środa, 7 listopada 2012

Przeprowadzka 4

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Co ludzie powiedzą?


Co powiedzą ludzie widząc ewidentne wiarołomstwo?

Urodziłam się, wychowałam i mieszkałam z mężem nr 1 w tej samej kamienicy. Wszyscy znali moją rodzinę. Najszybciej zauważyli co się święci zaprzyjaźniony sąsiad i jego żona. Zaczęli sobie dworować ze mnie, z Tomka i męża nr 1. Najbardziej z męża nr 1, ale on sobie z tego nic nie robił. Nas pytano wprost, kiedy będzie rozwód i kiedy ślub, ale pytano o wiele miesięcy za wcześnie. Przeczyliśmy wszystkiemu nie wiedząc jeszcze, ze kłamiemy jak psy. Gdy już się wyniosłam z własnego mieszkania ten kochany człowiek, nasz sąsiad,  przewiózł do nowej siedziby mój niewielki majątek ruchomy. 
Starsze sasiadki zaczęły napastować moją babcię. Babcia odpowiadała, że jest stara i głucha, ma 80 lat a my jesteśmy dorośli i chyba wiemy, co robimy. 
Moja mama tylko mruknęła, że jej zdaniem Tomek to doktor przez nią prognozowany i tylko czekała na to co się stanie jak na zmiłowanie. Obie panie na odchodnem zapewniły mnie solennie, że gdyby mi w tym nowym życiu coś nie wypaliło, to spokojnie mogę wrócić do domu.
Teściowa numer 1 była zaniepokojona. Wcześniej skwitowała moje skargi na męża nr 1 tekstem "widziały gały co brały", teraz nie była już tak obcesowa i dopytywała się, czy aby rozwodu nie będzie, bo to straszny wstyd. Powstrzymałam się od uwagi, że wstyd to kraść i to mało, bo kraść dużo to biznes, że wstyd to nie dbać o rodzinę i zbijać bąki, znikać z domu przed swiętami, wracać po nocy i obijać się po całych dniach a w pracy kompletować na komputerze zdjęcia Pameli Anderson i Snoopiego. 
Mama Tomka, Alicja, którą znałam jeszcze z liceum miała zupełnie inny pogląd na sprawę. Przez poprzedni rok jej syn wychudł, nic nie mówił, pił jak smok, pytał tylko czy czegoś jej nie trzeba i w oczywisty sposób się staczał. Teraz odrastały mu włosy, trochę przytył, opowiadał dowcipy, odmalował sobie mieszkanie, znów o siebie dbał i śmiały mu się oczy. Spotkała się z synem sam na sam, opowiedział jej o koleżance ze szkoły z którą wyprowadza psa na spacer, która ma męża i dziecko i co robić. Dobra Alicja powiedziała, że wszystko rozumie, ale czy tego męża to tak ten, tego... by jakoś nie można ... no wiesz... i tu ponoć pstryknęła długimi pazurami. Przy pierwszej szczerej od dwóch lat rozmowie matka z synem wykończyli butelkę koniaku. Skończyło się to niestety atakiem kamicy nerkowej.

Największy problem miałam z plotkami w moim miejscu pracy, bo pracowałam w szkole, do której chodziła również Misia, a mąż nr 1 dorywczo uczył w niej geografii. Często zapominał przyjść na lekcje i wtedy go zastępowałam, co oszczędzało wszystkim pisania, a forsa zostawała w rodzinie. Zapominał również wystawić ocen na semestr albo na koniec roku, ale w tym nie mogłam go wyręczyć. Papiery to w końcu dokumenty urzędowe.
Misia zaczęła napomykać w klasie o koledze mamy, który był z dnia na dzień coraz bardziej obecny w naszym życiu. Koleżanka, bystry belfer, zaczęła mnie podpytywać . Wyprowadziwszy się do Tomka mogłam zrobić tylko jedno. Wlazłam na dużej przerwie na stół w pokoju nauczycielskim, zaklaskałam i wygłosiłam ekspoze na tyle donośnie, żeby najstarsze i najgłuchsze emerytki też usłyszały co mówię. A powiedziałam tak:
1. Mieszkam z innym panem niż dotychczas
2. Dziecko mieszka ze mną
3. Jeśli ktoś ma jakieś pytania to proszę z nimi się do mnie kierować, a nie do dzieciaka.
4. Żadnych nieformalnych zastępstw za męża nr 1 nie wezmę.

