piątek, 16 listopada 2012

Przeprowadzka 7

Od samjutkiej pracy zgłupiał pan Ignacy

O wczasach


Siedzę sobie na Warmii pod zieloną gruszą i myślę o różnych formach wypoczynku. 
Z moim Tomaszem cykl wypoczynkowy jest dość przewidywalny. W sierpniu do Dębek, a jak się da to choć na kilka dni do Klebarka. Na tyle wolności pozwalało życie urzędnicze i pozwala życie dziekańskie. Do tej pory wypoczywamy razem i jeszcze się nam nie znudziło. Żadne z wymienionych miejsc nie wymaga od nas wypolerowania na wysoki połysk, taft, wieczorowych kreacji, złotych sandałów i biżuterii w obfitości. W Klebarku możemy wręcz nie oglądać innych bliźnich poza naszą uroczą gospodynią. W Dębkach w tym celu trzeba przejść kilka kilometrów, ale rzecz jest do zrobienia. Poza kilkoma wyjazdami z Misią, której jakieś przypadki pokrzyżowały wakacyjne plany zwykle na wakacje jedziemy sami.
 
W pensjonacie nad morzem, w którym bywamy regularnie od 1995 roku obejrzałam sobie wszelkie możliwe urlopowe konfiguracje. Dla oszczędności pieniądza, niezrozumialej zresztą, skoro płaci się za łóżko a nie za pokój, rodzina zamawiajaca pokój dla 5 osób, w którym będą razem spać dorośli, dzieci i babcia wraz z ogromnym gumowym krokodylem i kuchenką gazową, na której od świtu pyrkocze kaszka i zupa, sama kręci sobie bat i funduje nieudane wakacje. Po całym dniu z pociechami i z babcią nieszczęśni dorośli piją około północy piwo na schodach i tyle mają siebie dla siebie na urlopie. Po trzech latach picia piwa na schodach, gdy wracaliśmy późną nocą do pensjonatu ojciec rodziny od ogromnego krokodyla w końcu spytał nas, czy my nie mamy dzieci. Dowiedział się, że mamy i że dziecina jest na koloniach. Nienawiść w jego oczach aż zapłonęła, i nigdy już się do nas nie odezwał słowem.

Młodym matkom wypoczynek się z założenia nie należy. Ale wszystko można doprowadzić do absurdu. Pewnego roku obserwowałam w stołówce prześliczną młodą kobietę z trojgiem maleńkich dzieci. Pewnie kilka młodych par z dziećmi złożyło się na ten urlop, w którym co dwa tygodnie zmieniała się tylko matka. Kobieta była umęczona jak bydlę, niewyspana i ciągle głodna. W żaden sposób nie mogła przy tych dzieciakach zjeść posiłku. Jedno z nich miało zapalenie ucha, drugie biegunkę, a trzecie było bardzo zdrowe i żwawe. Kobieta wyglądała jak cień, choć bardzo ładny cień. Ubrana jedynie w kapelusz ze słomki, ciemne okulary i pareo rzuciłam jej w stołówce, że to minie niebawem i jeszcze nie wszystko stracone. Biedaczka słabo się jedynie uśmiechnęła, ale w oku błysnął jej płomyk nadziei. Byłam wtedy od niej dwa razy starsza, ale to ona mi zazdrościła, nie ja jej. 
Innym razem wracaliśmy sobie wieczorem z plaży. Już ładnie opaleni. Tomek wszedł do kiosku spożywczego po piwo i oddał mi swoje cygaro. Stałam zatem na deptaku w kapeluszu, ciemnych okularach, w pareo i z cygarem. Jakiś jegomość w majtkach do kolan i klapkach Kubota, w towarzystwie żony i czeredy dzieci obrzucił mnie morderczym spojrzeniem. Jego zdaniem pewnie nie wolno mi było tak stać. Gdyby nie ludzie dookoła, chyba by mnie pobił .

W poprzednim życiu rodzinnym raczej nie bywalam dużo z mężem nr 1 w plenerze. Póki byliśmy studentami jeździliśmy w Tatry, gdzie mąż nr 1 prowadził badania wód tatrzańskich. Zdarzało się nam mieszkać w Domu Pracy Twórczej UW. Takie domy w okolicach Kościeliska są dwa, jeden w Kirach ma piękne pokoje i świetlicę, natomiast trzeba sobie samemu gotować, drugi u wylotu Doliny Kościeliskiej prowadzi pełne wczasy ze znakomitym wyżywieniem i bardzo stylowo wygląda. I kiedyś daliśmy się tej kuchni i wyglądowi zanęcić. Mąż nr 1 zapolował na skierowanie na wczasy i pojechaliśmy.  Z  dzieckiem. 
Podwórko było przyzwoite, jadalnia śliczna, natomiast pokojów jak na taką kubaturę budynku zbyt dużo. Za to za małych. W naszym mieściło się łóżko, maciupci stolik i krzesło. Gdy wstawiono jeszcze rozkładany fotel dla Misi można było poruszać się jedynie po meblach. Na dodatek kajuty dla wczasowiczów oddzielone były od siebie jedynie cienkimi deseczkami. Było słychać jak sąsiad oddycha, a gdy kichał, to jakby kichał prosto w ucho. O żadnych intymnościach mowy nie było.  To się nazywa zapewnić pracownikom warunki wypoczynku! Zwłaszcza w Tatrach, gdzie w lecie bardzo często pada deszcz! Na taki napchany ludźmi dom wczasowy przewidziano jedynie 2 łazienki. Cieszę się, że byłam tam tylko raz. A pysznej kuchni miałam dość, gdy mojej Misi niejadkowi zaproponowano na kolację zimne nogi w galarecie, takie w sam raz pod setę. Ze wstydem przyznaję, ze niemal wbiłam dzieciakowi widelec w tyłek ze złości, gdy mała wylewała przez półtorej godziny łzy nad tymi nóżkami. Wszystkie sklepy były zamknięte, albo oddalone o godziny spaceru, a głodna Misia była stworzeniem nieznośnym.

