piątek, 9 listopada 2012

Przeprowadzka 5

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Razem


Bardzo nam było dobrze w maleńkim służbowym mieszkanku. Wstawaliśmy gdy piękne słońce wyłaniało się jak czerwony balon z Jeziorka Czerniakowskiego. O 6.54 nasz autobus ruszał z przystanku w kierunku śródmieścia. Początkowo stały skład pasażerów i kierowca obruszali się, gdy pakowalam się do niego z Misią i Pestką. Po kilku miesiącach zdarzało się, że stali pasażerowie kazali kierowcy czekać, bo nie ma tej pani z psem. 
Po południu wracałyśmy do cichego osiedla, Tomek wracał na czas i wiedliśmy spokojne życie rodzinne. Raz w tygodniu braliśmy dwa plecaki i szliśmy na bazarek. Mój mądry doktor praw, skądinąd nieźle zorientowany w rzeczywistości, osłupiał zobaczywszy ile mięsa, wędlin, owoców i nabiału można kupić za kwotę, którą w Billi przeznaczał na drobne zakupy. Okazało się, że finansowo na zwązku z biedną nauczycielką nie stracił, a raczej wrecz przeciwnie. Poza tym skończyły się wydatki przeznaczone na znajomość z panem Zdzisiem. 
Wieczorem nadchodziła święta pora dziennika telewizyjnego, czasem oglądanego powielokroć. I coraz częściej mój urzednik kazał mi przyglądać się ludziom w telewizji. Co mysli ten facet? - padało pytanie. 
No to mu mówiłam co widziałam. Ten się boi, tamten łże jak pies, a ten siwy to chyba jest bardzo chory odpowiadałam. Jelcyn nie ma żadnej grypy tylko schyłkową niewydolność serca. I dlatego raz jest gruby - czyli napompowany wodą jak balon, a raz chudy, czyli odwodniony na wiór. I tak mnie pytał a ja odpowiadałam. Za każdym razem Tomek zdziwiony stwierdzał, że znam się na polityce. Po latach wcierania mi, że o tym akurat nie mam pojęcia bardzo mnie takie sądy dziwiły. 

