czwartek, 1 listopada 2012

Węszący i reszta.

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

Chyba w całej rodzinie byłam jedyną węszącą. Zapachy były dla mnie o niebo ważniejsze niż dla dziadka, matki, babki i ojca z wujkiem na dokładkę.
Byli czystymi ludźmi, ale do pachnideł i przelotnych smrodów mieli stosunek obojętny. Babcia wręcz twierdziła, że z powodu jej czułego powonienia, jak to określała, używanie w domu perfum i pachnideł jest wykluczone. Nie przeszkadzało za to w niczym gotowaniu śmierdzących kalafiorów i kapust.
A ja pożądałam zapachów.
Czasy były siermiężne, rodzimy przemysł perfumeryjny nie stał na światowym poziomie, a dolarów na pewexowe zakupy z przeznaczeniem na pachnidła nikt by mi nie dał. To się w głowach nie mieściło.
Za zarobione na sprzątaniu lokalu ZBOWiD pieniądze kupiłam sobie w końcu jakieś pachnidło, nie tanie bynajmniej, o nie, w Modzie Polskiej.
Niedługo się nim cieszyłam. Wstrząśnięty jego rozpustną obecnością na półce w łazience dziadek strącił je niby przypadkiem do muszli klozetowej. A potem zamiast wydobyć - spuścił wodę. Moje kilkumiesięczne oszczędności diabli wzięli.
Kilka lat potem dostałam w prezencie najprawdziwszą Chloe' Lagerfelda. Nie postawiłam jej w ogólnodostępnej łazience. Mimo to któregoś dnia mama dopadła buteleczkę i zaczęła nosić się z nią po mieszkaniu wybrzydzając na ten nieelegancki zapach. Łaziła, wąchała, wypuściła z rąk i potłukła. Chloe doskonale czyści dębowe, pastowane latami parkiety. Wiórek przy niej to pikuś. Ale wytrzymać w lokalu szorowanym Chloe jest niepodobieństwem.
Widać rodzinie zależało, żebym nie pachniała niczym bardziej interesującym niż dezodorant Fa.
Zaczęłam regularnie zarabiać i próbowałam przeznaczać zaskórniaki na pachnidła. Po kilku wizytach w Baltonach i Pewexach byłam już boleśnie świadoma, że dostępna jest dla mnie jedynie najniższa półka. I że tanie zapachy za dolary są dalej tanie, niestety. Ani Masumi, ani Wilde Musk (przeklęta niech będzie ta straszliwa woń zwłaszcza obecna na trudnym wykładzie z matematyki) ani Old Spice na kolegach nie miały w sobie ani trochę idei dobrego zapachu. Już doprawdy lepsza była babcina lawenda i bazylia w ogródku. I olejek róży damasceńskiej tani jak barszcz w Ośrodku Bułgarskim.

Na szczęście Pan Mąż okazał się również wąchaczem. Dla niego wąchanie i zapachy są tak samo ważne jak dla mnie.
Możemy nosić buty sezon dłużej, mogę nie mieć kolekcji torebek i pierścionków, ale zapach musi być.
I to zapach, a nie kolejna modna wersja tego co noszą wszyscy, choćby kosztowała oczy z głowy.
Nauczyłam się w końcu wchodzić bez skrępowania do najdroższych perfumerii i wąchać ile wlezie.
Nauczyłam się, że na papierku się zapachu nie testuje. Papierek służy do podjęcia podstawowej decyzji: testujemy dalej czy nie chcemy mieć z zapachem więcej do czynienia.
Na skórze zapachy potrafią robić cuda. Ot zniknąć potrafią w kilka minut. Tak się zachował Dolce Vita od Diora na mnie. Pachniał na książce, na swetrze, na koleżance, a na mnie nie!
Na jednym człowieku pachnie coś jak marzenie a na innym śmierdzi mysim moczem. Bywa. Trzeba sprawdzić.
Mam w końcu żelazny zapas woni akceptowanych i ulubionych. Cieszę się nimi i używam.
Ostatnio jednak otworzył się przed nami zapachowy raj: neoperfumeria Galilu ma zapachy z innego świata niż Sephory i Douglasy.
Można tam przyjść z ideą zapachu w głowie i po cierpliwym dobieraniu i wąchaniu stajemy się właścicielami wymarzonej woni.
Tam dostałam upragnione drzewo sandałowe w bardzo ciekawej kompozycji Tam Dao, tam zachwyciłam się zapachem Marescialla, którego recepturę na bazie gałki muszkatołowej i tzw. kwiatu muszkatołowego opracowano w 1600 roku. Ponoć jego autorką była wiedźma, żona policjanta, spalona na stosie w Paryżu w 1617 roku. Zapach jest mocny, tajemniczy, ziołowy i większości ludzi kojarzy się raczej z politurą niż damskimi perfumami. Ale na mnie się sprawdza.
Jak dobrze być dorosłym i samemu decydować o swoich szaleństwach!