Fotografia 1/2

Z fotografią jako hobby zetknęłam się bardzo wcześnie. 
Babcia, obawiając się, by mój wujek starszy ode mnie o 15 lat, nie wpadł w złe towarzystwo i miał co robić w czasie wolnym od szkoły kosztem meblowania mieszkania kupiła mu bardzo jak na wczesne lata 60-te zaawansowany aparat Exa Exacta. Ale samo pstrykanie fotek, to jeszcze nie hobby. 
Poza aparatem w domu migiem pojawiły się światłomierz, lampa błyskowa z akumulatorem albo na baterie Centra, koreksy, brązowe szklane słoje na odczynniki, powiększalnik, lampy z czerwonymi i zielonymi szkłami, maskownice, kuwety i szklane pałki do mieszania odczynników. No i suszarka do zdjęć, na którą musiałam uważać, żeby się nie oparzyć. Z biegiem lat w pokoju wujka stanęło składane, ale bardzo fajne laboratorium fotograficzne. W drewniane framugi okien wbite były gwoździki, aby było można zamocować na nich koce i wyprodukować improwizowaną ciemnię. Inni amatorzy fotografii zwykle ciemnię robią w łazience, łatwiej ją zaciemnić i jest pod ręką woda bieżąca. U nas to nie wchodziło w rachubę, było nas w domu za dużo i w rozmaitym wieku, i zamknięcie łazienki na kilka godzin było niewykonalne. Zawsze ktoś bardzo stary, albo bardzo młody stał by pod drzwiami i zaciskając nogi błagałby o udostępnienie pomieszczenia. A zatem wujek urządził ciemnię w swoim pokoju. 
Miałam około dwóch lat gdy wujek na dobre zajął się fotografowaniem. Sądząc po moich zdjęciach z dzieciństwa, byłam jego pierwszą modelką. Dwulatki nie wymagają od fotografa cudów. Są cierpliwe i wiele zniosą. Nie złoszczą, się, że profil wyszedł nie taki, a nogi są za krótkie. Aparat początkowo budzi w dziecku ciekawość, a potem staje się  zwyczajnym, stale obecnym przedmiotem nie budzącym wielkich emocji. Rolka filmu z aparatu trafiała do koreksu ( chwila ciemności w szafie albo w łazience), potem odbywało się wlewanie wywoływacza, pukanie, kręcenie koreksem, przerywanie, utrwalanie a pod koniec tego procesu na sznurku w łazience wisiały długie jak węże czarno-białe wywołane negatywy i sobie schły. Nie wolno ich było dotykać, żeby na zdjęciach nie pojawiły się niczyje paluchy. 
Jak wspomniałam z meblami i ułatwiającymi życie drobiazgami było na początku krucho.  Nie mieliśmy przedłużaczy ani zegara ciemniowego. Kabel powiększalnika był długi, ale przełącznik był za blisko kontaktu a za daleko stołu, by wujek sam mógł go obsłużyć. Brał mnie zatem do ciemni, sadzał na podłodze koło kontaktu, pilnował maskownicy i z latarką pod stołem na zegarku z sekundnikiem odmierzał czas naświetlania papieru. Na komendę włączałam i wyłączałam światło w powiększalniku. Ponoć byłam absolutnie godna zaufania i nigdy nie prześwietliłam nawet jednej kartki papieru fotograficznego. 
W końcu kupiono i przedłużacz i zegar ciemniowy, ale mnie się z ciemni już nie dało wygonić. Wkrótce awansowałam do merdania zdjęciami w kuwecie, żeby bąble powietrza nie zostały na papierze, potem pilnowałam przerywania i utrwalania.  W końcu ukazało się, że może nie znam się na zegarku i nie znam jeszcze cyfr, i nie mogę precyzyjnie pilnować czasu, ale znakomicie wiem, kiedy zdjęcie jest już wywołane i trzeba je wsadzić do przerywacza. 
Wtedy też mniej więcej mój tata zakochał się w kamerze 8 mm i zaczął kręcić filmy. W domu pojawiły się płaskie, bardzo szerokie koreksy i jeszcze więcej brązowych pękatych butelek, których absolutnie nie wolno mi było dotykać. Stały sobie za sedesem i wyglądały złowieszczo. W jednej był ponoć kwas. Za to pod statywem do kamery okrytym z wierzchu kocem lub zasłoną fantastycznie się można było bawić w dom, w Indian ( istne tipi powstawało z takiego statywu) albo w cokolwiek w samotności.
Wszystkie filmy odczynniki i papiery na potrzeby domowej fotografii kupowała babcia, co najmniej do czasu, gdy hobby wujka zaczęło samo na siebie zarabiać. Do sklepu fotograficznego na Marszałkowskiej zwykle chodziłyśmy razem. Moja niezbyt wytworna babcia z trwałą wkrótce stała się znawcą i koneserem chemii fotograficznej. Nie dała się zagadać, wcisnąć sobie kitu, wiedziała które filmy można bezpiecznie kupować i do jakich celów. Znała się na kontraście, ziarnistości i formatach. Fachowo dyskutowała o recepturach na wywoływacze z innymi klientami sklepu. W domu jakoś swoją wiedzą nie epatowała rodziny, raczej milczała na ten temat z godnością. 
Na studiach wujek miał już dobrą markę jako fotograf. Koledzy prosili go o ślubne fotografie, o zdjęcia dzieci, domów i rodzin. Wtedy zobaczyłam na czym polega taka pół reporterska fotografia. Wymagała czasu i dużo filmów. Na to, żeby zrobić dziecku kilka pięknych zdjęć, potrzeba całego dnia. Pół dnia wujek kręcił się koło dzieciaka z pustym aparatem pstrykając ile wlezie, po czym ładował filmy i dalej pstrykał towarzysząc rodzinie przez cały dzień. Z kilkuset zdjęć wychodziło kilka świetnych i dużo poprawnych. 
A w ciemni słuchałam, które zdjęcie jest dobre i dlaczego, które jest złe i czy można to poprawić, czy nie. Poznałam cuda kadrowania i dowiedzialam się o różnych sposobach i sposobikach na dobre zdjęcia.Podczas fotografowania ceremonii ślubnych trzeba się wykazać refleksem, zręcznością, taktem i trzeźwością. Klisza bezczelnie i bezlitośnie pokazywała, kiedy fotograf sobie łyknął. A to bielmo na oku oblubienicy wychodziło, a to pan młody na tle rogów jelenich w szatni hotelowej... A na trzeźwo  z panny młodej w ósmym miesiącu kreował dziewiczą narzeczoną.