Któregoś razu, tuż przed Bożym Narodzeniem podkukułczyłam Misię babci. Tomek wrócił z pracy roztrzęsiony i ledwie żywy, bo oskarżono premiera Oleksego o zdradę, szpiegostwo i co tylko najgorszego. Aparat urzedniczy w kraju był w szoku. Nie wiedziałam o szoku, ale widziałam, że trzeba męża zatrudnić, żeby miał co robić zamiast się zamartwiać. Mimo, że robiło się już ciemno, poszliśmy na bazarek po choinkę. Wybrałam najbardziej krzywego drapaka z łysym bokiem i dwoma czubkami, a po powrocie do domu wręczyłam Tomkowi nóż, chybotliwy stojaczek i kilka gwoździ z poleceniem połączenia tego w całość i żeby choinka się nie przewróciła. Walczył z krzywą choinką jak lew i sporo po północy poszliśmy w końcu spać. Rano w pracy jako jedyny nie miał kaca, bo reszta kolegów omawiała przy flaszce niesłychaną sytuację aż do rana. Choinka i tak przewróciła się w drugi dzień świąt, ale jakie to miało znaczenie?
Kiedy w końcu stracił posadę w rządowej administracji i cały rozdygotany przyszedł do domu tuż przed siódmą, pogoniłam go do sklepu ze zwierzętami i kupiłam mu maleńkie szczurze dziecko w niespotykanym szaro błękitnym kolorze. Szczurzynka wlazła mu pod kołnierz, przytulila się, zrobila ze strachu kupę, potem wpełzla do kieszeni koszuli i tam zasnęła. Odchował i oswoił zwierzaczka, który z pewnością był zrowszą opcją, nawet jeśli przyjmiemy, że szczury to straszne szkodniki i roznoszą zabójcze zarazki, niż skrzynka wódki obligatoryjnie spożywana przy takich okazjach! 
Zresztą już następnego dnia zaproponowano mu prowadzenie wykładów na wyższej uczelni, a nim przestano wypłacać odprawę dostał pracę w Kancelarii Prezydenta RP. 
Wymyśliłam z tej okazji taką historyjkę: raz w tygodniu na biurku Pana Prezydenta lądowała jedna jedyna kartka, na której było napisane, co ważnego dzieje się w Polsce i na świecie. Kartka była bardzo zwięźle napisana i bez owijania w bawełnę informowała o prawdziwych wydarzeniach. No i któregoś dnia kartka się nie pojawiła. Pojawił się gruby plik kartek ze sprzecznymi informacjami. Gdzie jest moja ulubiona kartka?spytał Pan Prezydent. Nie ma, ten pan, który ją pisał już tu nie pracuje. A gdzie ten pan teraz jest? spytał Pan Prezydent. Proszę go znaleźć go i zaraz zatrudnić, bo bardzo mi jest potrzebna jego cotygodniowa kartka. Jak kazał, tak się stało. Przez dwie kadencje Tomek pisał dla Pana Prezydenta ową cotygodniową kartkę. W drugiej kadencji pracował już w zespole doradców. Przez cały czas wykładał również w różnych wyższych szkołach, bo jak wiadomo kadencje prezydenckie nie trwają wiecznie, a po ich zakończeniu też trzeba żyć. W pewnym momencie moja mądrzejsza połowa nabrała podejrzeń graniczących z pewnością, że dla następnego Pana Prezydenta pracować nie będzie.  Nie było nam dane umierać z głodu w biedzie i zapomnieniu.