13 komentarzy:

  1. Pamiętam pierwszy dorosły zapach, była to tylko woda toaletowa z tzw "kiosku Ruchu" o wdzięcznej nazwie "Zaczarowana dorożka". Do dzisiaj czuję jej delikatny i przyjemny zapach.
    Zgadzam się z poglądem, że jeden i ten sam zapach może być zupełnie inny w odbiorze, na dwóch róznych osobach. Kiedyś pracowałam z pewną panią, która spryskiwała się perfumami Diuna. Jak wchodziła do sekretariatu miałam drgawki i początek migreny. Zapach był tak nieznośny, że brrrr. Sądziłam, ze to te perfumy są takie paskudne. Moja córka otrzymała takie w prezencie i jakież było moje zdziwienie, kiedy poczułam piękną woń.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dune to jeden z moich pewniaków. Tomek mi je kupił dawno temu, bo bardzo mi się podobały. To był pierwszy fajny prezent od niego. Zwykle mam jedną flaszeczkę na stanie, choć aktualnie w Dune nastąpiła przerwa.

    OdpowiedzUsuń
  3. dla mnie jest najgorsze, że po 3-4 zapachach nie czuję różnicy. Czasem na mojej skórze zapach był ok ale zabrakło mi wytrwałości. Powinnam "pochodzić" w zapachu, a ja kupowałam po pomachaniu nadgarstkiem. Po wypryszczenou w domu po 2-3 godzinach nie mogłam sama ze sobą wytrzymać )))

    Uwielbiam Chanel Coco Mademoiselle ale nie nadają się na "po ziemniaki". Rok temu w liście do Mikołaja poprosiłam o Masaki Matsushima M 0°C Men. Tak, męskie ale takie lubię również. "Problem" polegał na tym, że po 2 godzinach ja nic nie czułam. Pytałam czy znajomi coś czują czy nie, no i surprajs - oni czuli niezwykle ciekawy zapach a ja nic.... i co kupić sobie znowu ? )))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szukać i wąchać.
      Nie spieszyć się.
      Wchodzić do perfumerii, skrapiać nadgarstek jednym zapachem i iść dalej. Po godzinie ocenić, powąchać następnego dnia rękaw ubrania.
      I wszystko będzie jasne!

      Usuń
  4. Tez uwielbiam Dune, niestety się skończyły w buteleczce....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mojej też się skończyły. Ale przecież kiedyś pojawi się następna buteleczka.
      I będzie mnóstwo frajdy.

      Usuń
  5. Codzienne - Light Blue Dolce & Gabbana. Uwielbiam! Najmojsze:)
    "Niedzielne" - Mracle so Magic Lancome:)
    Tyż "niedzielne" - Touch of Pink Lacoste.
    Absolutnie wieczorowe, wielkie wyjście - Addict Diora.

    Dla ukochanego klasyk - Fahrenheit Diora, uwielbiam, a jemu wszystko jedno:D:D:D

    I co prawda to prawda - zapach musi być!
    Szyneczka do chlebka niekoniecznie:D:D:D

    OdpowiedzUsuń
  6. Po latach szukania trafilam jakies 10, moze troche wiecej lat temu, na mój zapach.
    Etienne Aigner X-Limited Unisex Eau de Toilette Natural. Nie jest to typowa perfuma, ale swietnie sie na mnie sprawdza, co potwierdzaja wachacze zaplanowani czy przypadkowi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaka frajda jak się znajdzie taki zapach, co nie drażni, nie pali w nos i mózg, a cieszy.
      Moje też są bardzo nietypowe. Typowe niech noszą inne panie.

      Usuń
  7. O, ja jestem wąchaczem!! zapach to coś co przyciąga i odrzuca od człowieka, miejsca, etc... są wzrokowcy, słuchowcy, kinestetycy, itd., a ja jestem jeszcze olfaktoryczna :))) Co gorsza, wraz z wiekiem to się nasila :PPP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Święta racja. Dlatego nie mogę być woluntariuszem w schronisku dla zwierząt, choćbym nie wiem jak chciała. Ani w hospicjum, ani w DD.
      Zapach nie do wytrzymania.
      Co ciekawe, własne zwierzęta mi nie śmierdzą, choć rozpoznaję je po zapachu bez żadnych wątpliwości.

      Usuń
  8. wiem coś o tym... byłam dość często ostatnio w szpitalu przy odchodzącym teściu i był to dla mnie koszmar. Nie śmierci ale zapachu. Miałam ogromne wyrzuty sumienia ale to nie jest sterowalne w jakikolwiek sposób. Dopiero mądra koleżanka pomogła mi się pozbyć wyrzutów sumienia.
    Wąchactwo odziedziczyły moje dorosłe juz dzieci.
    Syn nigdy nie dotknie ręką kiełbasy nie mówiąc o rybie. Zakłada rękawiczki, wyczuje co kto dotykał, ręce myje płynem neutralizującym zapachy.
    Córka zastrzeliła kiedyś nas jak rozpoznała czyja jest czapeczka pozostawiona po jakimś kinderbalu. Poznała po węchu )))
    Uwielbiam zapach psich łap, nawet po mokrym spacerze )) Nawet capienie z kociego pyska mi nie groźne... Lubię wwąchiwać sie w sierść mojego owczara.
    Ojjj jak się cieszę , że nie tylko ja tak mam)))

    OdpowiedzUsuń
  9. a ciekawy zapach gałkowo muszkatułowy znalazłam - Gaiac Eau de Parfum by M. Micallef, mniamuśny. Kupiłam w Quality w Blue City

    OdpowiedzUsuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.