Najpierw z domu wyniósł się tata i zabrał ze sobą kamerę, statyw, "szczeniaki" i pękate brązowe butle. Projektor i filmy na szczęście zostały. Potem wujek się ożenił i wyprowadził ze swoimi zabawkami. Mnie został aparat Druh na szerokie klisze. Oj, z tego nie umiałam zrobić porządnego zdjęcia. Znikła ciemnia i zdjęcia byle jak wywoływało się u fotografa. W najmniejszym formacie i bez czarów z maskownicą i twardym papierem. Potem miałam niezłą ponoć Smienę, ale co po dobrym obiektywie, gdy błony fotograficzne przestały trzymać jakość. Nigdy nie było wiadomo, co się otrzyma po wywołaniu świetnego dawniej Fotopanu F. Doszło do tego, że żeby na zdjęciu cokolwiek było widać trzeba było fotografować na wysokoczułej, ziarnistej HaLce. Nigdy nie lubiłam przeźroczy a początki fotografii barwnej za komuny to była porażka i klapa. Barwne z nazwy fotografie pokazywały siny, nieudany świat. Wolałam sprawdzoną czerń i biel. Czasem wujek pożyczył mi cudownego Starta, lustrzankę dwuobiektywową z matówką obserwowaną od góry na szeroką błonę fotograficzną...
I tak trwało moje hobby zahibernowane w braku sprzętu i ciężkich czasach. Czytałam sobie podręczniki fotografi, w których najlepsze, najśmieszniejsze zdjęcia opisywano jako błędne, a promowano nudne, poprawne ujęcia. Autorzy tych dzieł zwykle prosili czytelników, by ci nie kupowali drogich lustrzanek jednoobiektywowych umożliwiających łatwe ustawienie ostrości i ekspozycji i zadowolili się łaskawie Smienami i aparatami Ami, a lepszy sprzęt zostawili w sklepie dla fotografów przyzwoitych i profesjonalnych. Takie to były czasy.