Zastępca dyrektora jęknął, bo nieformalne zastępstwa za roztrzepanego naukowca spadły na niego. Jedna koleżanka prorokowała mi, że za dwa lata wrócę do męża na kolanach. Kilka pań nie odzywało się do mnie przez 3 miesiące, a reszta przeszła nad sprawą do porządku dziennego. Najbardziej zachowawcza wydawało by się osoba w gronie szepnęła mi na ucho, że ona też ma drugiego męża i jest z nim szczęśliwa. Podałam w sekretariacie nowy numer telefonu i tyle. Najbardziej przeciwna i wzburzona była intendentka.

Wiosną zaczął się sezon szkolnych wycieczek. Miałam gdzieś jechać z klasą na cały dzień i wzięłam za sobą Misię. Padał deszcz, a Tomek miał tego dnia służbową sprawę na mieście. Przyjechał po niego srebrny ford z kierowcą i podwieźli nas do szkoły. W plotkarskim szkolnym światku taki fakt zostal natychmiast zauważony i skomentowany.. Następnego dnia wezwano mnie do dyrektorki na dywanik. Tem pani... no ten to kto to jest? - spytała dyrektorka.
- Doktor prawa międzynarodowego, specjalista od terroryzmu - odparłam niewinnie
- A gdzie on pracuje? drążyła dyrektorka.
Tu wymieniłam nazwę instytucji, która tak przeraziła męża nr 1. Dyrektorka się wyprostowała i pokiwała głową. Wyraziłam też nadzieję, że dwóch doktorów i jedna magister pedagogiki dadzą może radę porządnie wychować jedną małą dziewczynkę. 

Jedyną ofiarą naszego nowego związku (poza mężem nr.1) była sprzątaczka Alicji. Wyraziła jakiś komentarz związany z kształtem nosa Misi zupełnie innym niż nos Tomka i Alicji. I z miejsca straciła miejsce pracy.

A co na to Misia?