A ja sobie pracowałam w szkole. Praca w szkole jest udręką, gdy trzeba się z niej samodzielnie utrzymać. Jeśli natomiast ma się jakies pozaszkolne źródla dochodu przynosi wiele satysfakcji. Pozwala pogodzić prowadzenie domu z pracą zawodową i zdążyć ze wszystkim. Pozwala zająć się dzieckiem podczas wakacji. Pozwala pozatym na kontakt z dzieciakami, co bywa naprawdę inspirujące. W dwa miesiące po przeprowadzce do Tomka zrobiłam egzamin KDS z języka niemieckiego. Cudzoziemiec poza Niemcami żadnego ważniejszego egzaminu zdać już nie może. Nie dostałam z tego egzaminu samych piątek, ale nie robiłam sobie żadnych zarzutów z tego powodu. naprawdę byłam wtedy zaangażowana w różne inne sprawy. Wkrótce potem w szkolnym świecie zaczęły sie przygotowania do reformy oświaty. Dziwne to były przygotowania. Zaczęto nas szkolić. Nie zwracając uwagi na to, co kto już umie. Wysłuchiwałam monotonnych, wygłaszanych bez zrozumienia wykładów o sprawach znanych mi ze studiów. Przekazywano informacje naprawdę kluczowe dla procesu dydaktycznego, nowe dla nauczycieli przedmiotowych, którzy pedagogiki mieli może na studiach dwa semestry, a psychologii wcale, ale dla absolwentów pedagogiki znane jak ABC. Na dodatek dla wygody wykładającego, a może dla honorarium autora kursu teorie znane od lat trzydziestych dwudziestego wieku przeinaczano, kastrowano i przedstawiano jako ostatnią nowość. I nikt nie mówił, jak tę wiedzę zastosować praktycznie. To się nazywało "kształcenie kaskadowe". A ja musiałam tracić czas i pieniądze na takie "szkolenie". Sysyem szkoleń dla nauczycieli polegał po prostu na wyciąganiu z ich prawie pustych kieszeni pieniędzy. Sensowne kursy były finansowane z pieniędzy unijnych, przez Ośrodek Goethego i na nich nauczyłam sie czegoś nowego. Kiedy już miałam wszystkie możliwe zezwolenia i papierki, żeby jaki nauczycielka nauczania początkowego wykładać język niemiecki całkowicie i na amen wysiadło mi gardło. Wysiadło na tyle, że praca głosem była już niemożliwa. Zmieniłam zatem pracę i popracowałam sobie rok w księgarni językowej. Po roku rozstałam się z tą księgarnią ku obopólnej uldze. Zamiast doradzać jak i czym uczyć obcych języków miałam po prostu pilnować towaru przed złodziejami. No cóż, to najwyraźniej nie było moim powołaniem. Poza tym godziny pracy w handlu uniemożliwiają życie rodzinne, wracałam do domu bardzo późno. W dwa tygodnie po podjęciu przeze mnie pracy w tej księgarni Tomek w szybkich abcugach kupił mikrofalówkę, bo jedzenie odgrzewane na patelni przez dziecinę było niejadalne. Potem trzeba było zatrudnić sprzątaczkę na dwa razy w tygodniu. Licealistka też wymagała mamusinej opieki. Dysproporcja zarobków między nami była już tak duża, że wszystkie niewygody związane z pełnoetatowym zatrudnieniem poza domem były bardziej uciążliwe niż moja pensja potrzebna. W końcu zwolniliśmy sprzątaczkę, z ulgą przyjęłam wygaśnięcie umowy o pracę w księgarni i zajęłam się swoimi sprawami. Tradycyjny podział ról w rodzinie jakoś się u nas sprawdza.