Po pierwszym roku studiów dostałam nagrodę za wyniki w nauce za 2 semestry na raz, bo to był rok 1981 i w czasie płacenia za semestr pierwszy był studencki strajk. Z kasą w garści pobiegłam do fotograficznego na Marszałkowskiej, gdzie na zapleczu leżał odłożony dla mnie przez sprzedawczynię znającą mnie od zawsze ( z czasów wizyt w tym sklepie z babcią) ruski, ciężki i wymarzony Zenit TTL z obiektywem normalnym Helios. Zenit z wewnętrznym pomiarem światła! Już bez światłomierza nasadzonego gdzieś na korpusie, taki co sam liczył czy klatka będzie miała dość światła. Z przyzwoitym rastrem umożliwiającym nastawienie ostrości. Jaka ulga - po latach mozolnego obliczania wstrętne tabele naświetlania z plastikowych kółek spiętych w środku nitem wyrzuciłam do śmietnika.
Nigdy nie mialam tyle pieniędzy, by kupować kliszę na kilometry, nie miałam też laboratorium, ale z Zenitem pracowało się wyśmienicie. Najpierw tata koleżanki podkleił mu zwierciadło gumką recepturką, żeby wytłumić drgania korpusu podczas zwalniania migawki i szybko się okazało, że obiektyw Helios jest znakomitym, ostrorysującym obiektywem. Gadki o jego "miękkości" można było między bajki włożyć. Szybciutko nabrałam wprawy z ustawianiem ostrości i kręceniem pierścieniem przysłon. Nauczyłam się jak wykorzystywać światło naturalne. Zenit był kochany i niezawodny. Na dodatek na pawlaczu znalazlam pozostawione przez ojca przed laty filtry do kamery w większej ilości. Pasowały do Heliosa! Teraz już mogłam wykorzystywać wiedzę przekazywaną niegdyś przez wujka w ciemni fotograficznej.
Mąż nr.1 przyniósl ze sobą bardzo elegancką Prakticę, też z wewnętrznym pomiarem światła, z mnóstwem czasów i bajerów. Niestety, miała uszkodzoną migawkę, a jemu nie chciało się tego naprawić. Leżała zatem Praktica w szafce i robiła dobre wrażenie, a zdjęcia robiłam Zenitem. 
Musiałam strzec Zenita jak oka w głowie, żeby nie dostał się w mężowskie niezręczne łapy. Mógł robić nim zdjęcia jedynie pod moim nadzorem. Raz jeden uległam błaganiom męża nr 1 i pożyczyłam mu aparat na podróż do Danii. Po powrocie o mało nie zemdlałam słuchając opowieści o burzy piaskowej na plaży Morza Północnego, którą to burzę małżonek fotografował Zenitem, ale coś się potem zacięło  i nie mógł już dalej robić zdjęć. O mało go nie udusiłam. Koza Psujka jedna. Musiałam ruskim zegarmistrzowskim śrubokręcikiem rozkręcić aparat do ostatniej śrubki. Okazało się, że wykręcania nie było dużo, bo wszystkie śrubki się poluzowały i wyleciały z gniazd. Wysypałam piach z aparatu, wszystko przeczyściłam pędzlami i dmuchawą i kochany Zenit dalej działal i pewnie będzie działał do końca świata o ile raz na 6 lat ktoś mu wsadzi nową pastylkę do światłomierza.

Próbowaliśmy nawet razem zrobić ciemnię i wywoływać zdjęcia. Nawet znalazl sie powiększalnik i cała reszta sprzętu, ale nie mieliśmy chyba do tego serca. Nie miałam czasu na przesiadywanie w ciemni, odczynniki komponowaliśmy z przestarzałych surowców wyniesionych przez teścia z pracy, wszystko żółkło i wychodziło okropnie. Ale zdołaliśmy kilku zaprzyjaźnionym osobom zrobić samodzielnie ślubne zdjęcia.

Czarno białe zdjęcia wychodziły z mody. W końcu można było już kupić dobre kolorowe filmy,  laboratoria wywoływały je coraz lepiej.  W końcu dojrzałam do zmiany aparatu na jakiś lżejszy model, bo ponad kilogramowy Zenit dał mi się swoją wagą we znaki. Przesiadłam się na Canona EOS 300 i ciągle używam go przy okazji jakichś poważnych uroczystości. Tomek sprezentowal mi w końcu cyfraka z ludzkim zoomem i całkiem porządną rozdzielczością. No, tu się mogę wyżywać do woli. Nie trzeba płacić za filmy. Nie trzeba czekać na odbitki. Wszystko można zrobić samemu i zaraz. 
Fotografia cyfrowa ma również duże znaczenie terapeutyczne. Wzięłam kiedyś w obroty jakieś swoje szczególnie paskudne zdjęcie. Bylam na nim gruba, łysawa, z trzema podbródkami i łatami na twarzy. Klik i Fotoszop był gotow do pracy - zaraz włosy zgęstniały, łaty na twarzy znikły, podbródek się schował, zmniejszenie szerokości zdjęcia o 6% zabralo mi ze 7 kilo wagi i zaraz byłam ładna. No i teraz zdjęcia reklamowe robią na mnie znacznie mniejsze wrażenie niż niegdyś. 
No i nareszcie mogę wykorzystać twórczo wszystkie dobre rady wujka. Żadna wiedza z czasów Exy Exacty się nie przedawniła. Dalej portrety trzeba robić z niskiej pozycji, żeby nie zrobić z ludzkiego nosa trąby słonia, dalej trzeba je robić w cieniu i pilnować bliku w oku oraz ostrości, dalej obowiązują zasady kompozycji i jak niegdyś techniczna sprawność pełni funkcję służebną. Ale jeśli jej brak, to zdjęcie się do niczego nie nadaje.
Teraz mam kolejne powody do radości, bo dobry mąż znów mnie rozpieszcza. Właśnie kupił mi Canona S5, cyfrowy kompakt wypasiony że ho ho. Z gorącą stopką, szybko gotowy do pracy, z bajerami i cudami na kiju. Ma wszystko, czego oczekuję od aparatu jako średniak amator. A ja umiem te bajerki wykorzystać :-)))))