Można się bardzo zakochać, można uciec z własnego domu, można wszystko, jeżeli się jest samemu. A ja miałam Misię i do głowy mi nie przyszło, że mogę ją komuś zostawić. Programowo bezdzietnemu Tomkowi, który jak Henryk Sienkiewicz głośno wszystkim tłumaczył, że Herod to był wielki król i że dzieci są zakałą ludzkości też przez myśl nie przeszło, że gdziekolwiek wyniosę się bez córeczki. I nieco przerażony zastanawiał się jakim cudem z bon vivanta ma się nagle przeistoczyć w ojca pełnej rodziny, Pater Familiasa na cały etat. Pytał mnie co ma robić, jak się zachowywać. Pokazałam mu pana wróbla, który miał gniazdo nad naszymi oknami i pracowicie przez cały sezon wychowywał kolejne pokolenie wróbląt. Nie konczył fakultetów, a jednak wiedział jak się dba o dzieci i przynosił robale do gniazda, choć miał tylko ptasi móżdżek. Wyraziłam nadzieję, że mądry doktor praw jakoś sobie poradzi. Prawdą było, że się z Misią bardzo lubili, ale co innego się lubić, a co innego razem mieszkać.
Wyniosłam się zatem z domu, przygotowaliśmy dziecku łóżko i szafkę na stroje i książki do szkoły, stół, krzesło i lampkę do pracy w nowym domu, a w tydzień później z mężem nr 1 odebraliśmy latorośl powracającą z turnusu w Sromowcach. Wyjaśniłam dziecku co i jak i że zaraz jedziemy do nowego miejsca zamieszkania. Córka popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami i parsknęla śmiechem: "mama się zabujała!" Tego mąż nr 1 nie wytrzymał. Urządził jedyną histeryczną scenę w życiu, bo na ogół był bardzo, aż za bardzo spokojny. 
Nie przejęłam się tym wcale, za to Misia przejeła się bardzo, wzięłam taksówkę i pojechałyśmy.
Dla Misi nastał ciężki czas. Nie będziemy owijać w bawełnę. Rozbiłam jej dziesięcioletni świat na kawałeczki. Zostawiła swoje koleżanki, do których z racji odległości nie mogła wpadać między obiadem i kolacją żeby się pobawić. Miejsce nieobecnego duchem ojca zajął obecny jak najbardziej i bystry do bólu Tomek. Nie było babci i prababci, które manipulowały dzieckiem, mężem nr 1 i mną jak chciały. Miejsce skłóconych dorosłych zajął wspólny mamino-tomkowy front. Do szkoły trzeba było jechać ponad godzinę odwożąc po drodze Pestkę babci i nie można się było spóźnić na autobus, bo następny tkwił w korku na Wisłostradzie do południa. Nie było mowy o guzdraniu się przy jedzeniu. Ani o oglądaniu telewizji do północy, bo kto wstaje o 6 rano a lubi pospać, ten się kładzie wcześnie spać. Bała się sama wyjść z domu, bo nikogo dookoła nie znała. Wciąż pamiętam ją stojącą przy oknie, wpatrującą się w jeziorko Czerniakowskie i smutną bezmiernie. Pestka pocieszała ją jak umiała, zapraszała do swojego koszyka i wysłuchiwala wszystkich smutków. Po jakimś czasie okazało się jednak, że nie jest tak źle. Babcina działka była w zasięgu krótkiego spaceru przez pole. Na osiedlu było mnóstwo dzieci. W letnie popołudnia braliśmy ręczniki i szliśmy popływać. Pies ganiała jak wściekła w trawie i buszowała w trzcinach i Misia wkrótce zaczęła buszować razem z nią.
