulary sie kupuje jak się wzrok zmienia, a nie jak stare oprawki się rozlecą.
Niedzielne poranki spędzamy z prasą z całego tygodnia i kawą, a nie w kościele.Nie urządzamy hucznych przyjęć z okazji imienin i urodzin, a na spotkaniach towarzyskich jest dla nas ważniejsza rozmowa niż jedzenie. Święta spędzamy w rodzinnym gronie, a nadmiary finansowe zostawiamy w księgarni. Bez krzeseł i łóżka możemy się obyć, bez książek nie. Nie oglądamy telewizji od 16 do flagi, a jeśli któreś z nas sobie zaszaleje, drugie nie ma do niego szczególnych pretensji. Znamy miarę.

Tym razem uniknęliśmy mezaliansu. Mezalians  nie jest małżeństwem księcia z kopciuszkiem, tylko małżeństwem ludzi z różnych środowisk. 
Jeśli nie wiadomo, czy obchodzić wspólnie Chanukę, czy Boże Narodzenie; czy kształcić wszystkie dzieci, czy tylko synów; czy urządzamy rodzine imieniny i wesela na 30 fajerek czy małe kameralne spotkania, to musi iskrzyć.
Istotę mezaliansu pojęłam dopiero teraz.  Na starość robię się konserwatywna. :-)

3 komentarze:

  1. ja żałuję, że Tofci nie mieliśmy od szczeniaka,za to uratowaliśmy ją ze schronu. Musiała dużo przejść, bo niektorych złych zachowań wywodzących się ze strachu nie mogliśmy wyplenić.. ale i tak była najlepsza :D ( ps nasz ulubiony fachman też ma na imię Jacek aka pani Jolu co pani znów nawymyślała .. tak mamunia ma polot :D )

    OdpowiedzUsuń
  2. z tym konserwatyzmem to nie tak, że na starość, to tylko doświadczenie ;-)
    strasznie Wam zazdroszczę tego pięknego stadła. ale wiesz, to taka dobra zazdrość, bo dzięki Tobie mam nadzieję, że może kiedyś też mi się uda trafić na normalnego człowieka, z którym będę chciała spędzić życie.
    uściskuję!

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.