A jak potoczyły się fotograficzne historie innych wymienionych tu osób? Wujek wsiąkł w małżeństwo, w którym na fotografię nie było już miejsca, czasu i pieniędzy. Na obu moich ślubach robił mi zdjęcia...  moim Zenitem. Poprawne, ładne, ale już bez natchnienia. Swoje świetne aparaty oddał synkowi, który je porozkręcał i zniszczył. Córka wujka o jego hobby ze zdziwieniem dowiedziala się ode mnie. Podobno wuj ponownie ma aparat, analogowego "głuptaka". 
Mój tata zamiast kręcić filmy bawił się sprzetem jak zabawkami dla dzieci. Kochał pokazywać gościom, jakie ma obiektywy, jednak zdjęcia jakie robił swojej rodzinie i które ja widzialam, były nieostre i źle naświetlone. Kiedy umarł, za pieniądze z ubezpieczenia kupiłam sobie długoogniskowego Tamrona do lustrzanki. Akurat tacie taki spadek by przypadł do gustu. 
Mąż nr 1, który wydawał sie przypadkiem beznadziejnym i celował w fotografiach gór po których maszerowały mrówki, który objaśniał zdumionym widzom, że ta trzecia mrówka od lewej to Jacuś z plecakiem na trawersie; który psuł aparaty, lampy błyskowe i światłomierze szybciej niż złośliwy pięciolatek, wyrobił się niesłychanie. Kupił sobie dobrą analogową lustrzankę, statyw i aparat cyfrowy, przestał zawracać sobie głowę fotografowaniem ludzi i robi przepiękne zdjęcia przyrodnicze.

Dopisek 2012

W mojej szufladzie fotograficznej siedzą zgodnie Canon 40D, któremu mam to i owo do zarzucenia, i maleńka Leica D lux 5 której niczego zarzucić nie można. Mieści się w kieszeni, pisze RAW i obiektyw ma ostry jak brzytwa. Mąż nr 1, sądząc po opisach na forum fotograficznym dysponuje Canonem serii mark 7 (sasssdrość), do którego używa Tamronów (ha ha ha!!!) i jakimiś niezwykłymi Hasselbladami analogowymi. Nie jestem gotowa na konkurowanie z nim pod tym względem.

Osobista historia stroju

Przez większość życia nie zawracałam sobie przesadnie głowy strojeniem się. 
Dopóki byłam szczupła problem wręcz nie istniał. Oczywiście interesowałam się modą, czasem nawet wertując nową Burdę planowałam sobie, że uszyję sobie i to , i tamto i jeszcze coś innego, ale zazwyczaj kończyło się na planach. 
W średniej szkole i na studiach zazdrościłam straszliwie wytwornym koleżankom noszącym na co dzień wełniane spodnie w kant, eleganckie pantofle i upinajacym codziennie na głowie staranny kok. Znałam się jednak na tyle dobrze, że wiedziałam, iż inwestowanie kosmicznej kasy we flanelowe spodnie to rozpusta, pantofle na obcasie zestarzeją się w szafie na prawidłach, a koronkowa bielizna z lat 80-tych gryzła mnie i denerwowała. Zatem sprawiałam sobie dżinsy, coś do nich na górę, płaskie buty i wyglądałam całkiem całkiem. Jak trzeba było wyglądać świetnie, to wyglądałam świetnie, a jak nie trzeba było to nie przesadzałam - byle było ciepło i wygodnie. Przyciśnięta koniecznością szyłam sobie jakieś porcięta, suknie a nawet żakiety i płaszcze. Dzięki szerokim ramionom i ogólnej szczupłości wyglądałam dobrze nawet w marynarce męża nr 1.

W miarę jak finansowa nędza małżeństwa nr 1 pogłębiała się, w kwestii strojów zaczęłam się jednakowoż nieco staczać. To, co nieźle wygląda na dwudziestolatce pani po trzydziestce już tak nie zdobi. A pani w okolicach czterdziestki wygląda w czymś takim na osobę opóźnioną w rozwoju albo jak dzidzia piernik. Dżinsy i polar + adidaski są wygodne, ale jako codzienny strój do pracy nie zachwycają. Dlatego też co jakiś czas mama zdecydowanie wydawała polecenie, że koniecznie muszę sobie coś sprawić i zwykle finansowała zakup. A to tweedową marynarkę mi kupiła, a to sensowne buty, innym razem sukienkę. Kiedyś nawet zniechęceni mną teściowie nr 1 kupili mi kostium. Nie miałam do niego ani butów, ani torebki i biedak wisiał w szafie, aż go koleżanka zabrała do swojej garderoby. 