W maleńkim mieszkaniu telewizor bardzo przeszkadzał, nie pozwalaliśmy dziecku na oglądanie programu przez cały dzień. Prawdę mówiąc oglądaliśmy tylko dzienniki telewizyjne i programy informacyjne, bo to było niezbędne Tomkowi do pracy. Mała nudziła się więc jak pies. Nasze propozycje, żeby może coś poczytała traktowała jak ponury żart. Po wizycie u okulisty i zrobieniu jej okularów ( bez narzekania na ich koszt) Misia pochłonęła pierwszą książkę. Była to mitologia grecka, bo o mitach i Grekach mogla z Tomkiem pogadać. Nie było u nas cenzury na książki, czytała co chciała. Po roku nie usłyszałam już od niej ani razu, że się nudzi. Powoli układały się jej stosunki z Tomkiem. Nie chciał gadac o lalkach i obrazkach narysowanych świecowymi kredkami, nie chciał słuchać piskliwego grania na fleciku, ale każdy jej problem był wysłuchany, omówiony i traktowany poważnie. Pozatym umiał pięknie przeklinać, bekać i pierdzieć rozgłośnie, żartować, i brał nas poważnie. Chyba nigdy nie usłyszala od niego strasznego zdania "czy ty musisz mi ciągle przeszkadzać?".
Lojalnie jej tłumaczył, że na matematykę i polski w szkole chodzić musi, a na religię nie musi. I w zależności od kwalifikacji katechety w szkole chodziła lub nie. Miły ksiądz katecheta spytał mnie kiedyś jakim sposobem dziecko, które teoretycznie nie uczęszcza na lekcje religii tyle o religi wie. To proste, odparłam, wie, bo czyta i się z nią rozmawia.
Misia do Tomka mówiła po imieniu. Nazywanie go jakimiś eufemizmami wydawało się nam wstrętne. Jednak gdy ktoś dzwonił do Tomka, a ona odebrała telefon zawsze mówiła "już prosze tatę". 
Pewnego razu Misia miała bardzo zły dzień. W szkole coś nie poszło, praca domowa z matematyki nie dała się odrobić, gramatyka polska była niepojęta, a wiadro ze śmieciami rozsypało się jej na środku kuchni. I jeszcze coś się potłukło. Tomek poszedł do niej, zobaczył złość, bezradność i rozpacz na twarzy i kazał jej zakląć. Cichutko powiedziała polskie słowo na k. Wyjaśnił jej, że to rodzaj zaklęcia, które trzeba powiedzieć głośno i z całego serca. Chwilę tak ćwiczyli a potem zobaczyłam jak roześmiany dzieciak biegiem sprząta te smiecie, w trzy minuty pokonuje złego x w zadaniu i odmienia przez przypadki: Kto? co ? róg, Kogo? czego? rogiego....
Po roku wspólnego życia Tomek dostał świadectwo na czerpanym papierze. Z opowiadania bajek i śpiewania kołysanek dostał dwóję, z dbania o nas, żartowania, i bycia tatą - same celujące. Na świadectwie były nasze podpisy i ocisk psiej łapy.
Misia do dziś mówi, że nasze pierwsze wspólne 2 lata uciekły jej z pamięci, ale tak jak i ja najlepiej wspomina mieszkanko przy Jeziorku Czerniakowskim. Malutkie, ciasne, ale bardzo przyjazne lokatorom. Po naszym ślubie poprosiła go, czy może mówić do niego tato. 