Mieszkania

Wyprowadzając się do służbowego mieszkanka Tomka w trakcie przenoszenia szpargałów trafiłam na moją książeczkę mieszkaniową. Pracowicie zbierany przez całą moją rodzinę wkład był zawinkulowany w roku pańskim 1974 i to by było na tyle. Wpłacaliśmy na tę książeczkę, wpłacaliśmy i po reformie złotówki wkład opiewał na 8 złotych i 40 groszy. Tyle w nowej Polsce był nominalnie wart wieloletni wysiłek calej rodziny. Tomek przypomniał sobie, że i on posiada podobny dokument. U niego było więcej pieniędzy, całe 10 złotych i 80 groszy. Nasze matki musiały się naprawdę postarać by oszczędzić te pieniądze, a teraz cała sprawa wydawała się ponurym żartem.
Dla jednej osoby, nawet dla dwóch, 35 metrowe mieszkanko może wystarczy, ale choć było urocze i po powrocie z wakacji całowałam je na dzień dobry w umywalkę we trójkę z psem było nam tam jednak ciasnawo. Pies starała się nie wychodzić z koszyka gdy wszyscy byli w domu, żeby nikt jej nie nadepnął. Misia programowo nieznosząca grzecznego siedzenia na krześle zawsze odrabiała lekcje leżąc na dywanie, tam leżała na dywanie do połowy schowana pod łóżkiem. W tym metrażu szycie ślubnej sukni maxi było poważnym wyzwaniem wobec geometrii euklidesowej, bo nie było kawałka wolnej podłogi, żeby rozłożyć tkaninę. 
Latem dzieciak dużo czasu spędzal na dworze, ale zimą ciasnota doskwierała. Choinkę ubieraliśmy w ostatnim możliwym terminie, a rozbieraliśmy w pierwszym dopuszczalnym. I tak już po naszym ślubie Tomek zaczął rozważać przeniesienie się do większego lokum. Jego instytucja budowała nowy kompleks mieszkań służbowych, nowoczesnych, z balkonami, o dużej powierzchni, tyle, że na Kabatach, na końcu swiata, gdzie metro się kończy. Jako trzyosobowej rodzinie urzędnika z osiągnięciami mieszkanie na Kabatach nam przysługiwało. Dziś to całkiem cywilizowana okolica, ale wtedy tylko wiatr tam gwizdał, a budynki dziwnie przypominały zamek w Malborku. Nawet pojechałam tam obejrzeć sobie okolicę. Patrzyłam, patrzyłam i rósł we mnie sprzeciw. Na te Łajskie Grudzie musiałabym zataszczyć z miasta na plecach wszystko. Mój piękny, mądry mąż woził by się służbową bryką, a ja bym taszczyła i kartofelki, i wołowinę, i ziemię do kwiatków, ba nawet sznurowadła i atrament. Nie mówiąc o braku księgarni w sąsiedztwie. I w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia tuż po obudzeniu się siadłam na łóżku w siadzie płaskim i oświadczyłam, że na żadne Kabaty się nie wybieram, nie i już. 
Kilka dni póżniej wpadła do nas Alicja. Popatrzyła na to, jak Misia odrabia lekcje, na psa tkwiącego w koszyku, na nogi Tomka, które zajmowały niemal cały "duży pokój" kiedy sobie siedzial w fotelu, i stwierdziła, że tak nie może dłużej być, że dziecko nie może siedzieć pod łóżkiem, że jej mieszkanie jest dla niej za duże i że to bez sensu, że my się gnieciemy, a ona ma takie przestrzenie, że trzeba się po prostu zamienić mieszkaniami i że ona wynajmie firmę przewozową, a my zapłacimy i będzie OK i że to trzeba pilnie załatwić. Zaczęliśmy nad tym myśleć, niby brzmiało dobrze, ale czy nikt aby nie wyrzuci Alicji ze służbowego mieszkania syna? Czy taka zamiana jest wobec niej w porządku? Moja mama była zdania, że jak się ma więcej to jest lepiej i jej by pomysł na zamienianie się z nami na nasze byle jakie mieszkanie do głowy nie wpadł. Doświadczenia jej koleżanek wykazywały niezbicie, że oddanie wszystkiego dzieciom bywa pomysłem niedobrym, i że zbyt hojni rodzice wychodzą na takich operacjach bardzo źle.  Na dodatek firma postanowiła pozbyć się kłopotu z maleńkim, przechodnim ( nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby go za mieszkanie docelowe) mieszkankiem i zezwolila na jego wykup. 