W mojej szafie natomiast z biegiem lat pojawiały się stroje przedziwne. Kilka zim na przykład przechodziłam w łaciatym, wściekle turkusowym, sztruksowym płaszczu typu nietoperz. Właściwie nie miałam przemyślanej, pasującej do mnie garderoby ani związanych z nią dodatków. Chodzenie po sklepach z ciuchami mnie nie kręciło, bo po co je zwiedzać, skoro ceny tych rzeczy były dla mnie abstrakcyjne. Spódnice przestałam nosić, bo potrzebne były do nich rajstopy, które zawsze darłam i drę do dziś. Zimą w spódnicy marznie tyłek. No i pantofel spódnicowy nie może być płaskim butem ze sznurówkami. Zwykle posiadałam jedną torebkę i nosiłam ją tak długo, jak tylko się dało. Konduktorka z wołowej skóry trzymała się dzielnie chyba z 8 lat, aż jakiś menel postanowił mnie okraść i ukradł ozdobne zapięcie na klamerkę. Nie okradł mnie ów menel, ale torba przeszła na emeryturę. 
Przyznam się bez bicia, większość moich rzeczy miała przedtem już jakichś innych właścicieli. Kiedy wyniosłam się do Tomka moje rzeczy zajęły cztery krótkie półeczki i może trzy wieszaki w szafie. Mimo to, jak już wspomniałam, nie czułam, żeby był to jakiś szczególny problem.
Natomiast Tomek, który jest człowiekiem wytwornym, ceni sobie i jakość i ilość strojów chyba już przewidywał problemy. Powolutku zaczęło się odbudowywanie garderoby. Nie szło to łatwo, bo zatraciłam zupełnie umiejętność kupienia sobie czegoś innego niż dżinsy, ale nie zatraciłam umiejętności widzenia pięknych ciuchów na innych kobietach. I raz nawet na jakiejś imprezie zrobiłam mężowi awanturę kosmiczną, bo rozmawiał ciut za długo i za czule z przepiękną kobietą w syreniej, srebrnej sukni i w odjazdowych, modnych sandałkach. Tomek zrozumiał sytuację i ubrał mnie w płaszcz, kupił nową torbę i porządnie nakarmił na mieście, jednak dla mnie było jasne, że jeśli cokolwiek ma się w tej materii zmienić, przewrót musi zajść w mojej głowie. No i najlepszy nawet mąż nie ubierze się za mnie.  
W końcu zostałam postawiona pod ścianą i nie mogłam uciec w kierunku pikowanej kurtki, bo dostaliśmy oficjalne zaproszenie na jakąś dyplomatyczną imprezę. Z protokołem dyplomatycznym w ręku i duszą na ramieniu przemierzałam sklepy w poszukiwaniu ładnej, nadającej się na kolację w wielkim świecie sukienki z rękawami i za kolano. W końcu jak zwykle na ratunek pospieszyła mi mama. Znalazła sklep, znalazła kieckę i za nią zapłaciła. Kiecka obsłużyła wiele różnych imprez i imprezek ku wielkiemu zadowoleniu właścicielki. 

A kiedy juz miałam sensowną garderobę, buty, torebki, stos jedwabnych apaszek, czapę z lisa i futro zdażyło się nieszczęście.

Różne ignorowane dotąd dolegliwości dały mi tak do wiwatu, że trzeba było zacząć je leczyć. Sprytne leki działały dobrze na jedno, źle na co innego. W ciągu niecałych trzech lat zrobiłam się o niemal 30 kilo cięższa. Z miesiąca na miesiąc ubranie stawało coraz ciaśniejsze, a potem nie dopinało się na coraz okrąglejszym brzuchu. Szyja niemal znikła, ze szczupłych ramion zrobiły się łapy ciężarowca, urósł mi drugi podbródek i garb jak u wielbłąda na karku. Dziecko powiedziało szczerze któregoś dnia, że z boku brzuch sterczy mi wyżej niż cycki. Z lustra spoglądała na mnie jakaś obca, monstrualnie wielka baba. Opamiętałam się po uzyskaniu niemal 90 kilo. Zmieniłam leki, przestałam żreć jak pies, ale o ile przejście od rozmiaru 42 do rozmiaru 48 odbyło się samo z siebie, to w drugą stronę nie idzie już tak łatwo. Dopiero w rozmiarze XXL dowiedzialam się, jakie można mieć problemy z ubraniem się.