Trzeba teraz to wszystko posprzątać

Wprawdzie cudzy mąż i cudza żona, to też mąż i żona, ale nasza prawna sytuacja była bardzo niewygodna. Wypisałam się w Administracji z używania wody, śmieci i windy u mamy i zapisałam się na stanie w Administracji Tomka, ale pozostały kwestie kont bankowych, prawa opieki nad dzieckiem, odbierania listów na poczcie, ubezpieczenia rodzinnego i takie inne pozornie nieważne rzeczy. Nie wspominając o na przykład sytuacji, gdybyśmy z Tomkiem mieli wspólne dziecko, albo gdyby któremuś z nas coś się stało. Trzeba to było uprzątnąć. 

Tomek był co do rozwodu ze swoją żoną dogadany, ale pozew napisał sobie dopiero wtedy, gdy już z nim mieszkałam. Kazał mi usiąść w salonie na fotelu, wspierać go emocjonalnie, a sam zamknął się w sypialni z kodeksami, wzorami pism procesowych i blokiem do pisania. Siedział tam dwie godziny, wyszedł spocony jak mysz i powiedzial uff... Wysłał pozew gdzie trzeba, potem była pierwsza rozprawa, potem druga i miałam w domu wolnego człowieka. 
A ja się z domu wyniosłam niczego z mężem nr 1 w tej kwestii nie uzgadniająć. Byłam wiarołomną żoną i z tego co pamiętałam z prawa rodzinnego mogłam sobie o rozwód wnosić do woli. Mąż nr 1 był w końcu miłym, wykształconym człowiekiem, obytym i kulturalnym, nikomu krzywdy nie zrobił, nie pił, nie bił, nawet nie krzyczał, kotka nie kopnął, tylko żyć się z nim nie dało. I jak tu wnosić o rozwód z kimś takim? No i jeszcze pozostawała kwestia Misi. Jak zwykle w takiej sytuacji prawie byli małżonkowie grożą sobie odebraniem dziecka. Tak też uczynił mąż nr 1. Wprawdzie tylko raz i bez przekonania, ale jednak.
Zebrałam się w sobie i pogadałam z mężem nr 1. Nie bardzo chciał z początku zgodzić się na rozwód, bo urzędów, sądów i kosztów bał się tak samo jak ja, ale gdy mu wyjaśniłam w co się wpakuje, gdybyśmy mieli z Tomkiem dziecko - że wtedy to by było jego dziecko prawnie rzecz biorąc, że musiałby sądownie zaprzeczać ojcostwu i płacić za to i być może za alimenty zaraz zrejterował. Postawił kilka warunków: że o rozwód wniesie on ( czytaj: moje będzie na wierzchu), że za porozumieniem stron ( ufff....) i że ktoś musi napisać pozew. Najlepiej za darmo. Prawnik Bogu dzięki był pod ręką.
Poszliśmy do pubu. Tomek z blokiem do pisania siadł na wysokim parapecie, my na przeciwko na malutkich beczkach. Bez ceregieli spytał nas, kto w tym pozwie ma być ku...ą, a kto idiotą. Wybrałam pierwszą z tych ról, żeby ułatwić mężowi nr 1 decyzję. A potem Tomek punkt po punkcie odpytał męża nr 1 z przebiegu naszego związku, zapisał to wszystko na kartce, trzy razy pytał przy każdym zdaniu, czy to aby prawda i nie mrugnąwszy okiem skonstruowal pozew całkowicie zgodny z prawdą. Zamarłam. Osłupiałam. Pierwszy raz widziałam go w pracy, jak w kilka minut wycisnął nieświadomego rzeczy męża nr 1 jak cytrynę i sprawnie przetworzył jego opowieść na język urzędowego dokumentu. Potem dodał, że to piękny pozew i nie powinno być żadnych trudności.