Przyszedł Pan Wyceniacz, wycenił i naturalnie nie mieliśmy na nie pieniędzy. 
Siedliśmy sobie wieczorem przy stole i zaczęliśmy się naradzać. Niby mamy te książeczki mieszkaniowe, ale za 8.40 i 10,80 to raczej mieszkania nie kupimy. I że trzeba zrobić na działce ognisko z kiełbaskami i wódką, zaprosić obie mamy, które oszczedzały na wkład do spółdzielni mieszkaniowych, napić się, pojeść, a potem spalić te książeczki i o nich zapomnieć. Ale nim je spalimy, może pójdziemy przedtem do banku i spytamy czy mają inne pomysły.
W tydzień póżniej mój mąż przyszedł do domu z oczami okrągłymi z zaskoczenia. Po doliczeniu odsetek i ponownym przeliczeniu na nowe pieniądze moje głupie 8,40 zmieniło sie prawie w 14 tysięcy nowych złotych pod warunkiem przedstawienia bankowi aktu notarialnego kupna mieszkania. To akurat wystarczało! Na jego książeczce okazało się być ponad 10 tysięcy, a do wykupienia było jeszcze komunalne mieszkanie Alicji. Wprawdzie musieliśmy wziąć kredyt, ale po załatwieniu formalności w trzy miesiące był spłacony kwotą z tej książeczki mieszkaniowej. Zostało nawet jeszcze na pierścionek z prawdziwym brylantem. Kredyt nam podżyrowala jego była żona! Urzędniczka bankowa trochę się poplątała i nijak nie mogła zrozumieć która pani jest kim. Obie dwojga nazwisk, obie z tym samym nazwiskiem na końcu, nazwiskiem tego pana co wnosi o kredyt. I tak staliśmy sie posiadaczami nieruchomości.
W czasie, gdy procedura wykupywania mieszkanka była już rozpoczęta dobra Alicja rzeczywiście zamówiła meblowy wóz. Właściwie to mebli prawie nie przewoziliśmy, wzięliśmy ze sobą tylko nowe łóżko, mój składany stół i sławetne krzesło do komputera. W przywleczone z pobliskiego marketu kartony popakowaliśmy nasze książki, ubrania, garnki i cały ruchomy majątek. Alicja zapewniała, że za chwilę, dosłownie za momencik jakiś znajomek przywiezie jej furę kartonów i ona się natychmiast spakuje. W końcu ma do spakowania ulubione książki, bieliźniarkę i trochę innego towaru. Jej stan posiadania nie był mi dokładnie znany poza tymi miejscami, które już od jakiegoś czasu opróżnialiśmy z gratów, wiedząc, że sama sobie nie poradzi. I tak w śmietniku wylądowała niemal cała zawartość strychu, miliony słoików i butelek, dziecięca cynkowana wanna i kilka dziurawych wiader, krajalnica sprzed wojny, wyżymaczki od pralki frani, zbutwiałe kosze i tekturowe pudła. Z mieszkania wyjechała zawartość tapczanu traktowanego jako trudno dostępny schowek, a potem i cały tapczan wraz z pokoleniami moli, które w nim mieszkały. I setki butów, które tesciowa gromadziła od wielu, wielu lat. Jej reakcja na widok tych butów świadczyła, że o wielu z nich Alicja zapomniała. I jak wspomnialam coś mnie tknęło. Na dzień przed przeprowadzką pojechałam kontrolnie do teściowej. Miała może cztery pudełka. Znajomek nie przywiózł kartonów. Moja teściowa nie wydawała się tym jakoś szczególnie zmartwiona. Obiegłam okoliczne sklepy i zwlekłam wszelkie pudła, ktorych jeszcze nie wyrzucono na śmietnik. I jakoś  ją spakowałyśmy. Zabrała sobie wszystkie harlekiny i pewien procent stojących na półkach książek. W pudłach było tego strasznie dużo, ale na półkach pozostało dużo, dużo więcej. Przeprowadzka odbyła się bardzo sprawnie, panowie z firmy przewozowej Nowicki biegali z pudłami  cicho przeklinając pod nosem staromiejskie drugie piętro bez windy wysokie jak w innych domach trzecie i z bardzo krętą klatką schodową, ale stłukł się tylko jeden kieliszek. I wieczór 14 lutego 1997 roku zastał nas umordowanych, trochę zakurzonych, brodzących wśród pudeł i paczek ustawionych w kuchni na Starym Mieście po sam sufit. Na wypakowanie tego nie mieliśmy już siły, ale wtedy Tomek po raz pierwszy nazwal mnie Wiedźmą Staromiejską :-)