Jako osoba gruba zostałam znów bez ubrania. 
Dobry mąż pożyczał mi kurtki, ale spodni już pożyczyć nie mógł, bo szybko zrobiłam się w pasie grubsza od niego a poza tym on ma o wiele dłuższe nogi. 
W sklepach odzieżowych doznawałam nieznanych mi przedtem upokorzeń. O ile dawniej mogłam wejść (teoretycznie) do każdego i przerzuciwszy wieszaki bez trudu znajdowałam własciwy rozmiar, teraz już na wejściu byłam taksowana  zimnym wzrokiem sprzedawczyń i słyszałam, że TU rozmiarówka kończy się na 42. Zaczęłam jak ognia unikać przymierzalni, zwykle strasznie ciasnych. Dawniej wydawały się jakieś większe. Poza tym jak chyba większość tyjących ludzi nigdy nie wiedziałam, ile mam właściwie centymetrów i gdzie. Komu w końcu przejdzie przez gardło, że w talii ma  metr obwodu? Kto bez walki przyjmie to do wiadomości? Nawet szyjąc sobie coś z Burdy potrafiłam zaniechać wstępnych pomiarów i wykonałam sobie kilka par stanowczo za ciasnych spodni i bluzek. Zostały mi właściwie tylko lumpeksy, gdzie kupowałam coś, co w końcu się na mnie zapnie bez walki. W lumpeksach nie ma przymierzalni, kupuje się wszystko "na czuja", stałam się więc posiadaczką wielu paskudnych, ogromnych swetrów, wielkich workowatych spodni, bluzek  jak namioty, dżinsów bezlitośnie podkreślajacych oponę w talii i dwóch okropnych kostiumów zaprojektowanych dla starych, grubych Niemek. Stałam się również posiadaczką kilku par strasznych "odchudzających" majtasów jak z Bridget Jones. Nie można było w nich jeść, ani oddychać. Rodzina ochrzciła te urzadzenia mianem żelaznego brzucha. Te narzędzia tortur nie nadawały się do codziennego użytku. Jeśli ciuch w lumpeksie był z jedwabiu albo z wełny ze znakiem Woolmarku, albo pochodziło ze znanej firmy, kupowałam bezmyślnie i bezkrytycznie. Skutki były opłakane. Zaczęłam wyglądać jak clown. Jak gruby clown.

I wtedy zobaczyłam w EMPIKu książkę pod zaskakującym tytułem: "Jak się nie ubierać". Dwie kobitki pokazywały na sobie jak ubranie może zaszkodzić i pomóc kobiecej figurze. Omówiły w niej najróżniejsze mankamenty kobiecych kształtów, od krótkiej szyi , olbrzymich cycków, grubych ramion i bezkresnego brzucha, które spędzały z oczu sen mnie, do wielkiego zadu, grubych łydek, braku cycków, "bryczesów" i krótkich nóg, które interesowały mnie mniej. I nie były to suche informacje, ale przekonywujący, ilustrowany poradnik. Kobitki nie pierwszej młodości, żadne tam modelki. Łyknęłam książkę na miejscu i coś mi zaczęło świtać. A potem w TVN Style zobaczyłam te same babeczki, jak za pomocą jedynie dobrej bielizny i ciuchów kupionych w sklepie, makijażu i nieskomplikowanej fryzury, bez żadnych sztuczek poza dokładną analizą figury zwykłe zaniedbane baby, niektóre naprawdę kuriozalne, zamieniają w świetnie wyglądające, zadbane kobitki. Zobaczyłam, na czym polega mądre kupowanie majtek i staników, jakie cuda z wielkim brzuchem mogą zrobić buty i właściwie skrojona spódnica, jak z tego środkowego wybrzuszenia między podbródkiem a brzuchem zrobić dwie piersi, jak długi rękaw wyszczupla figurę, a jak strasznie reklamowy T shirt bez talii zniekształca kształty każdej, najpiękniejszej nawet kobiety. Triny Woodal i Susannah Costantine na moich oczach dokonywały czarów. Pokazały jak teoretyczną, dostępną w końcu wiedzę przekuć w czarujący rezultat. I to nie na modelkach, a na kobietach w najrozmaitszym wieku i kształcie, mających ten sam problem - ubierających sie strasznie. 
Zrobiłam jak kazały. To prawda, że z 90 kilogramów zostało mi  78, dalej jednak nie można mnie nazwać osobą wiotką. Poprzymierzałam moje łachy przed wielkim lustrem. Obejrzałam się i z przodu i z tyłu. Wyrzuciłam nietrafione sztuki albo podzieliłam się nimi z bliźnimi. Zdusiłam w sobie strach, że być może zostanę zupełnie bez ubrań. Obejrzałam się nago i ze wszystkich stron. Zobaczyłam w końcu, co zakryć najstaranniej, a co pokazać. Dzięki programowi zidentyfikowałam własne odzieżowe lęki, durne uprzedzenia, przywiązania do pomysłów sprzed 25 lat. 
Kobiety, które obrabiały sprytne Angielki miały takie same problemy jak ja. Nie umiały kupować w normalnych sklepach, hodowały w sobie ideały mody sprzed dziesięcioleci. Niektóre calkiem odpuściły elegancję, bały się pokazać nieco dekoltu albo pokazywały ciała za dużo. Widać było, że tak samo jak ja własną odzież miały gdzieś na końcu listy priorytetów - miały ładne, zadbane domy i szafy pełne badziewia. Słuchałam ich zwierzeń ze szczęką opadłą do pasa. Przemyślalam to sobie. 
Poszłam do sklepu z zupełnie innym nastawieniem. Nie szukałam rozmiaru, a kształtu ubrania. Najpierw sobie niezobowiązująco pozwiedzałam. Zobaczyłam, gdzie szukać większych rozmiarów normalnej odzieży. Zmierzyłam się w końcu. Pomyślałam, jak tu się nie przebrać za kogoś innego. I słuchajcie!!! Zaczyna w końcu wychodzić! Już sobie nawet sama kupiłam sukienkę - pierwszą w życiu w zwykłym sklepie, nie w lumpeksie, nie w Indyjskim Sklepie. Mam sukienkę, w której wyglądam jak kobieta!

