Kiedyś, dawno temu, wydawało mi się ze moja rodzina jest OK, a inne są jakieś dziwne. Na tej samej zasadzie mojej mamie wojna za oknem i ojciec w oflagu wydawały się najnaturalniejszą sprawą na świecie.
Potem zgodnie z prawami rozwoju ludzkiego rodzina podobała mi się coraz mniej, a dziś liżę zadane przez nią, głębokie, a jakże, rany. I dziś widzę, że niemal wszyscy mają tak samo. Niektórzy nie zwracają uwagi na blizny, inni dłubią w tych ranach patykiem.
Niemal każdy musi sobie wytworzyć jakieś mechanizmy ochronne, jakieś wyjście wewnętrzne w sytuacjach kryzysowych.
Niektóre z nich są akceptowane i szanowane, inne budzą grozę na samo ich wspomnienie. Człowiek musi być kreatywny, bo zostanie zjedzony przez bliźnich.
Oto znane mi sposoby na zniknięcie i bycie znikiem. Niektóre z nich praktykowałam i praktykuję nadal, inne miałam okazję jedynie obserwować. Termin wzięłam od Stephena Kinga of cors.
wyjść z domu i nie wracać tak długo jak się da;
iść do koleżanki;
iść do pracy i nie mówić nigdy, kiedy się wróci;
iść na zakupy;
iść do kina;
iść gdziekolwiek;
układać pasjanse;
czytać zapamiętale i utonąć w lekturze (babcia czytała Błękitny Zamek, wujek Dwóch Kapitanów, Misia książki o Hannibalu Lecterze);
uczyć się kompulsywnie (w mojej rodzinie metoda stosowana przy najwyższej aprobacie bliźnich, byle by nie naruszała status quo, można znać 600 języków, umieć w teorii i praktyce wszystko, byle nie wykonywać dobrze płatnego i szanowanego zawodu)
grać na instrumencie i nie słyszeć kochanej rodziny,
rysować i niczego nie słyszeć;
czytać na raz grubą książkę, oglądać TV do flagi i grać do upadłego na komputerze;
grać na komputerze bez czytania i oglądania;
zostać kolekcjonerem czegokolwiek;
upić się;
upijać się codziennie;
wracając do domu strzelić jedno piwo;
łyknąć "tabletkę debilizującą";
łykać codziennie komplet tabletek debilizujących, lekarze bywają pomocni;
biegać po lekarzach;
prowadzić życie knajpiane;
uprawiać gry towarzyskie;
chodzić na polowania i na ryby;
zdobywać koronę Himalajów lub samotnie opłynąć Świat;
upalić się;
latami wykonywać w domu prace zlecone, pędzić od siebie wszystkich, bo się przecież zarabia;
zamknąć się w ciemni fotograficznej;
kompulsywnie robić na drutach, haftować, szydełkować;
zajmować się dobroczynnością;
sprzątać;
gotować całymi dniami;
spać dniami i nocami;
cały rok uprawiać ogródek;
gadać strasznie dużo i bez sensu;
słuchać muzyki (dziś, w dobie przenośnych urządzeń do odtwarzania muzyki metoda szczególnie popularna, choć nie tak męcząca dla bliźnich jak dawniej);
udawać idiotę;
Jak widać z tej listy wykonywana przez uciekiniera od rzeczywistości ulubiona czynność jest w zasadzie obojętna. Można grać w kulki a być obecnym, można przy tej samej czynności zostać pełnym znikiem bez kontaktu.
Czynności mogą być niewinne albo bardzo podejrzane. Na pracę silnika nie ma to wpływu. Ważne jest natężenie zaangażowania. Znik znikł i dla rodziny go nie ma. I prawdopodobnie nie będzie. Mógłby być na Księżycu albo w Alabamie.
O, takie mnie teraz rozważania nurtują.
Macie jeszcze jakieś sposoby na bycie znikiem?
Wszystko to prawda. Można znikać na różne sposoby. Ja po 50 latach nadal pamiętam i nadal boli, ale w ramach wytworzenia mechanizmu obronnego zerwałam kontakty. Osoby krzywdzące odeszły, a od świadków się odsunęłam. Stosuję zasadę zero kontaktów i jest mi z tym coraz lepiej.
OdpowiedzUsuńDziękuję za spis tych metod. Dlaczego wykonywanie dobrze płatnego zawodu nie było akceptowane?
OdpowiedzUsuń