Auto

Za mojego pierwszego małżeństwa kwestia auta nigdy nie była przez nas poważnie rozważana. Ludzie, którzy mają po jednej parze spodni nie nabywają aut. Teść wprawdzie posiadał dużego fiata, ale tym fiatem jeżdżono właściwie tylko na działkę w niedzielę i robiono objazd odległych cmentarzy dwa razy do roku, no kilka razy służył nam na wakacjach. Gdy się pobieraliśmy w 1983 fiat miał już ponad 10 lat i dożył w rodzinie sędziwego jak na auto wieku, bo sprzedali go gdy już był po dwudziestce. I tak co nawyżej oglądaliśmy sobie z uwagą, co też parkuje pod Grand Hotelem, a następnie mąż nr 1 kupował kupon totolotka. Na tym się kończyło.
Pierwsza żona Tomka wniosła mu w posagu małego fiata w zaawansowanym wieku. Fiatek był bez ustanku naprawiany i państwo wkrótce go sprzedali licząc na to, że kupią sobie wkrótce inny pojazd. Kupili regał Urban, który do dziś stoi w malutkim mieszkanku Alicji, a reszta forsy jakoś się rozeszła.
Kiedy wykupiliśmy już wszystkie rodzinne służbowe i kwaterunkowe mieszkania, Tomka zaczęło nosić. Póki był urzędnikiem i mógł wziąć do służbowych celów wytworny samochód z wytwornym kierowcą, nie było problemu. Ale gdy zaczął pracować w Kancelarii Prezydenta zaczął mieć problem mentalnej natury. Wszyscy koledzy mieli samochody, nierzadko bardzo luksusowe. Tu nikt nie jeździł starym trabantem. Koledzy o bardziej fantazyjnej naturze mieli odremontowane stare Volkswageny. Na dodatek oprócz pracy w Kancelarii wykładał w rozmaitych wyższych szkołach. O ile dojazd ze Starego Miasta na Wiejską nie był żadnym problemem, to przedostać się do tych szkół za pomocą miejskiej komunikacji nie zawsze było łatwo. Trzeba mu przyznać, że te rozważania trzymał dla siebie. Wiedział, że panicznie boję się kredytów i uważam, że kupuje się to, na co się ma pieniądze. A żadnych większych pieniędzy w zapasie już nie było.
Uprosiłam męża, żeby wziął kilka dni urlopu pomiędzy Świętami Bożego Narodzenia a Sylwestrem w 1998 roku. Żebyśmy poszli do kina, pobyczyli się w domu, wybiegali wspólnie psa i poprowadzili bogobojne życie rodzinne. Byłam strasznie zmęczona po pierwszym semestrze, klasy mi się trafiły w szkole, że Boże uchowaj i bolało mnie  gardło. I tak sobie marzyłam o grudniowych cichych wieczorach i spacerach w sniegu. Tomek wydawał się tym pomysłem zachwycony, tylko tuż po świętach musiał na chwilę wskoczyć do Wydawnictwa Prawniczego. Poszedł zatem do wydawnictwa, a ja się zajmowałam jakimiś przyjemnymi rzeczami w domu. I nagle dzwoni i pyta - Jaki chcesz samochód, czerwony, czy niebieski? Niebieski - odpowiedziałam, bo wolałam niebieski. Mąż się rozłączył. Za godzinę był w domu, porwał mnie od miłych zajęć, zawiózł do salonu Fiata, kazał podziwiać Uno, które wybrał, potem powlókł do banku po kredyt i pognał gdzieś dalej porzucając mnie w zaspie. I z miłego urlopu w grudniu wyszły nici. Nie było ani kina, ani spacerów, ani spokojnych wieczorów. Dnie spędzaliśmy w bankach, Urzędach Komunikacji, załatwialiśmy miejsce na parkingach płatnych i bezpłatnych, czekaliśmy w kolejkach, nosiliśmy tablice rejestracyjne, załatwialiśmy wszystko to, co załatwia się kupując nowy samochód. Wieczorami Tomek, który samochodem od czasu tego małego fiata nie jeździł przypominał sobie Kodeks Drogowy i lewitował w Innych Światach kierowcy rodzinnego pojazdu.
A w Sylwestra wraz z kolegą, który kiedyś trudnił się uczeniem ludzi jazdy samochodem pojechali po autko. Kolega okazał się twardy i kazał Tomkowi samodzielnie przyjechać do domu. Siedział obok, patrzył na poczynania kierowcy, po czym uznał, że Tomek może go odwieźć do domu, a do swojego wróci już sam. Cała wstrząśnięta witałam dumnego kierowcę pod Kościołem Paulinów na Długiej. Zapach nowego auta jest z niczym nieporównywalny. Nieskazitelne tapicerki, błyszczący lakier, folia na siedzeniach, ech i te roztrzęsione ręce męża, gdy robił ze mną pierwszą rundę honorową wokół Starego Miasta. Żeby uchronić nowy nabytek przed petardami, racami i butelkami od szampana tłuczonymi o każdy twardy przedmiot, poprosiliśmy policję, żeby pozwolono autku spędzić pierwszą noc na podwórku w strefie zakazu wjazdu. Dobra policja pozwoliła. I tak w rok 1999 wjechaliśmy pierwszym własnym pojazdem! Uno służyło nam dzielnie przez cztery lata a potem bez problemu dało się sprzedać za rozsądne pieniądze. Zniosło niejeden błąd kierowcy i brutalność innych użytkowników dróg i parkingów. Fajny to był samochodek. Ale od tego czasu nie mam złudzeń, że z moim pięknym i mądrym mężem da się spędzić choć kilka leniwych dni w mieście.

Mąż nr 1 dowiedziawszy się, że kupiliśmy Fiata Uno, zamyślił się - To oni go jeszcze robią? zapytał. A potem kupił sobie identycznego. Też na kredyt.