Na sprawie pojednawczej przeczytawszy ten pozew Słodziutki Wysoki Sąd miał oczy jak spodki. Trzy razy pytał męża nr 1, czy to prawda, co jest w tym pozwie napisane. Mąż z dumą potwierdzał. Czy to pan ten pozew składa?- dopytywala się sędzina z szeroko otwartymi oczami. Tak, ja sam - potwierdził mąż nr 1. Czy pani ten pozew przyjmuje? padło pytanie w moją stronę. Tak Wysoki Sądzie - powiedziałam. Wolałam sie nie odzywać. Ten sąd widział z pewnością wiele, ale takich pozwów chyba codziennie nie oglądał. Sędzina westchnęła, mruknęła coś pod nosem i wyznaczyła termin rozprawy ostatecznej w niezbyt odległym terminie. Przypomniała o konieczności przyprowadzenia ze sobą świadka, który opowie Słodziutkiemu Wysokiemu Sądowi jak w tym wszystkim wygląda sytuacja Misi.
Koleżanka ze szkoły, jedna z nauczycielek Misi zgodziła się pójść z nami do sądu i świadczyć. W zamian Tomek jej udzielił jakiejś prawnej porady.
Pod koniec czerwca udaliśmy się w trójkę na rozprawę, mąż nr 1, koleżanka i ja. Porządnie ubrana w dyżurną rodzinną spódnicę na poważne okazje i białej bluzce wyglądałam blado i źle. Mąż nr 1 chichotał i żartował, ale przyznał się, że termin rozprawy zataił przed swoimi rodzicami. Koleżanka zeznawała około 4 minut. My po kolei po mniej więcej kwadrans. W końcu sędzina wydała wyrok, z ociąganiem zasądziła mężowi nr 1. 150 zł alimentów i kiwając palcem przypomniała mu, że dzieci należy ubierać, leczyć, uczyć, zapewnić im wypoczynek, a nawet czasem kupować im meble i on ma w tym uczestniczyć. Mąż numer 1 kiwał główką, ale nie powiedział głośno, że nie po to w końcu oddał komuś żonę i dziecko, żeby jeszcze na nie płacić. Kosztami procesu sędzina obciążyła nas nierówno, bo mąż nr 1 więcej zarabiał. Dwaj ławnicy jak Gog i Magog tkwili po prawej i lewej stronie sędziny i zgodnie kiwali łysymi głowami. Na tym sprawa się skończyła. 
Poszliśmy do baru pod paragrafem, gdzie postawiłam wszystkim kolejkę. Jakimś cudem spódnica dobra na mnie rano, wieczorem wisiała jak na wieszaku. Nie ma czegoś takiego, jak miły rozwód.
Pojechaliśmy na wakacje, a wyrok sobie leżał w sadowej kancelarii i się uprawomocniał. Wróciliśmy z nad morza opaleni i wypoczęci, w planach mieliśmy odebranie ważnego wyroku z sądu, wizytę w Urzedzie Syanu Cywilnego bym mogła wrócić do własnego nazwiska. Tomek nalegał bardzo by się również dowiedzieć jak szybko można by zalegalizować nasz związek. 
Tego dnia o 5 rano zadzwonila do nas przerażona Alicja, bo bawiąca u niej z wizytą przyjaciółka tuż po północy umarła w jej mieszkaniu. Poprzedni dzień panie miały bardzo miły, spędziły go na działce. W nocy przyjaciółka dostała ciężkiego ataku astmy, zawału i umarła stojąc przy oknie i próbując bezskutecznie odetchnąć. Pogotowie przyjechało po fakcie a lekarz mógł tylko dać Alicji uspokajający zastrzyk. Moja przyszła teściowa była zupełnie roztrzęsiona. Zadzwoniła do nas dopiero rano, bo nie chciała nas budzić, ale o piątej miała już wszystkiego dość i jednak nas obudziła. 
Biegiem do niej pojechaliśmy i żeby nie siedziała sama i zajęła myśli czymś innym zabraliśmy ją ze sobą w tournee po Sądach i Urzędach. Jako wieloletni ławnik znała sądowe korytarze lepiej od nas. Popłakując i żartując na zmianę odebraliśmy wyrok, poszliśmy razem do USC, gdzie wypełnialiśmy wspólnymi siłami maleńkie rubryki, w których trzeba było wpisywać starannie długie numerki aktów stanu cywilnego beż żadnych pomyłek i skreśleń. Odzyskałam urzędowy status osoby stanu wolnego. Odzyskałam własne nazwisko. W końcu dotarliśmy do Pałacu Ślubów. Wszystkie potrzebne dokumenty mieliśmy przy sobie i miła urzędniczka znalazła nam nieodległy termin ślubu. Stanem wolnym nie cieszyłam się długo.