Dopisek 2012

Mam już więcej sukienek. I bluzek. I butów.
A wszystkie książki Trinny i Susannah stoją rządkiem na półce i są wciąż używane. Niby to takie proste reguły, a jednak umykają....


 

11 komentarzy:

  1. To prawda niektóre pulpety potrafią za pomocą ubrań pt spadachron zrobić z siebie giganta. Z kolei druga część grubasów kupuje kolorowe fatałałaszki zbyt ciasne i ukazuje wszystkie słodkie i mniej słodkie fałdki tłuszczu. Do tego żle dobrany stanik i albo wylewający się biut i telepiący od pępka do brody, albo spłaszczony i zwisły. Korzystanie z porad Tirny i Susane to mądry wybór. Ja mam lepiej, bo mam swoja prywatną T & S i skwapliwie korzystam z porad, chociaż w moim przypadku trudno coś zasłonić. Pięknie się Ciebie czyta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo łatwo wyglądać śmiesznie i głupio w rozmiarze XXL, nie da się ukryć.

      Usuń
  2. Mam nadzieję, że nie okażę się zbyt wścibska - jak potoczyły się losy męża nr 1? Ożenił się powtórnie, kupił mieszkanie? Świetnie piszesz!
    Ania

    OdpowiedzUsuń
  3. W Dąbkach na wczasach dla rodziców z dziećmi do lat trzech pojawiła się salmonella. Stołówka zamknięta, sklep spożywczy zamknięty, jedyny w tamtych czasach ( przed sezonem)punkt cukierniczy z pysznymi drożdżówkami nieczynny. Obiad o godzinie 17 który przygotowała zgłodniałym wczasowiczom sąsiednia "restauracja",a kolacja w sam raz dla dzieci do lat trzech kwaśny bigos , może dobry pod kolejną setkę. Też mam czarne wspomnienia z głodnym dzieckiem na wczasach w pięknych latach 80-tych.
    Jak rano znajduję Pani wpis to smakuję go jak czekoladkę do kawusi. Pozdrawiam, Barbara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To były koszmarne czasy dla mających dzieci.
      Ale mieliśmy te dzieci. I to całkiem sporo. I się wychowały...

      Usuń
  4. Pamiętam wczasy zakładowe na które jeździłam z rodzicami i były to fajne wspomnienia. Niestety moja mama (młodsza niż ja teraz) zapamiętała je jako pasmo mojego płaczu, wymiotów i oparzeń słonecznych. Z perspektywy czasu widzę, że powinna była utopić mnie w Bałtyku i wypoczywać na słoneczku.
    Problem ubraniowy nie jest mi obcy, ale pomału walczę z tym jak mogę. Kiedy w makabrycznie drogim sklepie zobaczyłam boskie, kwiatowe wzory na ubraniach kończących się właśnie na 42, to kupiłam swoje pędzle i wyczarowałam swoje kwiaty. Zresztą widziałaś moje portki i koszulkę na zlocie.
    Pomału koloruję swój świat i dopiero zaczynam czuć się sobą. Może i jestem wielka i mam za dużo tu i tam, ale za to ubieram "to" w barwy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Króliku, jesteś bardzo barwną postacią. Kolory są zdecydowanie dla Ciebie. A malowane ciuchy - cudne!

      Usuń
  5. Dzięki Gackowa , z powodu choroby z 54 kg wskoczyłam na 70 jestem formalnie bliska samobójstwa. Mąż odwraca ode mnie wzrok on lubi wiotkie elfy,ja nie moge się przyzwyczaić, jest mi ciężko chodzić, schylać się,trudno mi założyć sobie rajstopy.Ciągle kupuję w lumpeksach za ciasne dla mnie ubrania bo mam nadzieje że schudnę z czasem i będę mogła je nosić. W lumpeksie tanio więc nie mam zbyt dużych wyrzutów sumienia ze to stracone niepotrzebnie pieniądze i myślę sobie że jak się pogodzę z sytuacją i kupie coś w większym rozmiarze to "zapesze "i nie schudnę tylko potwierdzę ,usankcjonuje że już zostanę taka utyta.Teraz uśmiałam się sama z siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moda się zmienia co sezon. Jak schudniesz, to kupisz modniejsze. A teraz jesteś jaka jesteś i nie ma co straszydła z siebie robić.
      Kup sobie dobrze leżące spodnie (Marks & Spencer mają dla okrągłych brzuszków dobrze skrojone, Wallis też. A do tego ładną, kolorową tunikę w sam raz, nie za dużą.
      Poczujesz się jak człowiek. A co będzie z wagą dalej to się zobaczy.
      I mąż będzie patrzył. Tylko clowna nie warto z siebie robić.

      Usuń

Spamerom mówimy stanowcze NIE.