Pogrzeb

Wkrótce po moim rozstaniu z mężem nr 1 jego mama zaczęła chorować. Dowiedziałam się o tym od niego niemal przypadkiem, ot, przy okazji spotkania na ulicy. Dziwne to było, bo Misia nie była w końcu taka malutka, miała już 12 lat i regularnie się z ojcem i dziadkami widywała. Z babcią były bardzo związane, naprawdę się szczerze lubiły. Jednak o fakcie choroby poinformowałam Misię ja. 
Mąż nr 1 uciekł w góry gdy operowano jego mamę i nic nam o tym nie powiedział. Nie poinformował także piętnastoletniej już Misi, że stan babci dramatycznie się pogorszył. Być może nie dopuszczali z byłym teściem tego faktu do świadomości, bo gdy teściowa   była już bardzo słaba i chora zostawili ją samą w domu i pojechali w teren. 
Misia nie może im wybaczyć, że nikt jej ani słowem nie pisnął że z babcią jest źle, że nie pozwolono jej ani się z babcią pożegnać, ani nawet pomóc jej w domu, gdy była sama, słaba i powiedzmy to jasno - umierająca. 
Późną jesienią 2000 roku babcia Misi zmarła. I znów mąż nr 1 nie poinformował o tym Misi, tylko mnie. Powiedział mi również, że pogrzeb będzie w Poznaniu i że on dziecka ze sobą na ten pogrzeb nie weźmie bo..... i tu się zaczęła niezrozumiała dla mnie wyliczanka powodów. Bo Misia nie będzie miała gdzie w tym Poznaniu spać. Bo oni jadą karawanem i wrócą pociągiem. Bo nie wezmą samochodu. Słowem nie, bo nie. Może sobie przecież Misia pojechać Intercity sama, pogrzeb jest o 10 rano to akurat z dworca na cmentarz zdąży.

Wysyłanie piętnastolatki, która wygląda na lat 10 samej pociągiem na pogrzeb kochanej bardzo babci wydało mi się głupie i niedorzeczne. Tomek słuchał naszej telefonicznej rozmowy z coraz szerzej otwartymi oczami. Misia jak zwykle podczas moich pertraktacji z mężem nr 1 płakała, choć zazwyczaj do płaczu skłonna nie jest. 
Nie miałam ochoty na spotkanie z całą rodziną męża nr 1, tym bardziej nie miał ochoty Tomek, ale cóż mieliśmy robić. Wyciągnęłam z szafy moją krótką futrzaną kurteczkę i przymierzyłam na Misię, od biedy mogło być. Na pogrzebie babci nie mogła przecież wystąpić w cytrynowo szafirowej chińskiej puchówce i czerwonej czapce z pomponikiem. Mnie porządne futro pożyczyła mama. Tomek był wytworny z natury. Zamówiliśmy wiązankę ze stosownym napisem, każde z nas wzięło w pracy wolne i w dzień pogrzebu o czwartej rano wyruszyliśmy z dzieckiem naszym autkiem do Poznania. Było ciemno, zimno i mgła. Mogliśmy jechać najwyżej jakieś 40 kilometrów na godzinę. Pogrzeb na nieznanym nam cmentarzu miał być o 10 rano, czyli najpóźniej o 9 musieliśmu zameldować się u cioci w Poznaniu, żeby ktoś nas na ten cmentarz popilotował. Kiedy tylko mgła opadała Tomek dusił gaz do dechy i naturalnie za zakrętem stali i wlepili nam mandat straszny i bardzo dużo punktów karnych. To była bardzo droga podróż. Ale zdążyliśmy.