Ślub A.D. 1996



Miła panienka w Pałacu Ślubów obrzuciła wprawnym okiem kolejkę czekającą na wyznaczenie terminu ślubu, puściła do nas perskie oko i zaprosiła nas do kancelarii jawnie lekceważąc kolejkowy regulamin. Recydywa ma pierwszeństwo - wyjaśniła nam w zaciszu gabinetu, a potem znalazła stosowny termin na uroczystość, w sobotę, o 9 rano, żeby wszyscy goście, którzy nie mają zamiaru przyjść mogli się taktownie spóźnić. Żeby dokładając do niedzieli dwa ustawowo wolne z tytułu zaślubin dni wyskoczyć gdzieś w świat, żeby nie trzeba było uzasadniać braku hucznego wesela.
Pierwszą suknię uszyłam Misi. Model ściągnęłam z najlepiej ubranego dziecka w szkole. Swoją też zrobiłam sama, dopasowując kolor do stroju córki. To była pierwsza rzecz szyta przeze mnie, gdzie naprawdę wszystko starannie fastrygowałam. Samą suknię uszyłam z żorżety a na staniku i rękawach była gipiurowa koronka. Tak dobrze dobrałam kolor, że tej koronki na zdjęciach nie widać. Tomek kupił sobie cholernie drogi garnitur i narzekał, że nikt nie zwraca uwagi na jego strój, wszyscy pytali tylko o nasze damskie kreacje. Pan w kwiaciarni dał mi do przejrzenia stos albumów z fotografiami ślubnych bukietów. Wzięłam pierwszy ze sterty i na drugiej stronie znalazłam pasujący bukiet. Panu ulżyło i w nagrodę za szybką decyzję różyczkę do klapy dał nam gratis. Daliśmy jubilerowi do przeszlifowania moją starą, steraną obrączkę, a dobra Alicja z satysfakcją dała synowi obrączkę jego pradziadka z inicjałami AO wygrawerowanymi w środku. Taki mały, miły zbieg okoliczności. 
Jubiler dopisał tylko aktualny rok i wszystko było załatwione. 
Babcia kupiła tort, z mieszkania na Starym Mieście do pałacu ślubów były dwa kroki, żadne pojazdy nie były nam potrzebne. Brat Tomka i moja przyjaciółka zgodzili się nam świadkować, Alicja zgodziła się naparzyć weselnikom kawę i herbatę, weselnicy nawet nie mruknęli, że poza poranną kawą nie ma żadnego wesela. 
Tuż przed ślubem byłam w Niemczech i przywiozłam śmieszny gadget - napis z folii na sznurku z czerwonych, błyszczących liter głoszący JUST MARRIED i worek baloników w kształcie serduszek. Rozpięliśmy napis na regale w salonie, nadmuchaliśmy baloniki i zrobiło się bardzo weselnie. Baloniki okazały się bardzo dobrej jakości. Po kilku miesiącach, w Sylwestra, Alicja wypuściła je przez okno. Staromiejscy menele bardzo się z nich ucieszyli. 
Pani Monika, fryzjerka ostrzygła Misię i mnie na dzień przed uroczystością w obłędnym tempie a pałacowy fotograf wykazał się refleksem i zrobił zdjęcie które tu zamieszczam. Miny uczestników uroczystości mówią same za siebie. Na innych zdjęciach goście mają poważne twarze.  Mimo niegodziwej pory przyszło mnóstwo ludzi, okazało się, że sekunduje nam naprawdę tłum!
I tylko intendentka ze szkoły miała wątpliwości, czy te dwa dni wolnego z okazji ślubu przysługują również za drugim razem.

19 komentarzy:

  1. zdjęcia nie ma, hmmm...
    a tak a propos rozwodów, to ja swój wspominam milej niż ślub ;-) faktem jest, że cały dramat rozgrywał się wcześniej, ale sam rozwód? każdemu bym życzyła, żeby się rozwodził w takiej atmosferze :-)
    czyta się jak najlpszy kryminał i harregopottera ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie ma dzieci i wścieklych teściów, ludzie są dogadani to owszem, można przeżyć. Ale zazwyczaj to koszmar.

      Usuń
    2. som foty! jaka jesteś piękna :-)
      a to coś w oczach to się chyba nazywa szczęście :-)
      (dzieci to ja nigdy nie chciałam będąc porzucona dwakroć), a na rozwodowej sprawir teściów nie było (w odróżnieniu od ślubu... czasem se myślę, że gdybym miała taki ślub jak rozwód, to bym się nigdy nie rozwiodła ;-])

      Usuń
  2. Fantastycznie się Ciebie czyta. z zapartym tchem i uśmiechem na twarzy, mimo trudnych spraw które poruszasz.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja się ciągle wzruszam, bo się identyfikuję (mąż mój nr 1 podobny do Twojego nr 1). Nawet o rozwód podał, żeby ewentualne dziecko (?!) nie było na niego. Tylko męża nr 2 spotkałam trochę później...

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie się to czyta! Pisz Kobieto, pisz!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było napisane bardzo dawno. Przenoszę stare posty.