W Poznaniu męska część rodziny męża nr 1 ponoć planowała pobić Tomka, a być może i mnie. Ale się jakoś nie złożyło. Ciocia dała nam tak jak wszystkim innym śniadanie, po kwadransie panowie już palili razem w kuchni i częstowali się ogniem omawiając naszą drogową wpadkę, jakaś kuzynka posunęła się nawet do zaproszenia nas do siebie na wakacje, co uważałam za sporą przesadę, potem popilotowano nas na cmentarz, wykorzystano wolne miejsce w naszym samochodziku, pochowaliśmy wspólnie i opłakaliśmy babcię Misi. Były teść zaprosił nas nawet na stypę i wróciliśmy już powoli i bez mandatów do Warszawy, wioząc ze sobą jakąś kuzynkę.
I może nie byłoby w tym nic niezwykłego, ale od tamtej pory co roku przed Dniem Wszystkich Świętych powarzała się ta sama zabawa. Misia prosiła ojca, żeby zabrał ją do Poznania na grób Babci, a on się wykręcał. A to kazał jej się zwolnić z lekcji, bo musi wyjechać z Warszawy o 10 rano, a o 12 to będzie za późno, albo wymyślał inne nieprawdopodobne powody, że za nic, wcale dziecka na cmentarz w Poznaniu zabrać nie może. W końcu znów my ją tam zawieźliśmy, na co poznańskie ciocie tylko pokiwały głowami. A od kilku lat Misia załatwia tę podróż sama.

16 komentarzy:

  1. A ja Ci tylko powiem, że do męża nr 1 miałaś świętą cierpliwość, nie żeby mój był idealny, oj nie i czasem o wspólny czas muszę go gnębić, ale taka melepeta toż to dramat.

    OdpowiedzUsuń
  2. jednym tchem przebrnęłam. miałaś święta cierpliwość do męża nr 1

    OdpowiedzUsuń
  3. Jesteś bardzo mądrą Kobietą, podziwiam Cię!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jkrezel, a i nick rzeczywisty :)
    Gackowa, dajesz sie poznawac bez zadnych ogródek. Niesamowite. A i przy okazji "rozgryzam" cie conieco ;) juz wiem, skad u ciebie taka swietna znajomosc jezyka niemieckiego, i jak narodzil sie twój stosunek do Alicji. To tez musi byc niezwykla kobieta, jako tesciowa- skarb. Mam nadzieje, ze jest zdrowa i wszystko w porzadku u niej? Podziwiam weekendowo cala wasza czwórke, która wolno mi bylo dotychczas poznac na blogach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alicja kwęka i na pogodę narzeka. Bo ponuro jest i okropnie.
      Kolana ją bolą, przełyk Barreta dokucza, stomia wciąż jest udręką. Zza rogu zawsze rwa kulszowa wygląda, masażyści ją dręczą i na gimnastykę już nie daje rady chodzić. Ale się nie załamuje.
      Ani rozum ani humor jej nie opuszczają.

      Usuń
  5. Nie ukrywam, że czytam jak świetną powieść i ciągle przypominam sobie, że to "na faktach" :). Mój apetyt na ciąg dalszy rośnie. Bardzo bym chciała przeczytać o Twoim niecodziennym hobby (lalki)- jak się rozwijało, skąd się wzięło?

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Twoje pisanie , rzeczywiście czyta sie jak powieść, fajna z Was rodzinka, a 1 - egzemplarz do odstrzału jedynie..
    pozdrawiam serdecznie.

    taboo

    OdpowiedzUsuń
  7. Mąż zaraz wraca, obiad w lesie, a ja czytam, czytam i oderwać się nie mogę! Dziękuję, pozdrawiam i proszę o więcej...

    OdpowiedzUsuń
  8. nadrobiłam zaległości hurtem i była to prawdziwa uczta :)
    uwielbiam twoje opowieści!

    OdpowiedzUsuń
  9. I ja z przyjemnością powtórnie przeczytałam!

    Swoje pisanie jednak zaimportowałam z multiply wprost do bloga, ustawiły się na początku zgodnie z datami, jeszcze dużo mam nieopublikowanych, czekających na edycję z braku czasu,ale za to mam tamtejsze komentarze.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak tu się pięknie czyta. Pozdrawiam od serca i jutro znów tu przyjdę , a może coś nowego będzie. I pojutrze, i potem...

    OdpowiedzUsuń
  11. wprost cudnie się czyta ... KDS - ja zrobiłam licencjat - było łatwiej :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się ma etat, małe dziecko, starą babcię, matkę z lewymi rękami i męża lenia, co 8 lat robi doktorat, to się trzeba zwijać. KDS szybszy.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.