      Usuń
  5. Nie żebym była wścibska, bo znam CIę osobiście, ale chętnie bym ślubną fotkę w opisanej kreacji oglądnęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozelko, Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

      Usuń
  6. Kiedy spędziło się przy powyższym blogu kilka godzin dzisiejszego popołudnia i wieczoru nie uchodzi wyjść stąd po "angielsku".
    Poczytuję Cię po cichu od ubiegłego roku ale na Multipleya nie trafiłam.
    Dziś wróciły do mnie moje lata 80-te,w których również brałam ślub.Sukienka ślubna odkupiona od koleżanki. Buty bez palców, za duże o całe 2 numery bo innych nie znalazłam. Urządzałam nasze pierwsze M2-26,5m kwadratowego, kupowałam pierwszą lodówkę(używaną) po tym jak potężna wichura pozbawiła nas w połowie miesiąca całego zapasu mięsa i kiełbasy z za okna(wykupione całe kartki bo towar był).
    Jak człowiek wtedy potrafił cieszyć się z drobiazgów....
    Dziecko wychowało się w jednym pokoju z rodzicami i jakoś dziś nie jest spaczone emocjonalnie czy osobowościowo.
    Dobrze tak czasami pomyśleć wstecznie.
    Pozdrawiam i pisz dalej

    OdpowiedzUsuń
  7. potwierdzam, swietnie sie Ciebie czyta, tak juz mam, ze zawsze mysle jak ja bym mogla opisac moje przezycia i tez by sie tego uzbieralo, ja co prawda jak bralam slub to bylam panna z pierwszej reki, ale meza mam z odzysku :)
    a ubaw mialam nieziemski z tego co ludzie gadali, bo w dodatku ze wsi jestem i u nas kazda baba wie lepiej co sie dzieje u sasiadow niz u niej samej:)

    pozdrawiam i czekam na ciag dalszy ma sie rozumiec

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak zwykle, z przyjemnoscia tutaj zajrzalam, poczytalam, troche sie pousmiechalam pod nosem (twoja autoironia jest cudowna!), nieco sie zadumalam, i pomimo, ze sa to "stare historie", trzymalam kciuki, aby wszystko dobrze sie skonczylo.

    Na marginesie, nie sama... moja kolezusia wpadla na kawe z przedluzeniem, i dziergajac czapke spytala: a co tam nowego u Pani Gackowej? Od tematu lalkowego jest twoja wierna fanka, pomimo, ze ona nienetowa. Pozdrawiam cie takze od niej!

    P.S. Pozostaje na bloxie. Kluczyk wyslalam. Jestem teraz pod adresem spiritofcounty.blox.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ukłoń się wielbicielce ode mnie. Historia się skończyła zgodnym, póki co szesnastoletnim pożyciem. Żadne z nas się nie wybiera zmieniać partnera. Misia do Tomka dalej mówi tato.
      Bez autoironii pękł by człowiek czasem, trzeba nieco gazu wypuścić.
      Lecę po kluczyk do blogasa, bo żyć bez Twoich opowieści niewygodnie jest.

      Usuń
  9. i ja podczytuję anonimowo, nie znamy się ale uwielbiam tu przychodzić i czytać z zapartym tchem :-))
    Nie myślałaś o napisaniu książki? Pozdrawiam serdecznie :-))

    OdpowiedzUsuń
  10. I ja mam tak samo, jak wpisany wyżej Anonimowy , czyli że czytam z zapartym tchem i podziwiam :)
    Nie czytałam Twojego poprzedniego bloga, więc bardzo cieszę się, że wkleiłaś tutaj tamte notki- żal, żeby przepadły w odmętach sieci.
    Pozdrawiam
    mp

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajnie wszystko opisujesz. Też myślę, że powinnaś napisać książkę :). Ślicznie wyglądasz na zdjęciach, a to gdzie w trójkę siedzicie, jest wzruszające.
    Pozdrawiam Jola

    OdpowiedzUsuń
  12. Bo Gackowa niecodzienną jest i tyle!

    OdpowiedzUsuń
  13. Oj pani Gackowa, wyglada pani rewelacyjnie pieknie.
    BM.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyglądała, wyglądała, naszemu małżeństwu strzeliło szesnaście legalnych lat. Czas mnie mocno zmienił.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.